Maybe, baby!

Ci, co mnie znają choć w niewielkim stopniu wiedzą, że od 16 miesięcy z kawałkiem posiadam na stanie Bobasa sztuk jeden.

Oczywiście, stało się to, o czym wszyscy trąbili, moje życie zmieniło się o 180 stopni, stanęło na głowie, wywinęło podwójnego axla, choć zamiast wylądować telemarkiem (tak się to nazywa?), zaryło pyskiem w połowie skoczni.

Otóż ogłaszam wszem i wobec, że dostaję agresji słysząc te wszystkie pierdoły o tym jakie to wszystko jest różowe, cukierkowe i jak odtąd będą nas czekać pogodne zachody słońca z kolorową tęczą i magicznym jednorożcem.

Chora machina szołbiznesu nakręciła nierealne oczekiwania wobec NAS SAMYCH, drogie mamuśki. I teraz, jedna przed drugą, odstawiamy czasem ognistą salsę z elementami taekwondo udając, że wszystko jest taaakie cudowne.

Boszsz…no i po co?

Cenię sobie i wręcz UWIELBIAM, szanuję ponad wszystko te kobitki, które potrafią być normalne i przyznać się do tego, że opieka nad dzieckiem potrafi być najtrudniejszym zajęciem na świecie. Że przy całej chorej miłości do tego małego stwora, czasem się poryczymy, rozczochramy i nigdy nie dopijemy niczego ciepłego.

Dzięki Bogu w większości takimi właśnie realistkami mam szczęście się otaczać, bo nie zniosłabym odgrywania scenki przy każdym spotkaniu.

Najbardziej zastanawia mnie zawsze fenomen wychodzenia z dzieckiem z domu. Autentycznie podziwiam te matki, które suną z gracją sklepowymi alejkami czytając skład makaronu przez 5 minut, podczas gdy ich bobas lampi się gdzieś w przestrzeń albo zajmuje się dłubaniem jakiegoś elementu wózka.

Ja tego nie znam.

Na zakupach wyglądam, jakbym właśnie była w trakcie ucieczki z zakładu dla obłąkanych – włos rozwiany, rumieńce, spocona jak dziwka w kościele i kompletnie zdezorientowana.

Ostatnim razem kiedy odważyłam się pojechać na zakupy z moim ADHD Bobem, który nie usiedzi 3 sekund w jednym miejscu, do domu wróciłam w stanie wskazującym na krańcowe wyczerpanie.

Myślę, że na takie okazje powinnam sobie kupić stojak z kroplówką i aplikować tuż po przekroczeniu progu.

Albo podpinać się już w samochodzie, żeby nabrać sił tuż przed.

Nie kupiłam rzeczy kluczowych z kartki (tak, już nawet Z KARTKĄ nie jestem w stanie zapamiętać!), dostałam w pysk niezliczoną ilość razy (sama od siebie oczywiście) a na koniec miałam lekkie halucynacje i wszystkie ubrania przemoczone i nadające się do natychmiastowego prania.

Już nie zliczę tych przypadków, kiedy nie wezmę ze sobą dokumentów, zgubię coś (jak ostatnio, w przychodni mającej 5m na 5, okulary przeciwsłoneczne…) albo po prostu gadam od rzeczy bo nie umiem się skupić, przyzwyczajona do intensywnego multitaskingu na najwyższym poziomie.

Na dzień dzisiejszy czuję się jakbym miała o 10 lat więcej i czekam na moment, kiedy z czystym sumieniem zaprowadzę naszego Boba do przedszkola.

Wtedy wrócę do domu, otworzę szampana i rozsypię konfetti.

Żartuję oczywiście – od razu pójdę spać :)))

* * *

Chciałabym przy tym wszystkim zaznaczyć, że uważam za niedopuszczalne nagabywanie bezdzietnych przez te nawiedzone mamusie, które uważają się lepsze, bo posiadają swoje dziecko bądź też dzieci w liczbie mnogiej.

Hej, bezdzietni! One po prostu Wam zazdroszczą tego wolnego czasu ;)

Szumnie, tłumnie

Znowu nadszedł dzień, w którym z mojej wsi spokojnej-wsi wesołej wybrałam się do ścisłego centrum. Tym razem wycieczka do miasta podziałała na mnie optymistycznie, chociaż w tłumie ludzi już nie umiem się poruszać, a wsiadając do tramwaju włącza mi się jakiś chory nawyk zapinania pasa, więc odruchowo sięgam ręką przez lewe ramię.

W połowie drogi tej ręki uświadamiam sobie co robię i że na pewno ktoś patrzy, więc kończy się na improwizowanym drapaniu. Nie wiem o co gorzej być posądzoną w komunikacji miejskiej– o chorobę psychiczną czy o wszy.

Po dotarciu na miejsce miałam jedną rzecz do załatwienia w banku, w którym spędziłam o wiele więcej czasu niż zamierzałam. Pani, która mnie obsługiwała wpisując nasze dane w komputer chyba przy okazji dorzuciła jakiś fragment Pana Tadeusza, bo stukaniu w klawisze nie było końca. Potem nadeszło czekanie, aż coś tam jej się wgra. Trwało to całe wieki, a pani co rusz uśmiechała się pod nosem. Mam wobec tego nadzieję, że bank nie posiada naszych nagich zdjęć.

