Ale wkoło jest wesoło, rozwalimy całe koło!

Jak pisała ostatnio Lady Makbet, 13 piątek ma to do siebie, że nie przychodzi ani 13-tego ani w piątek. Mnie odwiedził w poniedziałek, spóźniony o kilka dni, czym uśpił moją czujność.

Bydlak.

Dzień sam w sobie niczego złego nie zapowiadał, leciał dość leniwie, dopóki nie najechałam kołem na jakiś kawałek betonu i nie rozwaliłam całej opony.

Boszsz…trzymajcie mnie! Całej sytuacji opisywać nie będę, bo to nie program o zachowaniach kierowców na drodze, ale żeby zejść z drogi miłemu panu, który pędził prosto na mnie jej środkiem, przytuliłam się delikatnie na prawą stronę do jakiegoś placu budowy.

Huk był niemiłosierny, chociaż nie stało się nic wielkiego. Pfff…jak to zwykle z samochodami bywa – wiele hałasu o nic. Dziubas zjawił się dość szybko (jechałam akurat po niego do pracy), zmienił oponę w tempie błyskawicznym i wróciliśmy do domu.

Ale za to jaka była scena! WCALE się wszyscy nie gapili jak przydzwoniłam. W OGÓLE.

Ba, jedno małżeństwo w średnim wieku nawet wykręciło głowy na plecy żeby z pogardą przyjrzeć się całemu zajściu.

Ma się rozumieć, że ani jedna osoba nie zapytała „Hej, widzę, że jesteś małą drobną przestraszoną kobietą i podróżujesz z dzieckiem – może POMÓC?!”

No ale nie oczekujmy niemożliwego i nie ocierajmy się o science-fiction…

Podczas gdy Dziubas zmieniał koło, wróciłam na miejsce zbrodni (Jak przyznała Dzika – „ONI zawsze wracają na miejsce zbrodni, ZAWSZE!”) żeby spojrzeć, czy przypadkiem im tej budowy nie przestawiłam. No ale umówmy się, że trudno przestawić beton. Pod jakimś rusztowaniem z folii nawet wypatrzyłam mój kołpak, ale nie chciałam go zabierać i ryzykować kolejnej sceny w stylu: „Dzień dobry, to moje, hehe!” – chuchnąć, przetrzeć pod pachą i wrzucić Bobowi do wózka.

Najdziwniejsze jest to, że było to największe katharsis jakie osiągnęłam od dobrego 1,5 roku. Matko, ale jaki szok w ogóle! Po powrocie do domu byłam tak wyluzowana, że czułam się jak ten lotos na tafli jeziora. Nie wiem, może w końcu jakaś czara goryczy się przelała i wylałam z siebie całą puszkę pandory, ale czułam się tak lekka, że tylko krok dzielił mnie od nirwany i lewitacji.

Na koniec dnia tylko jakoś koszmarnie bolały mnie łydki – może to tam skumulował się cały stres.

Na podtrzymanie dobrego nastroju po rzeźni, jakiej dokonałam na aucie Dziubasa (dziwne, bo swoim Szprotem się tak nie rozbijam…), oglądałam z zachwytem w TV reklamy z Lidla i Biedronki, które działały na moją duszę jak balsam.

Może wkroczyłam w jakieś nowe stadium szaleństwa?

Zgodnie z tradycją, po uszkodzeniu Dziubasowozu zapytałam grzecznie Dziubasa czy tym razem też kupić mu Czekoladki Hańby, na co odpowiedział, że tym razem nie ma takiej potrzeby.

Tym, którzy nie wiedzą (a może nie pisałam o tym, już nie pamiętam) wyjaśniam: Poprzednim razem kiedy zarysowałam mu auto kupiłam w ramach przeprosin ładną bombonierkę (w TK Maxx więc pełen wypas, zagranica i te sprawy!), którą Dziubas pozostawił w szafce mówiąc, iż te czekoladki NIGDY nie zostaną otwarte, będą sobie tu leżały i mi przypominały o tym, co zrobiłam.

Także element tego typu wzajemnego wychowywania się w małżeństwie mamy za sobą.

A teraz Bobo śpi a ja jem resztkę dyniowej zupy. I jest jeszcze dobra!

Dynia mi pęka!

Żeby nie było – będę się żalić ale sama sobie zgotowałam ten los!

Zachciało mi się dyni. Matko, ale jak! Już w zeszłym roku chciałam ją kupić i zrobić z niej te wszystkie pyszne rzeczy ale jakoś nie wyszło. Tej jesieni postanowiłam, że będzie inaczej i na początku zeszłego tygodnia przywlokłam jeden egzemplarz do domu. Taką raczej mniejszą niż większą, tak na spróbowanie.

Na rozparcelowanie dyni przyszedł czas w piątek. Postawiłam ją sobie na blacie w kuchni i zaczęłam od snucia wizji i układania planu. Stanęło na zupie (o którą upominał się Dziubas) i cieście. Patrząc na dynię wydawało mi się, że nigdy na takie zachcianki nie wystarczy materiału. Po jej rozkrojeniu okazało się, że jest jej aż nadto. Rozkrojeniu – raczej rozwaleniu, bo okazuje się, że nie taka dynia łatwa na jaką wygląda. Nawet dwa razy użyłam jakiegoś toporka skompilowanego z tłuczkiem do mięsa (matko, skąd my w ogóle mamy takie coś w domu?!) aż w końcu odpuściła.

W wielkim skrócie napiszę, że wyszły z niej dwa ciasta (a w sumie ciasto i muffiny) i gar zupy. GAR. Bemar stołówkowy dla całego legionu wygłodniałych powstańców.

W kuchni stałam jedynie 4 godziny. Bałagan jaki przy tym powstał zawstydziłby niejeden krajobraz po huraganie albo tsunami. Bo szybko, bo tu się gotuje, tam stygnie, coś się pali a Bob stoi przy nodze. Wspomniany już Bob obejrzał przez te 4 godziny chyba wszystkie odcinki Strażaka Sama i Pszczółki Mai. W duchu cały czas dziękowałam twórcom tych bajek.

Podsumowując – w dynię najlepiej wbić długi i szeroki nóż, żeby zacząć, potem już jakoś idzie. Obierało się to długo, chociaż całkiem przyjemnie, do momentu sięgnięcia do wnętrza. Jak zaczęłam wydobywać z niej pestki, zrobiło mi się słabo i niedobrze, bo czułam się tak, jakbym ciągnęła kogoś za mokre włosy rosnące gdzieś WEWNĄTRZ, we flakach. Resztę pestek wyskrobałam nożem, żeby nie mieć z tym wszystkim bezpośredniego kontaktu.

Ciasto mieszałam blenderem, bo od 1,5 roku nie możemy jakoś kupić miksera, chociaż ze sprzętów kuchennych mamy nawet skrobaczkę do skórki z cytryny.

Upieczone smakuje jak zwykły biszkopt. Zupa smakuje jak przecier jarzynowy.

To, że czuję się rozczarowana efektem, to mało powiedziane. Co gorsza, mam ochotę podjąć to wyzwanie kolejny raz, ale tym razem znaleźć przepisy na bardziej wyrafinowane potrawy. To się chyba nazywa syndrom ofiary.

W sobotę, już od samego rana, powtarzałam sobie jak mantrę, żeby wracając z hiszpańskiego zatrzymać się w wiejskim sklepie po masło (bo zużyłam całe na aferę z dynią) i patyczki do uszu.

Jadąc na lekcje, recytowałam w myślach „Masło i patyczki”.

Wracając, powtarzałam już na głos „Masło i patyczki, masło i patyczki…NIE ZAPOMNIJ masło i patyczki!”.

Zatrzymałam samochód, weszłam do sklepu i stanęłam przed półką z artykułami higienicznymi. W tej sekundzie uderzyło mnie, że przecież do jasnej anielki, mam całe pudło patyczków do uszu i ŚNIŁO MI SIĘ, że ich potrzebuję.

Bosz, no ledwo dałam radę doturlać się do auta, żeby móc wybuchnąć śmiechem i płakałam całą drogę do domu. W domu zresztą też. Po prostu weszłam do środka i prawie sikałam po nogach ze śmiechu. Dziubas tylko patrzył ze zrezygnowaną miną, bo nie takie rzeczy już widział w moim wykonaniu. Po wyjaśnieniu, kiedy byłam w stanie zatrzymać rżenie i złapać oddech, nie rozśmieszyło go to wcale.

Pffff, mężczyźni! To ja się duszę całą drogę a on nic!

Niedziela minęłaby całkowicie leniwie i spokojnie, gdyby Dziubas nie poszczuł mnie pająkiem wielkości tarantuli. Wyciągając wory ze śmieciami (bo jutro na wsi wywózka) natknął się na jakąś wielką dwumetrową tubę, w której chyba kiedyś przyjechały do nas karnisze, a o której zapomnieliśmy. No to odsuwam ją z kąta żeby ją wyrzucić, a pod nią pająk. Nie nie, nie pająk. P A J Ą K. Przez duże Pe. Dorodny tłusty i ogromniasty.

Oczywiście momentalnie odskoczyłam od tuby i stwierdziłam to co zawsze – trzeba spalić dom!

Dziubas ze stoickim spokojem podszedł do pająka, który wskoczył na tubę jak gdyby nigdy nic. Oboje zadowoleni wyszli z garażu – Dziubas na nogach, pająk na tubie. Ja stoję kilka metrów od nich, bo nigdy nie wiadomo – pająkowi może nagle coś odwalić, skoczy na mnie i wyżre mi pół twarzy.

Odwracając się do nich bokiem (Błąd! Błąd!Błąd!) zdążyłam zauważyć kątem oka, że Dziubas nagle się zrywa i leci w moją stronę z tym pająkiem na końcu tuby! Normalnie atakuje mnie predatorem! I jeszcze się cieszy! Zdążyłam jeszcze wydukać „Dziubas, no co Ty…” ale momentalnie zrozumiałam, że trzeba uciekać, więc skoczyłam przed siebie wrzeszcząc wniebogłosy. I proszę – po tylu latach w końcu okazało się, że umiem piszczeć jak dziewczynka.

Dziubas, nie rozumiejąc moich błagalnych próśb o zabicie tarantuli stwierdził, że przecież to BOŻE STWORZENIE.

No błagam…pod tym określeniem widzę puszystego króliczka, kolorowego koliberka czy inną mięciutką kaczuszkę ale PAJĄK BOŻYM STWORZENIEM? Chyba prędzej szatańskim tworem z samego dna piekieł – z tego samego dystryktu co szerszenie i skorpiony…

Na koniec dodam, iż zainstalowaliśmy sobie w kuchni na oknie wyczekiwaną roletę dzień-noc. Ciemno szarą, bo wszyscy w sklepach ostrzegali, że ta biała to straszna, bo od razu brudna, bo kurz, bo jedzenie, muchy i inne takie. Po zainstalowaniu mamy ochotę się wyprowadzić, bo kuchnia wygląda teraz jak prosektorium – i to wyjątkowo ciemne. Normalnie ubojnia, czerń, dół i kilo ziemi. Na dodatek te pasy kojarzą mi się z takimi plastikowymi, które często miały w drzwiach na zaplecze panie w mięsnym. Chociaż nawet one miały białe…

P.S. Zauważyliście, że moda na jelenie trwa już kolejny sezon? Jeleń na obrazie, na ozdobnych poszewkach, sztuczne poroża do zawieszenia na ścianę – złote! Czy ja coś przegapiłam? Jest jakaś moda na leśną dzicz, czy to jakaś łagodniejsza forma przyznania się tymi rogami do czegoś przed współmałżonkiem?

P.P.S. Właśnie zobaczyłam w TV blondynkę z brwiami jak Grinch. Uświadomiła mi, że już za dwa miesiące Święta.

 

Skręty przy wkrętach

Matko…padam z nóg!

A wszystko dlatego, że jeszcze przed godziną kończyłam samodzielnie skręcać dwa mini regały i stolik z krzesłami dla Boba. Oczywiście z Ikei. Boszsz…jak naprawdę lubię ten sklep i zawsze cieszy mnie wszystko co tam kupię, już samo obdzieranie tych rzeczy z kartonów sprawia, że tracę 99% zasobów energetycznych w organizmie.