Po wyjściu wystawy sklepowe przypomniały mi, że chyba już od miesiąca trwa letnia wyprzedaż, no bo wiadomo – zima już za pasem. Nadchodzi wielkimi krokami i nie można sobie pozwolić, żeby nas zaskoczyła jak drogowców.

Nic dziwnego! Sama ostatnio wypaliłam przy śniadaniu, że JUŻ za pół roku Boże Narodzenie. Dziubas zareagował na to jedynie lekkim uniesieniem jednej brwi. Pfff, teraz się tak dziwi a za chwilę nie będzie się mógł wyrobić z kupieniem prezentów!

Punktem kulminacyjnym mojej wyprawy była spontaniczna wizyta w księgarni, gdzie  nagle miliony wspomnień runęły mi na głowę jak fortepian w kreskówkach Looney Tunes.

Studia, leniwe weekendy spędzane w kawiarniach i księgarniach, spacery po starym mieście, jesień, opadające liście i smak gorącej czekolady, zapach nowych książek i tych starych, wypożyczanych z biblioteki nieopodal. Zapachowe świeczki, grzane piwo, Frank Sinatra i babskie wieczory u Dzikiej.

Chłonęłam zawartość księgarni przez osmozę, zachwycając się większością rzeczy leżących na półkach. Wyraz twarzy musiałam mieć jak ćpunka, bo ludzie usuwali mi się z drogi.

Pomimo tego, że jestem posiadaczką czytnika e-booków, nie przestaję kupować książek. Nie umiem, nie chcę, nie wyobrażam sobie nie kupić raz na jakiś czas książki, usłyszeć szelestu przewracanych kartek i poczuć tego cudownego zapachu, którym mogłabym się zaciągać w nieskończoność. Tylko papierowa książka jest w stanie jakoś tak prawdziwie mnie wciągnąć, no nie umiem tego wyjaśnić.

Tak więc w ramach postanowienia przeczytania jakiejś lekkiej wakacyjnej lektury, zakupiłam „Wyznania spod szubienicy”.

To tylko jeden z licznych przykładów ukazujących moją żelazną konsekwencję i logikę czynów.

Oprócz tego dorzuciłam sobie jedną dotyczącą sytuacji Żydów w czasie II wojny światowej i „Młot na czarownice”.

Po tym wszystkim chyba będę potrzebować paczkę antydepresantów i butelkę szkockiej.

Póki co umieram z głodu i czekam, aż zrobi się ciemno, bo wtedy Dziubas wróci z garażu żeby zjeść kolację.

Po ciemku, jak podkreślił.

Nie wiem czy nie chce patrzeć na mnie w piżamie i bez makijażu czy woli nie widzieć co ma na talerzu.

Jeść!

Resume

Zainspirowana przez Nielubiącą Brukselki (albo Nie Lubiącą – nawet Google nie wie jak jest poprawnie!) doszłam do wniosku, że przyszedł też czas na moje podsumowanie.

W końcu wielkimi krokami zbliżają się moje 30 Urodziny – The Sequel, a zatem to dobry moment na tego typu wynurzenia.

No to zaczynamy!

1 – Od zawsze panicznie boję się węży. Od niedawna Javiera Bardena. Moja fobia miała swój początek na najnowszej części Piratów, kiedy to dziękowałam Bogu i Latającemu Potworowi Spaghetti, że nie poszłam na seans 3D, bo miałabym jak w banku problem z nietrzymaniem moczu. Po obejrzeniu „Rezydenta” mój strach się utrwalił.

2 – Jestem złym, złym, kiepskim kierowcą. Nigdy niczego nie widzę we wszystkich lusterkach naraz. Za bardzo się rozpędzam po to, żeby zaraz przyhamować. Stojąc w korku zdarza mi się „śpiewać” ku „uciesze” innych uczestników ruchu, którzy nagle mimo upału czują potrzebę zamknięcia wszystkich szyb. Kiedyś nawet przejechałam moją mamę. No dobra, nie przejechałam. Bardziej docisnęłam ją do innego auta przy cofaniu, bo z jakiegoś powodu znalazła się tuż za moim tylnym zderzakiem. Boszszsz…za każdym razem kiedy sobie to przypominam mam ochotę się spoliczkować, zakryć kołdrą i udać na pokutną pielgrzymkę. Dziubas nie wie. Bo pewnie zabrałby mi kluczyki w obawie, że jego mamę też dojadę.

3 – Nadaję ludziom różne ksywki. Na przykład nasz wykończeniowiec został okrzyknięty Mariano Italiano. Nasza architektka Isabel Marcinkiewicz. Kiedyś do mojej pracy przychodziła kobita o wyjątkowo sztywnym zachowaniu, wyniosła, dumna, choć niczego sobą nie reprezentująca. Pozostała już na zawsze wśród nas znana jako Madame-Se-Purkła. Tak, wiem, będę się smażyć w piekle. Już trudno. Jeśli myślicie, że to śmieszne, spróbujcie ich tak NIE nazwać rozmawiając z nimi przez telefon. WTEDY zaczyna się prawdziwy problem.

4 – Jestem uzależniona od słodyczy. Zeżarłabym własnego kapcia gdyby tylko był słodki. Dla mnie nie istnieje coś takiego jak cywilizowane zjedzenie jednej kostki z tabliczki czekolady. Uwielbiam karmel. Mogłabym go dodać nawet do steka i na pewno by mi smakował. Co ciekawe, kiedy przestaję jeść słodycze na kilka dni, bardzo szybko się od nich odzwyczajam i wszystko wydaje mi się nagle za słodkie. Pomimo tego obżeram się dalej, bo wyznaję zasadę, że trzeba mieć coś z życia.

5 – Uwielbiam ciucholandy. Zwiedzam każdy na swej drodze i w większości przypadków udaje mi się znaleźć coś super. Mam fioła na punkcie dobrego ubierania się, oglądam czasami jak Trinny i Susannah ubierają ludzi i twierdzę od zawsze, że „jak cię widzą, tak cię piszą”. Jestem zakochana w butach i nic tego nie zmieni. 

6 – Jestem ogromnie niecierpliwa i w gorącej wodzie kąpana. Wszystko muszę mieć, już, teraz, zaraz, NATYCHMIAST! Dziubas jest pod tym względem moim przeciwieństwem, stąd przed wychodzeniem z domu pojawiają mi się nad głową niemieckie napisy. Tak, zdaję sobie sprawę z tego, że są momenty, kiedy brakuje mi tylko karabinu i owczarka przy nodze dla wzmocnienia przekazu. Oczywiście owczarka niemieckiego.

7 – Nie umiem pływać. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której mogłabym zanurzyć łeb pod wodę i zachowywać się jak gdyby nigdy nic. Dziubas kiedyś próbował mnie nauczyć. Przeszło mu, kiedy zaczęłam odstawiać cyrk w wodzie po pas, krzycząc, żeby mnie nie wciągał na siłę, bo będę płakać. Swoje wodne przygody ograniczam do brodzenia w miejscach przeznaczonych dla dzieci. Najśmieszniejsze jest to, że uwielbiam żeglować i wcale się nie boję, że wpadnę do wody. Nawet kiedy jest lekki sztorm i przechyły.

8 – Jestem stuprocentowym mięsożercą. Jednak nie jestem w stanie zjeść żadnych flaków, wątróbek, ozorków ani innych tego typu atrakcji. Na samą myśl mam odruch wymiotny. Taktyka w stylu „powiemy jej co to było jak już zje” nie działa. Nie tknęłabym też tatara, chociaż każdą rybę jestem w stanie wsunąć całkowicie na surowo bez żadnych oporów.

9 – Marzy mi się wycieczka do Stanów, ale musiałby mnie ktoś uśpić i przewozić gdzieś w ładowni w klatce, razem z innymi zwierzątkami. Nie znoszę latać, tuż po zajęciu miejsca w samolocie włącza mi się tryb „OmójBożeWszyscyZginiemy!” i nie umiem się wyluzować w trakcie trwania całego lotu. Nawet kiedy trwa kilka dobrych godzin. Po takim doznaniu jestem wykończona, mam zmęczone szczęki od zaciskania zębów, spięte wszystkie mięśnie i padam na pysk jakbym właśnie stoczyła walkę z najtwardszym zawodnikiem MMA.

10 – Jedną z rzeczy, która śmieszy mnie zawsze najbardziej, jest przekręcanie przez ludzi wyrazów. Do dziś rechoczę, kiedy przypomnę sobie niektóre wypowiedzi mojej Big Sis, która jest w tej dziedzinie mistrzynią. Przy całej tego świadomości, sama zresztą się z tego śmieje. I tak, po serii rewelacji typu „Omen-omen” (zamiast „nomen-omen”), „W Rosji teraz chyba rządzi RASPUTIN” czy „warunkach sanitarnych” (zamiast sterylnych), powiedzmy, że przywykłam. Od jakiegoś czasu pierwsze miejsce zajmuje jednak Mama-Wu, nazywając sklep Jysk – DRZYZG.

To co kobitki? Teraz Wasza kolej!

Wyznajemy, przyznajemy się bez bicia i opowiadamy jak na spowiedzi! :)

Siku, jedwab i unijne załączniki

Matko, ten tydzień zleciał tak szybko, że nie zauważyłam kiedy zrobił się piątek! Upał, sauna, gorąco jak nie wiem, co a tu tyle wrażeń!

W środę, przed wyjściem do Dziubasowej pracy postanowiliśmy, że jednak oddajemy te lampy, które kupiliśmy jakiś tydzień temu. Te, które wybieraliśmy od pół roku. O które walczyliśmy na każdym dziale oświetlenia w każdym supermarkecie budowlanym.

Normalnie dziwię się, że nie mamy zakazu wstępu do większości tych sklepów, a nasze zdjęcia nie są rozsyłane do sieci w całym kraju.