Chociaż może zacznijmy (znów!) od początku!

Nadszedł ten moment, żeby w końcu jakoś ten Bobowy pokój urządzić i myślałam dniami i nocami jak zrobić to:

a) ładnie

b) tanio

c) pomysłowo

d) żeby nie wyglądało, że jest–> patrz: punkt b

Oczywistym było, iż skończy się w Ikei – jak zwykle zresztą. Po imprezie u Szalikowej doznałam olśnienia i stwierdziłam, że po prostu muszę mieć to co ona! Odgapię, odmałpuję, skoro sama nie potrafię wymyślić! 

Początkowo nie spałam kilka nocy, bo moja ostoja meblowa leży na drugim końcu miasta – takim, do którego z jakiegoś powodu nigdy nie jest po drodze, no ale podobno te obrzeża to polityka firmy. Nie wiem, nie znam się, zarobiona jestem. Może to tak, że jak jesteś tam rzadziej to bardziej Cię cieszy. Nie wiem. Naprawdę. Tak czy inaczej, żeby tam dotrzeć musiałam przejechać kawał autostrady (a ja po prostu kocham te wszystkie cudowne pomysły kierowców pędzących po 150…), zjechać z niej i wyjechać w dobrym momencie. WCALE się nie stresowałam.

Pojechałam i wróciłam bezbłędnie.

HA! Już teraz nie będę się bała tam jeździć!

No, może tylko z tego powodu, żeby nie wkurzać Dziubasa, który tego sklepu bardziej niż nie lubi. Jak już zresztą poprzednio pisałam.

Że o ogołoconym portfelu nie wspomnę. Tak do końca miesiąca. Mamy dziś 11-ty. Luz. Jakoś przeżyjemy – mieszkamy na wsi, będziemy zbierać korzonki i padnięte sarny.

Pomijając resztę dnia, nadszedł wieczór, kiedy wreszcie mogłam rozłożyć kartony i zabrać się za składanie. Prawie jak Gwiazdka! Pragnę przypomnieć tym, którzy nie pamiętają, że „prawie” robi ogromną różnicę.

Na początku okazało się, że wcale nie jest tak łatwo roztentegować te kartony. Potem Bobo wykradał coraz to nowe części swojego stolika albo krzesełek, więc doszedł też element pościgu z partiami wychowawczymi w stylu „Nie wal tym w podłogę bo pęknie i gucio będziesz mieć a nie stolik!”

W składaniu stolika pomyliłam się JEDYNIE 3 razy. Tylko dwa razy musiałam odkręcać to, co już zakręciłam. Gołymi rękami z tym ich kluczykiem. Chciałam profesjonalnie i przyniosłam nawet Dziubasową wkrętarkę, ale nie miała na czubku tego-takiego bolca do wkręcania, więc plan wziął w łeb już na samym początku i trzeba było wszystko robić ręcznie.

Przy regałach pomyliłam się TYLKO dwa razy. No naprawdę, drobnostka.

Za to przy ostatnim regale leciałam już z pamięci i mogłabym już chyba składać je na czas.

Na sam koniec pracy byłam tak styrana, jakbym conajmniej ratowała z pożaru lasu rodzinę dorodnych jeleni i wynosiła je stamtąd na rękach.

Pot lał się ze mnie strumieniami, więc po raz pierwszy w życiu śmierdziałam tak, jak może śmierdzieć tylko klatka dzikich zwierząt w zoo w upalny dzień.

Za to dziką miałam też satysfakcję, że zrobiłam wszystko S A M A! O, TYMI rękami!

Co więcej Bobas się bardzo cieszył swoimi nowymi meblami, więc chyba jest wszystko w porządku.

Przed chwilą w końcu się wykąpałam, ba, WYPARZYŁAM pod prysznicem. Dziurawiec pienił się jak szalony. Niestety ręcznik położyłam sobie zdecydowanie za daleko od kabiny, więc zburzyłam sobie cały zen na koniec dnia. Teraz siedzę z mokrą głową i myślę o tym, że jest jeszcze jeden karton z kwadratowym regałem i chce mi się w niego przywalić łbem tak, żeby już nie nadawał się do recyklingu.

PS. Od kilku dni Dziubas puszcza mi instruktaże jak zrobić w dziczy lepiankę i gliniany piec (żebym nie zmarzła na zimę) a następnie dorzuca kawałki Kasi Kowalskiej (te najstarsze) i Klenczona (te jeszcze starsze). Chyba liczy na to, że sama się wyniosę. Nie wie, że mam jeszcze schowaną w łazience jedną parę zatyczek do uszu…

 

 

Szlachetne zdrowie?

Przepraszam bardzo, ale czy ten świat jakoś ostatnio nie zwariował? Nie na punkcie anorektycznych modelek czy bezglutenowej żywności ale z powodu suplementów diety i innych leków?

Ja wiem – mamy starzejące się społeczeństwo, konkurencja na rynku farmaceutycznym pewnie spora, a tu zima idzie, cukier drożeje, dzieci butów nie mają (znacie ten kawał???). Jestem w stanie sobie wyobrazić, że skoro mamy doktora google to inny nam niepotrzebny a w związku z tym suplementy możemy sobie wybierać jakie tylko chcemy w zależności od pory dnia, nastroju albo fazy cyklu.

Ale czy to co się dzieje w mediach to nie lekka przesada?

Już nie wspominam o tym, że jadąc autem nie słucham radia przez reklamy leków i to zazwyczaj te same w kółko. Telewizji nie oglądam zbyt wiele, ale jeśli już się zdarza, trafiam na gigantyczny blok reklamowy trwający nieraz kilkanaście minut, w którym prezentowane są najmodniejsze specyfiki. I tak – przykładowo – na 20 reklam, jakieś 15 to prochy. Posegregowane, ma się rozumieć, według pór roku. A więc na wiosnę preparaty na odchudzanie, na lato na ukąszenia owadów, a jesień i zima to głównie pole do popisu tych na przeziębienie i grypę.

Tylko czy tego wszystkiego musi być naprawdę AŻ TYLE?!

Siadam sobie do kolacji i włączam TV, bo a nuż leci jakiś dobry film albo dokument.