Tak więc kiedy już lampy wybraliśmy i wydawałoby się, że poszło dość gładko, okazało się, że mamy nie to, co potrzeba, bo – uwaga!- nie posiadają w środku flaków pasujących do naszego WŁĄCZNIKA ŚWIECZNIKOWEGO. Czy coś w ten deseń.

Okazało się, że na dzień dzisiejszy żadna lampa go nie posiada, gdyż Unia Europejska zakazała tego diabelskiego nasienia ze względów bezpieczeństwa podczas montażu.

Bosko.

Następnym krokiem jak mniemam będą niezapowiedziane wizyty inspektorów unijnych w celu sprawdzenia, czy posiadamy w łazience maty antypoślizgowe, żeby nie zrobić sobie krzywdy przy wychodzeniu spod prysznica.

Miły pan, który przez dwie godziny dzień po dniu! (Tak, spędziliśmy cały weekend wybierając lampy!) skakał po drabinie ściągając je z półek i dobierając do nich żarówki, na nasz widok zrobił minę, która sugerowała, że chce natychmiast stąd uciec przez najbliższą szybę wystawową, rzucić pracę, zażyć fiolkę relanium i zamknąć się w szafie na tydzień.

Innym razem, idąc do dentysty przez rejon miasta, którego nie znoszę (oj, bo pracowałam tam kiedyś i źle mi się kojarzy…) postanowiłam nie rzucać się w oczy, żeby przypadkiem nie spotkać kogoś, z kim musiałabym rozmawiać, przesunęłam się na drugą stronę chodnika i starałam się wyglądać incognito.

Oczywiście nie bardzo wiedziałam jak się to robi, więc po prostu przyspieszyłam.

Kilka sekund później, w ramach nie rzucania się w oczy, skakałam po ławce z półtorametrową miotłą w ręce, zrzucając dziewczynce piłkę z drzewa.

WCALE nie było mnie widać.

W poczekalni u dentysty dowiedziałam się z jakiegoś designerskiego magazynu, że istnieje jedwab bananowy. Do tej pory myślałam, że jedwab to jedwab – z pup gąsienic, a tu proszsz. Oczywiście musiałam od razu sprawdzić co to takiego i czemu dywany z tego są takie ekskluzywne. A Dziubas na przykład w ogóle nie był ciekawy.

I proszę jaka ignorancja w kwestii trendów w urządzaniu domu!

W zamian poszedł „obsikać temat flizowania”, jak to obrazowo ujął, i od kilku dni siedzi w garażu układając na ścianie płytki.

Dzięki temu jestem taką słomianą wdówką, że ta słoma zaczyna mi wyłazić z butów.

Czy dobrze mi się wydaje, że jutro już weekend?

Wstawaj nie udawaj!

Chyba coś się komuś pomyliło.

Albo ja coś przeoczyłam.

Choć wersja najbardziej prawdopodobna to ta, że powiedziałam dziś wieczór głośno „Ok, Bobo poszedł spać, to ja sobie teraz ODPOCZNĘ.”

Nie dałam się sprowokować sielską-anielską wizją targania kosiary po wyboistych stokach naszego pseudo-ogrodu.

Ani staniu nad Dziubasem w garażu kiedy on będzie malował ścianę folią w płynie (Daję słowo, do niedawna nie miałam pojęcia, że folia plus woda nie oznacza złotej rybki niesionej do domu z zoologicznego…).

Nie skusiło mnie też 743509 pranie w tym tygodniu. Tak, jestem świadoma faktu, iż mamy wtorek. W tej strefie czasowej.

Nie.

Postanowiłam, że biorę prysznic, jem kolację o stosownej porze, a potem oglądam Dzwonnika z Notre Dame, bo nigdy tej bajki nie widziałam i nie mogę przestać o niej myśleć odkąd usłyszałam ścieżkę dźwiękową.

I wtedy się zaczęło.

Najpierw do domu wszedł Dziubas – ten sam Dziubas, który wyszedł z niego 30 sekund wcześniej i oświadczył, że kąpania nie będzie, bo on coś robi z rurą (mam nadzieję, że nie tańczy na niej wieczorami w garażu, bo w sumie spędza w nim ostatnio dużo czasu i wraca dość zmęczony…) i musi wyłączyć wodę.

Postanowiłam, że przeczekam, zajmę się czymś innym. Zadzwoniła Szalikowa, więc na fajnej (i długo wyczekiwanej) rozmowie czas miło zleciał.

Wchodzę do pokoju, wyciągam piżamę i ładuję się do łazienki.

Wchodzi Dziubas i prosi, żebym mu odkręciła jeszcze raz tą wodę, bo on zakręcił i nie wie czy coś nie kapie.

Odkręcam, nie kapie.

Wracam do łazienki.

Udaje mi się wziąć prysznic, chociaż nie udaje mi się wziąć więcej niż jednego ręcznika z szafy po drodze, więc wycieram się jak mogę takim nieco większym od ścierki. Góry od piżamy też nie mam, a nie ma mowy, żebym chociaż na sekundę założyła tą „zużytą” po całym dniu koszulkę. Jedyny dostępny ręcznik w formacie A4 mam na głowie. Mokry. Od włosów.

No to zakrywam się jak mogę i wychodzę do pokoju po coś do zarzucenia. Wszystkie rolety podniesione, okna otwarte, jeszcze jasno, ludzie spacerują z dziećmi, a ja kucam jak partyzant i przegrzebuję szufladę goła do połowy, bo nagle okazuje się, że nie ma w niej nic. Coś mi wzięło i zeżarło wszystkie podkoszulki.

Ostatecznie znajduję i zadowolona wstaję i zarzucam go na siebie, zapominając już, że okna, że dzień, że jasno i ludzie, więc pewnie już zyskałam sobie opinię wiejskiej jawnogrzesznicy. Pfff, zyskałam. PODTRZYMAŁAM. Zyskałam jakiś czas temu, kiedy pół wsi lampiło się na mnie w kościele, bo miałam na sobie czerwoną szminkę i biżuterię. Nie kwiecisty wór pokutny jak reszta kobiet w wieku 30 plus.

Trudno. Życie.

Zrobiłam kolację, siadam.

Włączam Dzwonnika.

Dzwoni telefon.

Nasza Specjalistka od Obejścia.

15 minut nie moje, bo robi się akurat bardzo rozmowna (jak nigdy dotąd).

W międzyczasie Dzwonnik leci sam dla siebie, ja tęsknym okiem patrzę na jedzenie a za oknem nagle pojawia się Dziubas i prosi o nożyczki.

Matko…dom wariatów.

SIADAM. Decyduję, że po 21 mój telefon już zawsze będzie wyłączany, na oczy zakładam kapki i wkładam do uszu stopery.

Wchodzi Dziubas. Żebym pomogła zwinąć taką jedną siatkę, bo sam nie da rady.

Siatka zwinięta, zadania wykonane, uprzejmie oświadczam wszem i wobec, że odmeldowuję się już, koniec, kropka, nie ma mnie.

Drogi Pamiętniczku, jest 21.40 chociaż jak zaczynałam odpoczywać była 19.40.

Życie jest niesprawiedliwe.

A w TV znowu leci film z Seagalem.

A ja siedzę na kanapie i nerwowo spoglądam to na drzwi, to na telefon i zaczynam mieć pierwsze objawy paranoi i poważne stany lękowe.

Chyba się położę i będę udawała, że śpię, dopóki Dziubas nie zalegnie koło mnie.

Bo wtedy, zamiast spać, zawsze włącza mi się tryb konwersowania…Zemsta nadchodzi! ;) 

Gardłowa sprawa

Jakże cudowny początek tygodnia, zaczynający się nieodmiennie poniedziałkiem (nie chce być inaczej…) przywitałam bólem gardła nie z tej ziemi.

Przeziębiłam się w upale.

Po prostu rewelacja.

A w zasadzie to nie przeziębiłam, tylko odwodniłam i zmęczyłam. Dziś rano wstałam z objawami konkretnego kaca. Oczywiście nie przypominam sobie żebym piła cokolwiek alkoholowego. Chyba, że na imieninowym obiedzie u Mamy-Wu ktoś wlał mi jakiegoś burbona do zielonej herbaty.

Od biegania za przeróżnymi rzeczami bolą mnie wszystkie mięśnie. Boli mnie też chyba skóra głowy. Jeśli to możliwe.

Przegrzaliśmy się całkowicie, przemęczyliśmy i w związku z tym poszliśmy spać wczoraj o dwudziestej. To nic, że było jeszcze całkiem jasno.

Oczywiście wstaliśmy niewyspani.

Wyglądam dzisiaj jakbym piła przez ostatnie 3 dni, mam podkrążone oczy, rumieńce na twarzy i półprzymknięte oczy.

Po prostu cud, miód i orzeszki.

Do tego sterczą mi spięte włosy, bo wczoraj, w ramach traktowania ich w sposób humanitarny, spaliłam je lokówką. Po tym upiększającym (?) zabiegu stworzyłam sobie na łbie takiego pudla, że oczywiście musiałam to jakoś upiąć. Te części, które zwisnęły, przypominały bardziej progi niż fale.

Wymyśliłam sobie do tego kocie oko eyelinerem, który co rusz w tym upale się rozmazywał, więc co jakiś czas musiałam sprawdzać czy nie wyglądam jak panda albo ofiara przemocy domowej.

No bo co jak co, ale niestety makijaż w wersji minimum muszę mieć. Bez zakrytych rumieńców i z niepodkreślonym okiem wyglądam jakbym kilka ostatnich nocy nie spała, tylko przeryczała.

Co najlepsze, zaraz po powrocie do domu muszę wszystko zmyć bo wydaje mi się, że mam na twarzy kilo tynku i moje komórki umierają bez dostępu powietrza.

Whatever.

Tak czy inaczej, z utęsknieniem czekam na to, aż ten dzień się wreszcie skończy, ktoś wyciągnie mi te szpile z gardła i kupi mi coś słodkiego, bo w domu wszystko słodkie się skończyło.