Otwieram lodówkę i sięgam po masło, a tam uderzenia gorąca podczas menopauzy.

Kroję pomidora na sałatkę a tam grzybica stóp.

Przeżuwam kanapkę a ze szklanego ekranu macha do mnie biegunka.

Popijam to wszystko herbatą, do której zagląda mi prostata.

Boszszsz…no błagam Was!

Już naprawdę nie widzę sensu samego w sobie, żeby takie reklamy puszczać, bo od doboru leków mam lekarza albo farmaceutę. Ale na litość! Jak zdesperowanym trzeba być, żeby już na przykład zagrać w takiej reklamie?

Już widzę siebie w kolejce na casting do reklamy jakiegoś specyfiku, z numerkiem na klacie i formularzem z danymi osobowymi w ręce. Portfolio, zdjęcie, dokonania artystyczne na przełomie ostatnich 20 lat, ze śpiewaniem w przedszkolnym chórze „Krasnale” włącznie.

Wywołują moje nazwisko, staję na jakimś czarnym punkcie przed jury jak w Idolu i mówię „Dzień dobry, ja na casting do problemów intymnych!” I co dalej? Szanowna komisja pyta mnie jaka jest moja motywacja? „Bo ja to zawsze chciałam opowiadać o chorobach wenerycznych, pan spojrzy, w 2007 już grałam twarz rzeżączki w jednej reklamie!”

No wybaczcie, ale jakoś nie umiem sobie wyobrazić, że ktoś o zdrowych zmysłach się na to decyduje…

A tymczasem idę pod prysznic i na wszelki wypadek nie włączę dziś TV, bo obawiam się bliskiego kontaktu z zaparciami…

Spoko oko

Tydzień zleciał a ja ledwo zdążyłam uciekać przed szerszeniami, wymyć dom (jako-tako, umówmy się, że sprzątanie gruntowne przewiduję jak Bob pójdzie do przedszkola…), pobyć przez jeden dzień słomianą wdową i oślepnąć na jedno oko.

Ale po kolei…

W jednym z drzew niedaleko naszego domu zamieszkał szwadron trupich główek SS w osobie szerszeni. Przyjęłam ten fakt z obrzydzeniem i gęsią skórką, chociaż koło nas niespecjalnie się pojawiały. Tak mi się przynajmniej wydawało do momentu, kiedy około 23.00 jeden wleciał nam do domu a Dziubas szybkim ruchem ninja grzmotnął go klapkiem i przygniótł do szyby. Stany lękowe i odruch wymiotny włączyły mi się tuż po tym, jak okazało się, że ów jegomość w ferworze walki WGRYZŁ się nam w firankę. Bosz…do dzisiaj jest mi jakby słabo i niedobrze jak sobie to przypomnę. Od niedawna te sukinstwory zamieszkały chyba w kolejnym drzewie, tym razem na prawo od nas, więc spacerujemy jedynie na lewo. Na dzień dzisiejszy czekam na pierwsze przymrozki, najlepiej takie gwałtowne -20, żeby im tam wszystko wymroziło. Po co to żyje, ja się pytam?!

O sprzątaniu rozpisywać się nie będę – nadal fantazjuję o godzinach szorowania szafek, brodzika i leinwie błogiego układania rzeczy w szafach. Póki co buty letnie mieszają się z jesiennymi, ręczniki w ramach suszenia się wiszą na balustradzie schodów, a jeśli nie uprzątniemy w końcu rzeczy w garderobie, zamieszka w niej opos albo stado bezdomnych szopów. Ach…szopy! To byłoby coś! Mógłby prać mi ręcznie te rzeczy, które się nie nadają do pralki…

Perspektywa piątku spędzała mi sen z powiek, bo Dziubas miał firmową imprezę, która miała trwać do soboty. Uprosiłam go, żeby jednak wrócił tego samego dnia (Bo przecież to TYLKO 1,5 godziny drogi od nas…) bo w głowie miałam wizję mordercy z hakiem pod drzwiami, dziewczynki z Ringu pod prysznicem i zabójczego klauna za kanapą. Dzień należał do wyjątkowo spokojnych, gdyż Bob w prezencie dla mamy postanowił przespać trzy godziny, więc byłam więcej niż zadowolona. On też. Dziubas wrócił lekko po 23.00 kiedy już…spałam. Luz. Dobrze, że się nie wkurzył, kiedy taka rozespana otworzyłam mu drzwi. Oczywiście potem nastąpiło rozświetlenie całego domu, bo trzeba rozwiesić ubrania (boszsz…kto w październiku jedzie na RAFTING?!), wykąpać się i tym podobne. Całe szczęście jakoś w tej światłości udało mi się usnąć. Spałam błogo jakoś do trzeciej, kiedy Dziubas stwierdził, że chyba jest przeziębiony (Powtarzam: Kto? Na rafting? W październiku?!) i musi coś zażyć. Do znalezienia tego czegoś należało zatem włączyć wszystkie światła i kopać w wiadrze z lekami (Tak, mamy ich całe pudło. Apteki mogą nam pozazdrościć asortymentu…), przy okazji robiąc porządku i wyrzucając szeleszczące opakowania i ulotki do szeleszczącego worka na śmieci. Apapu, który leżał na wierzchu nie znalazł, ja musiałam wstać i mu go podać. Rano wstał zdrowy. Ja wstałam niewyspana z samopoczuciem typu zombie na haju.

Weekend spędziliśmy na niedalekich podróżach w poszukiwaniu dobrego miejsca na spacer. W międzyczasie ja zahaczyłam dwa salony meblowe (nadal szukam niedrogiej małej komody i małego kawowego stolika) bo Dziubas przekonywał mnie, że Ikea jest be i inne meble są dużo lepsze i ładniejsze. To nic, że 99% naszego wyposażenia pochodzi właśnie z Ikei. Nie znalazłam nic, chociaż w jednym salonie zakochałam się w ogromnych stojących zegarach z wahadłami. Matko, nawet nie wiedziałam, że jeszcze ktoś to robi! Mogłabym siedzieć w miękkim fotelu, z ciepłą herbatką w ręku i obserwować jak to wahadło się buja w jedną i drugą stronę.

Spacer numer dwa był udany odrobinę mniej, gdyż na miejsce docelowe najpierw wybraliśmy parking pod jakimś Kościołem, pod którym nie było nic oprócz dwóch pojemników na używaną odzież i jednego szerszenia. Ostatecznie trafiliśmy do mieściny, w której akurat odbywał się pogrzeb i dzwony obudziły nam Boba, więc wróciliśmy do domu. Jadąc 45 minut (w jedną stronę) po to, żeby przespacerować się jakieś 15.

Dzisiaj za to postanowiłam wyrobić sobie nowe okulary, gdyż moje stare zerówki już się powkręcały, a chciałam mieć jakiś antyrefleks na nocne wojaże samochodem. Oj, bo jak robi się ciemno to ja mam kurzą ślepotę i oślepiają mnie światła innych samochodów świecące mi prosto w ryłko.

Po spędzeniu kilku dobrych minut na badaniu wzroku i mierzeniu 67845832 typów soczewek, pani stwierdziła, że mam iść do okulisty, bo w prawym oku nie widzę nic, a przed chwilą jeszcze widziałam.

Matko…To już ten wiek. Okulary na stałe! Jak to w ogóle będzie wyglądało?! A już wybrałam tam sobie takie ładne brązowe oprawki…Pocieszające jest to, że Pani początkowo obliczyła mi minus półtora ćwiartki w każdym oku, a ćwiartka przywodzi na myśl zawsze dobre towarzystwo i głośną muzykę…No i te całe cylindry! Nie wystarczy, żebym miała je w samochodzie? Na oczach też muszę?! To może załatwię sobie jeszcze taki cylinder na głowę i już w ogóle wstąpię wolontaryjnie do psychiatryka? Będę prowadzić wieczory poezji śpiewanej i sprawdzać godzinę na zegarku z łańcuszkiem? A jak będę duża to załatwię sobie szklane oko!… Na fundusz!

PS. Bob zaczął mówić „TATA”. I niech ktoś mi powie, że życie jest sprawiedliwe ;)

 

Ja codziennie rano…

Boszsz…odprałam się. Trochę. To oczywiście nie tak, że kosz na brudy stoi pusty, bo taki stan rzeczy nie istnieje, ale widać w nim dno, więc wszystko zmierza ku lepszemu.

Korzystałam też z urlopu Dziubasa, który niestety dziś dobiegł końca. Ze smutku wstawiłam dwa prania. Na więcej nie mam miejsca na suszarkach.

Dwa tygodnie Dziubasowego wolnego zleciało jak jeden dzień, ale udało mi się nawet mieć w tym wszystkim pół dnia dla siebie. Co prawda akurat na zewnątrz była ściana deszczu, więc przyszło mi się włóczyć po galerii handlowej ale byłam tak szczęśliwa z powodu tego włóczenia, że początkowo wydawałam nawet dźwięki podobne do mruczenia.

Kupiłam dwie pary spodni w H&M za 60 zł (obie takie same – dokupię jeszcze 10 i będę mieć szafę jak ten gość w horrorze „Mucha”…) i bordową bluzkę w drobne białe kropeczki, która tak mi się skojarzyła z sielanką, pierniczkami i Bożym Narodzeniem, że musiałam ją mieć. Dziubas stwierdził, że wyglądam jakbym się wybierała na wiejskie haftowanie serwetek albo herbatkę w świetlicy. Tak więc ciuch ułatwiający wtopienie się w otoczenie – zaliczony!

Dzień później, siedząc w poczekalni u mojego lekarza (endo), zwanego przeze mnie pieszczotliwie Hannibalem Lecterem, słuchałam jak pielęgniarki w socjalnym za ścianą omawiają ze szczegółami wszystkie wypadki w swoich rodzinach, nie oszczędzając detali typu odcięte palce czy drut wbity w nogę po samo kolano. Boszsz…nie cierpię tego miejsca! Zawsze zastanawiam się, czy nikt jeszcze nie zwrócił im uwagi, żeby zamknęły drzwi albo chociaż rozmawiały ciszej. Kilka dni później moja mama opowiedziała mi historyjkę o kobiecie z naszej klatki, która właśnie zmarła, ubarwiając swą opowiastkę detalami choroby i sytuacją rodzinną.

Ma się rozumieć, że dół rozmiarów Wielkiego Kanionu osiągnęłam w sekundzie i do końca dnia denerwowało mnie już wszystko.

Ja nie wiem co w tym jest, że ludzie tak kochają opowiadać sobie o śmierci, chorobach, zabójstwach i innych takich przyjemnostkach. Od zawsze uważam to za obrzydliwe, wstrętne i patologiczne, a już na pewno sama nie chcę ani inicjować ani brać udziału w takich dyskusjach.

Z dalszych nowinek udało nam się odzyskać dowód rejestracyjny Dziubasowozu – po dwóch tygodniach zamiast jednego, no ale kto by się tym przejmował. No doprawdy, zawsze mi się wydawało, że przesłanie dokumentu z jednego urzędu do drugiego zajmuje kilka dni, ale nasz dowód najwyraźniej podróżował przez Botswanę, robił zdjęcia i zbierał kolorowe magnesy…Dzień przed jego odebraniem Dziubas za to dostał smsa od Wróżbity Macieja (Kto rozdaje nasze numery w takie miejsca?!), w którym poinformował go, że ma dla niego dowód na wygranie pieniędzy. Stwierdziłam z niechęcią, że wystarczyłaby informacja „mam dowód” (rejestracyjny ma się rozumieć) i w obecnej sytuacji ucieszyłby nas ten fakt.

Podczas kolejnej ulewy, wracając ze śpiącym Bobem na siedzeniu obok, przechodziłam stan przedzawałowy, bo wydawało mi się, że zepsułam Szprota. Dudnienie, które narastało za każdym razem, kiedy wrzucałam piątkę, podsuwało mi wizje zalanego silnika, zepsutego łożyska, auta stojącego na poboczu na awaryjnych i zatrzymującego się w celu pomocy seryjnego mordercy. Okazało się oczywiście, że to dudnienie to WYCIERACZKI. Kiedyś się wykończę psychicznie, słowo daję…

Wczoraj natomiast dzień spędziliśmy w mieścinie niedaleko naszej na plenerowej imprezie historycznej, o której Dziubas trąbił już od początku zeszłego tygodnia. A raczej od wtorku, kiedy wpadł do pokoju z rozwianym włosem i obłędem w oczach krzycząc, że MUSIMY w niedzielę jechać na wielką RE PRO DUK CJĘ. Luz. Moja mina chyba należała do tych z gatunku bezcennych.