No dobra, nie wszystko, ale w szufladzie jest czekolada, którą kupiłam Dziubasowi na dzień ojca, więc wiadomo, że jej nie otworzę.

Ech…

Włochate myśli

Muszę koniecznie zapuścić włosy!

Pomyślałam tak od razu, kiedy wyszłam od fryzjera. A raczej mojej fryzjerki. W zasadzie nie tylko mojej – NASZEJ, bo liczba chodzących do niej dziewczyn z mojego grona zwiększa się chyba z dnia na dzień.

Oczywiście już od miesięcy czekałam na ten moment, kiedy nareszcie usiądę w fotelu i B. uruchomi swoje latające nożyce żeby pozbawić mnie jakichś 20cm włosia. Myślałam o tym codziennie, marzyłam wieczorami, przeglądałam mnóstwo zdjęć i w końcu zdecydowałam się na tą jedną jedyną fryzurę. Nie za długo, nie za krótko, w sam raz.

Nie chodzi bynajmniej o to, że jestem z tej hmm…”usługi” niezadowolona. (Boszszsz…właśnie przypomniało mi się, jak ostatnio na hiszpańskim powiedziałam mojej super lektorce, że jestem książką a następnie zapytałam „Komu tańczysz?”…Naprawdę, NAPRAWDĘ nie powinnam obcować z ludźmi…). Fryzura 100% jak ze zdjęcia, tylko ja w niej wyglądam jak pół dupy zza krzaka.

Chociaż tym razem nie musiałam niczego przyklepywać po wyjściu z salonu. Bo zazwyczaj B. mówi, że „podnosimy włosy!” i kiedy spoglądam w lustro mam wrażenie, że wyglądam jak hrabia Dracula albo inna narzeczona Frankensteina.

W zimie sytuacja jest prosta, bo mam ze sobą czapkę. Ma się rozumieć, że zakładam ją w konspiracji, kiedy już oddalę się trochę od salonu, żeby nie było, że B. się nade mną napracowała a ja niszczę dzieło sztuki.

Inne pory roku sprawiają, że przemykam po cichu ulicami przylizując się na każdym kroku, bo mam wrażenie, że wszyscy dookoła się gapią i szeptają do siebie pokazując na mnie palcami „Boże, widziałaś ją? Ale ma włosy, nienormalna jakaś!”

Tak, wiem. WIEM. Mam problem. No i co z tego?

Chociaż podobno przyznanie się do tego, że posiada się problem, to pierwszy krok do sukcesu.

Dziubas natomiast problemu nie widzi.

Może to i dobrze? Pewnie lepsze to, niż gdyby skomentował moją nową fryzurę np. „O matko, coś Ty ze sobą zrobiła?!” albo „Kim jesteś i czemu zeżarłaś moją żonę?!” (To w wersji, w której fryzura dodaje mi tez kilogramów na twarzy)

Dziubas za każdym razem na moje eksperymenty z włosami reaguje tak samo: Najpierw patrzy od niechcenia nieobecnym wzrokiem, a potem pyta „Jesteś zadowolona?” – wtedy ja odpowiadam (jeszcze pełna uniesień po nawdychaniu się tych różnych odżywek i lakierów), że tak, na co on rzuca hasło ostateczne, kończące rozmowę: „To najważniejsze”.

Dziubas problemów ze swoimi włosami nie ma. To niesprawiedliwe. On obcinanie włosów traktuje tak prozaicznie jak tankowanie samochodu. Co w oczywisty sposób dowodzi, po raz kolejny zresztą, że mężczyźni mają łatwiej.

Ostatnio, kiedy wieczorem starałam się wyciągnąć z niego komplementy i usłyszeć jakąś świetlaną wizję nas razem w przyszłości, zapytałam go:

- I jak to będzie Dziubas, zestarzejemy się razem?

- Zestarzejemy! – Zakrzyknął bez chwili wahania obolałym głosem. – Ja pierwszy osiwieję!

Ech…Idę pooglądać zdjęcia hippisów.

Kuchenne rewelacje

To, że nie nadaję się do życia wśród ludzi, wiedziałam od zawsze.

Być może stąd właśnie pragnienie życia w dziczy.

Od kilku dni też łaskawy los przypomina mi, że inni ludzie to akurat najmniejszy problem. Bo co jak co, ale zaufania do samej siebie ostatnimi czasy mieć nie mogę.

Czasami wydaje mi się, że w tym ogólnym chaosie wystarczyłoby mnie zakręcić dookoła własnego domu kilka razy i mogłabym nie trafić już nigdy do środka.

Ha! Dopiero by było!

Już sobie wyobrażam te pomieszczenia zasłane skarpetami, narzędziami i powywlekanymi rzeczami ze wszystkich szafek dostępnych Bobowi. Istny armageddon!

Bo Dziubas, przykładowo, jest bardzo porządny i zorganizowany. W tych aspektach, które oczywiście on uważa za istotne.