A teraz Bobas śpi, ja siedzę w moim pokoju i wyglądam przez okno. Jeszcze zielono. Już chłodno. Mam ochotę na kubek gorącej czekolady i na poczytanie tych 4 książek, które czekają na swoją kolejkę.

A tak naprawdę spać. Spać mi się chce.

PS. Kiedy wpiszę w google „Ja codziennie rano”, podpowiada mi „BIEGAM PO NIEMIECKU.” Wiecie coś na ten temat?! 

Podróże małe i duże

Wróciliśmy nareszcie do domu, po tygodniowej tułaczce nad naszym zacnym morzem. Pogoda była naprawdę w porządku, chociaż wszyscy dookoła straszyli nas ulewami – tak więc oświadczam wszem i wobec: nic się nikomu nie ulało. Chociaż przy okazji muszę wyznać szczerze, że opalenizny też żadnej nie przywieźliśmy. Tylko kilogramy prania i piachu.

Wszystkich zainteresowanych zapraszam poniżej na wielki skrót wydarzeń! Zabierzcie ze sobą mocną kawę!

Dzień 1 – Po dotarciu na miejsce wyobrażamy sobie już tylko i wyłącznie odpoczynek, relaks i drinki z palemką. BŁĄD! I to taki podstawowy! Aż wstyd, że my – zawodowi i zaprawieni w bojach rodzice potrafimy tak stracić czujność i puścić wodze fantazji, kiedy byle hotel zamachał nam obiadem przed nosem. W Boba już pierwszego dnia wstępuje jakiś huragan Irma i postanawia nagle włączyć tryb Turbo ADHD. Po spacerku nad morze postanawiam ściągnąć swoje i jego buty i delikatnie zamoczyć stopy. Bobo – jak to Bobo – wskakuje w fale z całym impetem a potem SIADA w wodzie. Zawody kończą się przebieraniem w suche rzeczy na środku plaży z tłumem gapiów dookoła.

Dzień 2 – Bob wstaje godzinę wcześniej niż normalnie i ma w dziobie dwa smoczki naraz. Już wiadomo, że spania nie ma i zapowiada się ciekawy dzień. Czekam aż Dziubas naprawi dachowy bagażnik, w którym nagle zepsuł się zamek. Postanawiam zabrać Boba na plac zabaw. Po posadzeniu go na zjeżdżalni doczepionej do jakiegoś domku, małpiego gaju czy jak to zwać, Bob ucieka mi DO GÓRY, włazi do domku, pędzi na czworakach w stronę najwyższej zjeżdżalni i zjeżdża głową w dół. Ja chyba mam wszelkie oznaki zawału, Bob się cieszy, bo zjechał dziobem w piach.Chcę wyciągnąć Dziubasa na Hel, bo podsłuchałam, że o 11 ma być karmienie fok, na co on pyta mnie, czy jestem głodna. Nie jestem. Ostatecznie zwiedzamy tę mieścinę, zwaną od tej pory przeze mnie Jastrzębią Dziurą, w której nie ma normalnych chodników i jemy wędzone ryby, po których potem nam niedobrze. Popołudniu, kiedy zalegam na chwilę w łóżku, przeciągając się z zadowoleniem, Dziubas podsumowuje, że niepotrzebnie tyle jechaliśmy na wakacje, skoro wystarczy mi do szczęścia rozłożone łóżko. Nie chcę głośno potwierdzać, bo jeszcze by się zniechęcił.

Dzień 3 – Zwijamy z Helu Lindę (bo akurat jest na wakacjach w tym samym czasie co my) i wypływamy w rejs skrzypiącą łajbą. Po rejsie udajemy się na obiad, na którym, wedle mojego wyjazdowego postanowienia, zamawiam rybę, upierając się przy turbocie. Nareszcie dostaję go na talerzu, usmażonego na złoto, chrupiącego i ZE WSZYSTKIMI WNĘTRZNOŚCIAMI na swoim miejscu. Udaje mi się nie zwymiotować, rybę zjada Dziubas, a ja myślę o najdroższych chipsach świata, które zostały w aucie. Kupionych przez Lindę za 8.15 w pobliskim sklepie. OSIEM PIĘTNAŚCIE. Boszsz…będąc na studiach można sobie ułożyć za to życie na nowo…

Dzień 4 – Dziubas w końcu udaje się na swój upragniony windsurfing i wraca bez dowodu rejestracyjnego. Okazuje się, że przegląd techniczny jest nieważny od dobrych paru miesięcy. A że biedny Dziubaśnik miał pecha i wyprzedził nieoznakowany radiowóz, mogliśmy się o tym dowiedzieć, za co był niezmiernie wdzięczny i podbudowany. Moich przygód z rybami ciąg dalszy – dłubałam w pstrągu pół godziny wyciągając milion ości, jakbybm conajmniej rozszczepiała atom. Oczywiście, kiedy okazało się, że jakąś przeoczyłam i chciałam elegancko wyciągnąć sobie to z twarzy i zawinąć w serwetkę, naprzeciwko mnie stanęła kelnerka. W ramach wieczornego relaksu jedziemy na wycieczkę rowerową i korzystając z Bobowej drzemki, wyciągamy mu na środku ulicy z nosa aliena. Na koniec dnia patrzę z podziwem na Dziubasa, który wypłukuje z miski resztkę gorącego kubka piwem i popija to wszystko mlekiem. W nocy to MNIE budzi ból brzucha. Świat jest niesprawiedliwy.

Dzień 5 – Budzę się z kaktusem w gardle, bo zawiało mnie na rowerowej wycieczce i mam głos jak nałogowa palaczka z trzydziestoletnim stażem. Z racji tego, że przestało wiać, więc Dziubas nie ma jak surfować, jedziemy na Kaszuby. Podróż zajmuje nam – bagatela – półtorej godziny w jedną stronę. Na miejscu lepimy z gliny miskę i wazonik, płacimy za to fortunę i wracamy do hotelu kolejne półtorej godziny. Odechciewa nam się lokalnych wycieczek. Chwilowo. Bo w drodze powrotnej zwiedzamy jeszcze Puck, który ma cudny malutki ryneczek. Wracamy padnięci.

Dzień 6 – Dziubas surfuje, więc pędzę z Bobem do sklepu oddalonego o jakieś 467798875943 kilometrów od hotelu. Obiecuję sobie już więcej tu nie przyjeżdżać. Po obiedzie idziemy na plażę ale wracamy po chwili, bo zaczyna padać deszcz. Pod wieczór Bob osiąga apogeum swej nadpobudliwości, więc ładujemy go do auta i jedziemy do Władysławowa, które bardzo mi się podoba. Zastanawiam się, czemu tam się nie zatrzymaliśmy i jestem pod wrażeniem wszystkiego, spacerując po deptaku na plaży. Dziubas jest rozczarowany, bo w sklepie nie mają piwa Władek, którego chciał spróbować. Wracamy do pokoju, my padamy, Bob niekoniecznie.

Dzień 7 – Wstajemy przywitani przez orkan Sebastian, więc pakujemy torby. Stop. JA pakuję naszą trójkę jakąś godzinę ptrzed śniadaniem i zmęczona padam na łóżko. Wychodzi słońce, więc Dziubas sugeruje, żebbyśmy jednak zostali jeszcze jeden dzień. Szczenę mam na ziemi a oczami ciskam gromy, ale zgadzam się na taką opcję i wyruszamy w drogę. Za jednym zamachem zwiedzamy Oliwę (akurat trafiamy na pokaz muzyki organowej w przepięknej katedrze a potem spacerujemy po ślicznym parku), Sopot (czyli molo – droga po dechach tam i z powrotem w tłumie turystów) i Gdynię (w której nie ma się gdzie wysikać, ale pomimo to oglądamy wnętrze ORP Błyskawicy). W drodze powrotnej gubię telefon gdzieś pod siedzeniem i nie mogę go wydostać. Zatrzymujemy się w Mc Drive, gdzie przez okienko pan pracownik widzi jak podjeżdża mój kuper (bo klęczę na siedzeniu i próbuję się schylić) a potem widzi jak wkładam sobie głowę między wyprostowane sztywno do przodu nogi. Zamawiam filet rybny, który okazuje się być OCZYWIŚCIE na tyle problematyczny, że każą nam zaparkować kawałek dalej, bo ktoś tam nam to jedzenie WYNIESIE. Dziubas obstawia, że mają taki zakład – przegrany, który nie obstawił zamówienia rybnego w danym dniu, wynosi klientom jedzenie na zewnątrz. W końcu jedzenie dostajemy, a ryba nie ma smaku.

A teraz już tylko pranie, pranie i jeszcze raz pranie. Bo znad morza przywieźliśmy sobie na pamiątkę góry. Brudów.

Turystyczna piosenka – na dobre i na złe!

„I mocz powietrze tnie jak kryształowy miecz

Nie zrobię kroku w tył, nie spojrzę nigdy wste-e-eeecz!”

Mam tę moooc!

Jesteśmy spakowani!

No, prawie. Poza tymi rzeczami, które jeszcze nie są a być powinny. No ale siedzę tu i piszę, a jak wiadomo nic nie robi się samo.

Dziubas tym razem nawet pomógł przy pakowaniu – zainstalował bagażnik na Dziubasowozie, dolał do niego oleju, ściągnął audiobooka na drogę (to naprawdę nic, że w domu nie mamy żadnej czystej płyty CD…) a potem położył się pod stolikiem koło kanapy i akceptował rzeczy, które mu pakowałam. Jak znam życie zacznie dopakowywać swoje rzeczy około 23.00 kiedy ja będę chciała spać. W międzyczasie Bob wchodził na ten stolik a potem na torby z wyprasowanymi rzeczami. Trudno.

Okazuje się, że z każdym wyjazdem wzrasta ilość rzeczy mi potrzebna, a raczej NIEZBĘDNA, bo torbę mam już wypchaną tak, że pęka w szwach, a obok leży stosik, który jeszcze nie wiem gdzie wpakuję. Próbowałam wepchać coś do Bobasowej torby, ale on już ma full.

Obstawiam, że za kilka lat będziemy musieli wziąć na raty jakiegoś tira, bo będę chciała zabrać z nami cały dom. A pomyśleć, że kiedyś wyruszałam na 10 dni ze średniej wielkości plecakiem, boszszsz…w młodości człowiek jest nienormalny.

Żeby nie było, tym razem też nie jedziemy do żadej głuszy, a wręcz jedziemy z zadupia do cywilizacji. Może to taki paradoks, że tam, gdzie jest na miejscu wszystko, trzeba też wszystko zabrać ze sobą. Bo myśli, że się starzeję i mam początki alzheimera, staram się do siebie nie dopuszczać.

Podsumowując, muszę jeszcze gdzieś upchnąć: dwie kosmetyczki (z tego na plus-minus 15 rzeczy, Dziubas ma JEDNĄ…), basenowy stuff Dziubasa, moje dokumenty i portfel (doprawdy, drobiazg…) i Bobowego Świeżaka (zielony groszek, który na mój gust wygląda jak niedojrzały banan), kolorową piłkę i skrzynkę z plastikowymi narzędziami (ulubiona zabawka odziedziczona po kuzynie).

Plan jest taki, żeby wyjść z domu o szóstej rano (czyli w nocy…) żeby zdążyć przed korkami. Lista rzeczy, które trzeba zrobić przed wyjściem ma kilkanaście punktów, więc jako godzinę realną obstawiam 9.30.

Jest 21:30 a ja w sumie jestem wypruta, zmęczona, bolą mnie nogi, obżarłam się (jak zwykle na wieczór…) i narzekam jak stara baba. Na dodatek żegnając się dziś przed tygodniowymi wczasami z moją mame wpadłam w takiego doła, jakbym conajmniej miała wyprowadzić się już na zawsze na druga półkulę…to chyba przez tą ponurą pogodę, akurat zanosiło się na deszcz.