I tak oto, jedzenie czegokolwiek poza stołem odpada całkowicie, ale za to skarpety wiszące na krzesłach czy kanapie, ewentualnie mokry ręcznik wciśnięty na świeżo pościelone łóżko nie stanowią dla niego żadnego problemu.

Ja natomiast, ze swoim niemieckim pedantyzmem muszę mieć wszystko zapięte na ostatni guzik, bo inaczej się uduszę i nie zasnę, jeśli na ziemi leżałyby skłębione onuce, chociaż padałabym na pysk ze zmęczenia.

I wydawałoby się, że nadal trwam sobie w tym moim idealnym, masochistycznym i uporządkowanym świecie, a tu proszszszszsz – jaka niespodzianka!

Otóż wszechświat staje ostatnio na głowie, żebym nie musiała niczego piec. Daje mi to delikatnie do zrozumienia, sugeruje, dźga pod pachą, a ja bezczelnie go ignoruję. No i po co? Sam mnie prosi, żebym zamiast pieczenia wybrała jakąkolwiek formę relaksu, a ja się sprzeciwiam. Pfff, doprawdy, nie poznaję samej siebie…

Najpierw biszkopt, który z założenia miał skopać tyłek wszystkim innym stworzonym do tej pory, urósł na całe 5 centymetrów a po wyjęciu nadal opadał. Nie wiem, może chciał mi zademonstrować wizualnie co znaczy osiąganie depresji.

Jako, że miałam go uratować jakąś genialną masą, którą miał zostać przełożony, wrzuciłam do elegancko ubitej śmietany MROŻONE owoce. Oczywiście nie musiała minąć nawet sekunda, żebym została z michą lejącej się wody, z miną, która mogłaby miażdżyć głazy w kamieniołomach.

Potem przyszedł czas na muffinki, których zapomniałam posłodzić, więc w smaku przypominały chleb. W przypływie euforii postanowiłam zrobić na wierzch słodki krem z bitej śmietany (boszsz…no ja w ogóle, nic a nic, nie uczę się na własnych błędach!), który nonszalancko po nich spłynął, jako, że były jeszcze ciepłe. Jakieś niezlokalizowane ośrodki podkorowe kazały mi to wrzucić do lodówki, żeby nie topniało. Po godzinie muffiny przypominały konsystencją kamienie, a smakiem niedogotowane ziemniaki.

Samo gotowanie też stało się dla mnie jakiś niezrozumiałym wyzwaniem, więc to, że coś przesolę, albo w ogóle nie posolę, przypalę albo nie dogotuję, to ostatnimi czasy normalka. Dziś, kiedy udało mi się w końcu zrobić normalny obiad, okazało się, że szklane naczynie żaroodporne się kruszy, więc nie wiadomo czy trochę szkła nie wpadło do mięsa.

Boszszsz…co to w ogóle ma być, ja się pytam?!

I pewnie normalnie nawet bym się przejmowała, ale od niedawna wyznaję zasadę, że wszystkie rzeczy dzieją się z jakiejś przyczyny i żeby słuchać tego, co wszechświat stara się nam przekazać.

I dochodzę do wniosku, że następnym razem podgrzeję jakiegoś gotowca, a w zamian wyłożę się na dywanie koło bawiącego się Boba i będę podziwiać swoje paznokcie. Albo sprawdzać, czy końcówki mi się nie rozdwajają.

Dziubas na pewno będzie zachwycony.

Ale jakoś mu to wytłumaczę.

Co prawda jeszcze nie wiem jak, ale może coś wymyślę.

A jak niczego nie wymyślę, to może chociaż wzbudzę w nim poczucie winy? Na przykład: Chciałam Ci ugotować obiad, ale w trakcie prawie zemdlałam! A to wszystko dlatego, że powietrze u nas w domu jest bardzo zanieczyszczone, bo nie mamy nic zielonego, co mogłoby je filtrować, a Ty ostatnio nie pozwoliłeś mi kupić tej paprotki!

Albo: Poślizgnęłam się na skórce od ziemniaka, którego obierałam do TWOJEGO obiadu, bo nie mam nowych butów!

Nie, na to chyba nie pójdzie…

Matko…czy są jakieś karnety do barów mlecznych?

Bo chyba czas kupić menażkę i ustawić się w kolejce po kilo ruskich…

Nad wyraz (!) wakacyjne wspomnienie

Po całym dniu spędzonym w sposób aktywny, a wręcz nadpobudliwy, docieramy do miejsca docelowego, z którego zamierzamy wyruszyć na krótką przejażdżkę rowerową.

Jako, że w amoku wakacyjnego „wypoczywania” i „relaksu” jesteśmy w drodze od rana, kiszki grają nam marsza (Matko, co za głupie określenie…kiedy jestem głodna jeszcze nic mi nigdy nie zagrało. Dosłownie i w przenośni. Występuje wówczas jedynie szybka przejażdżka po stadiach głodu: Zmęczenie-Senność-Apatia-Agresja-Depresja-Morderczy Głód-ToWszystkoTwojaWina,TrzebaByłoZjeśćWtamtymMaku5KilometrówWcześniej).