Tak więc to już chyba to, moi drodzy. NARESZCIE. Odezwę się znad morza, jak tylko uda mi się złamać hasła do Dziubasowego laptopa (w losowaniu któego bierzemy zwyciężył ten jego, bo jest w wersji mini).

Do usłyszenia! :)

P.S. Boszsz…naprawdę rzuca mi się na mózg, chyba zbyt długo nigdzie nie wyjeżdżałam i stąd ta egzaltacja…

Friday I`m in love

Czy ja już kiedyś wspominałam, że u nas nigdy nic nie może być normalnie?

Nie??

No to proszszsz.

Dzisiaj, wtorek, godzina około 14-tej. Siedzę pomiędzy trzema torbami, dopakowując starannie wyliczone na wyjazd gatki, skarpetki i inne koszulki. Bobo lata za piłką, moje Mame za Bobem.

Dzwoni telefon – Dziubas. I tu pada pytanie, które przeciąga mnie przez granicę świadomości, a mianowicie, czy mogłabym zadzwonić do hotelu i przełożyć nasz wyjazd na piątek, bo manager chce go zatrzymać jeszcze w pracy.

Piątek, piątek, PIĄTEK, P  I  Ą  T  E  K!!!

Ten piątek, ZA TRZY DNI.

Matko jedyna, gangu świeżaków i Magdo Gessler razem wzięci!

Chyba śnię, bo świat wokół zaczyna wirować.

Zaczynam w głowie wyliczankę: myju-myju, chlastu-chlastu, nie mam rączek jedenastu. Nie mam też już wypranej większej ilości bielizny, więcej jedzenia w lodówce, ani więcej ziemniaków na jutrzejszy i czwartkowy obiad.

W głowie nagle zaczyna mi lecieć melodia „Workin` 9 to 5…” i przed oczami tańczy bóbr z wyjątkowo – nawet jak na bobra! – wystającymi zębami.

Zadzwoniłam, przełożyłam, przeklęłam wszystko, na czym świat stoi, na czele z zacnym managerem. Przy okazji obiecałam sobie na przyszłość, że kiedyś kupię najbrzydszego psa na świecie, zezowatego, szczerbatego albo w ogóle z trzema ryjami i nazwę go imieniem tegoż uprzejmego jegomościa.

Wieczór, który miałam poświęcić na dopakowanie toreb, spędziłam na czyszczeniu odpływu brodzika, który postanowił się zatkać, i miałam ochotę zatłuc się butelką Domestosa. W skrócie czułam się jakbym wyszarpała stamtąd za kudły dziewczynkę z Ringu.

Jutro jest środa. Środa, nie piątek. Do wyjazdu zostały dwa długie, nudne dni, podczas których powinniśmy już się obżerać i paść jodem.

Help! Ma ktoś prozac?!

W sumie o sumie

W sumie pojutrze wyjeżdżamy, a ja kupiłam odrobinę za mało jedzenia na drogę. Bo przecież na pewno w lodówce mamy jeszcze tyyyle, więc trzeba zjeść, bo się zepsuje. W lodówce nie ma nic oprócz niezjedzonego słoika Boba i przeterminowanego jogurtu. Punkt dla lodówki, minus dla mnie. Wniosek: jeść mniej masła, skleroza będzie mniejsza.

W sumie został już tylko jutrzejszy dzień na konkretne spakowanie się, zarzucenie na dach bagażnika, skoszenie tego kawałka trawy po prawej stronie, posprzątanie, wyprasowanie i zrobienie kanapek. Jutro ma tyle godzin, co każdy przeciętny dzień, a ja nie wyhodowałam jeszcze w kuprze trzeciej ręki (czwartej i piątej tym bardziej), nie wyrosło mi na czole trzecie oko ani nie posiadam nadal żadnego czasowstrzymywacza. Wniosek: trzeba rzucić wszystko i jechać w Bieszczady.

W sumie na następne dwa tygodnie zapowiadają w całej Polsce deszcz, deszcz i jeszcze raz deszcz. Będzie zimno, mokro i wietrznie, będzie sennie-jesiennie. Nie złoto-jesiennie jakby ktoś miał jeszcze jakieś wątpliwości. Wniosek: Na pewno się nie odwodnię i nie przesuszy mi się skóra.

W sumie drugi dzień chodzę z rękami jak zaawansowany grzebacz śmietnikowy, bo po pierwsze jadłam słonecznika a po drugie poodpryskiwał mi lakier. Klasa, klasa i jeszcze raz klasa. Czasu na ogarnięcie paznokci mój harmonogram na jutro jak na złość nie przewiduję, więc zetnę je sobie sekatorem i będę ryczeć, że mam krótkie i nie mogę zapuścić. Wniosek: wygrzebać rękawiczki. Nie ze śmietnika.

W sumie, to za każdym razem, kiedy kilka godzin nie ma nas w domu, znajdujemy w nim po powrocie pająka. Pffff, PAJĄKA. Pajęczura, bydlaka, genetycznie zmodyfikowanego do rozmiarów żubra. Tak więc na jeden dzień nieobecności przypada statystycznie jeden pająk. Sądzę, że po tygodniu pająki otworzą nam drzwi i powiedzą, że bardzo im przykro, ale zgodnie z paragrafem i ustawą o poszanowaniu mniejszości zajęły ten lokal, więc macie 24 godziny na spakowanie swoich rzeczy albo wezwiemy policję. Wniosek: Po powrocie zaopatrzyć się w miotacz ognia. I na wszelki wypadek zastanowić się, co mogłabym pakować w te 24 godziny z rzeczy mi niezbędnych.

W sumie łeb mi pęka, bo chyba się odwodniłam kosząc nasze hektary, chociaż tak się rozpędziłam z tą kosiarką, że aż wracać nie chciałam. Albo moja głowa próbuje w ten sposób zasygnalizować absurd całej tej sytuacji pukając się w czoło od środka.

W sumie Dziubas znów ogląda kazanie jakiegoś polityka na temat życia codziennego.

W sumie jest mi zimno, śpiąco i przejadłam się standardowo na wieczór.

W sumie…panie sumie, chyba pan niewiele umie.

Wyjazd za 3, 2, 1…

Do usłyszenia po powrocie :)