Naszym oczom ukazuje się ciąg PGR-ów przerobionych na pokoje do wynajęcia dla turystów. Z zewnątrz widać, że tutaj czas zatrzymał się na wyborze Edwarda Gierka na prezydenta RP Ludowej. Spodziewam się, że wewnątrz także nie wiszą kryształowe kandelabry oświetlające marmurowe podłogi.

Na środku owej konstrukcji widnieje napis sugerujący obecność jedzenia.

Zawijamy Boba pod pachę i podchodzimy do wejścia.

Pod ścianą tego przybytku siedzi trzech dżentelmenów w wieku średnim, sącząc powoli piwo ze szklanek. Na pierwszy rzut oka widać, że to kilku kumpli, którzy przyjechali tu oderwać się od rzeczywistości. Kilkudniowy zarost, humory dopisują. Piwo, jak łatwo zauważyć, też nie pierwsze dzisiaj, ale są bardzo kulturalni, pozytywni, uśmiechnięci i bardzo otwarci.

Informują nas, że wynajmują pokoje w tym właśnie kołchozie (bosz…no wybaczcie, ale naprawdę nie wiem jak to nazwać) stąd wiedzą, że kuchnia już zamknięta, kucharka wyszła i nic z tego nie będzie, ale jak chcemy, to podzielą się z nami kiełbasą i piwem.

Z uśmiechem odmawiamy, okazując oczywiście wdzięczność, bo wiadomo – dzielenie się pokarmem tego typu sugeruje ogromne poświęcenie.

Zamieniamy jeszcze kilka zdań, ja poprawiam sobie Boba na ręce, Dziubas zamyślonym wzrokiem rozgląda się dookoła. Podziwia budynek od prawej do lewej i z góry na dół.

Chcąc zmienić temat rozmowy a jednocześnie ją podtrzymać, Dziubas raz jeszcze spogląda na PGR, na panów i nagle, ni z tego ni z owego, wali prosto z mostu:

- Czyli jest tu też jakaś NOCLEGOWNIA, tak?

Boszsz…..

„Busy hands are happy hands?”

Na nic ostatnio nie mam czasu.

A kiedy już mam czas, to nagle okazuje się, że w sumie wcale go nie mam…jakkolwiek filozoficznie to zabrzmi.

Kiedy w końcu spędzam w domu pierwszy cały dzień od tygodnia, okazuje się, że hałda prania zeżarła kosz (bo nie widać go wcale, a zgaduję, że gdzieś w tych czeluściach musi być), podłogi się kleją, lodówka jest pusta (jeśli chodzi o coś normalnego do jedzenia) a zarazem pełna (produktów przeterminowanych, starych, zepsutych, śmierdzących, a także w stanie starczego uwiądu). Trawa znowu urosła o kolejne centymetry, więc Dziubas znowu ma w planach koszenie.

Pomijam fakt, że wczoraj Isabel (nasz doradca do spraw obejścia) kazała nam wpuścić na trawę gościa z traktorem, żeby nam to wszystko najlepiej ZABRONOWAŁ.

Nie no, luz.

Pomijam już fakt, że mogła nam to powiedzieć jakoś na wiosnę, kiedy śniegi stopniały, a nie teraz, kiedy uzyskaliśmy nareszcie efekt trawnika a nie pobojowiska z chwastami.

Już się cieszę na samą myśl posiadania kwadratu przeoranej ziemi za oknami.

Szczególnie po deszczu.

Trzeba będzie zaproponować któremuś sąsiadowi wydzierżawienie naszego ogródka jako wielkiego aquaparku dla świń, bo szkoda, żeby takie fajne błoto się marnowało.

Kto wie, może po jakiejś serii ulew zrobi się z tego prawdziwe bagno i pojawi się też odpowiedni rodzaj robactwa?

Chyba natychmiast potrzebuję drinka…

Z racji tego, że Bobas postanowił niedawno bardziej nie spać w dzień niż spać, pole manewru mam – co by nie mówić – BARDZO ograniczone. Z dwóch godzinnych drzemek zrobiła się nagle jedna 1,5-godzinna.

Mając do dyspozycji 1,5 godziny i WSZYSTKO do zrobienia, o efektach wspominać nawet nie będę.

Jem dalej w biegu. Albo na stojąco. Tak czy tak, w pośpiechu.

Schemat jest przeważnie taki sam: nagle czuję jakiś gigantyczny głód, wiec stoję w kuchni przy blacie i pożeram co mi akurat wpadnie w ręce. Przy tym rozglądam się czy nikt mnie nie widzi. Z naprzeciwka zawsze patrzy na mnie pies i obdarza mnie pojedynczym szczeknięciem. Ewidentnie mnie potępia. Robi mi się wstyd przed psem wiec oddalam się od okna.

Ech…chciałabym usiąść sobie w ciszy na tym wymarzonym tarasie i wypić mrożoną herbatę. Zamknąć na chwilę oczy, posłuchać śpiewu ptaków, poczuć letni wiatr i słońce na twarzy…

 Chce mi się ciszy i spokoju. Chociaż troszeczkę…