Dziurawca-łym

No i masz.

Wpadłam w kolejny nałóg.

Tym razem nie są to nowe słodycze, kolekcja w obuwniczym ani inne wąchanie nowo wydanej książki.

Uzależniłam się od DZIURAWCA.

Już wyjaśniam!

Dostałam w prezencie od Szalikowej żel pod prysznic o nazwie Dziurawiec – bez chemii, parabenów, pegów i innych tego typu rzeczy.

Szalikową podziwiam (między innymi) za to, że faktycznie jest w 100% zaznajomiona ze zdrowymi produktami, robi swój płyn do czyszczenia domu i wie, co to jest ten cały jarmuż i że trzeba go kupić w całych liściach a nie w kawałkach.

Chociaż jesteśmy w tym samym wieku, czuję się jakbym miała starszą siostrę, która inspiruje mnie niejednokrotnie swoim głosem rozsądku i miłością do rzeczy niebanalnych i nietuzinkowych.

Poza tymi chwilami oczywiście, kiedy obie kwiczymy i dławimy się ze śmiechu, bo oto przypomniał nam się wierszyk z liceum o Rolandzie.

Ale, wracając do żelu!

Wchodzę Ci ja pod prysznic pod koniec tego-owego dnia i naciskam pompkę.

I w tym momencie moje endorfiny zaliczają poziom Mount Everest, chce mi się śpiewać różne piosenki (nawet hity lata z radiem), zachwycać się światem, odnaleźć siebie, jeść, modlić się, kochać, biec po łące z rozwianym włosem i zbierać z niej DZIURAWIEC.

Z kabiny wyszłam niechętnie i z niedosytem, bo najchętniej polewałabym się tym żelem jeszcze z godzinę, no ale niby ileż można. W końcu Dziubas też tu mieszka i korzysta z tej naszej łazienki.

Od tamtej chwili czuję deficyt dziurawca w organizmie.

Kiedy wstaję, myślę o tym, że dziś znowu będę się kąpać w dziurawcu.

Kiedy zasypiam cieszę się, że kąpałam się w dziurawcu.

Kiedy obleję się w ciągu dnia dzikim potem, jestem szczęśliwa, bo mogę nadprogramowo wykąpać się w dziurawcu.

Dziurawiec rano, wieczór i popołudniu. Po kolacji, przed śniadaniem, w czasie lunchu.

Dziurawiec, dziurawiec, dziurawiec.

Już wiem, że muszę kupić kontener tego stuffu i żadne tam marokańskie argany, dojrzałe mango ani inne słodkie truskawki z mlekiem w nazwach żeli już mnie nie nabiorą.

Jeśli dodają do nich w zamian za chemię jakieś środki odurzające, to jestem jakby za legalizacją.

Idę spać. Bo wtedy szybciej będzie jutro i nadejdzie kąpiel w dziurawcu.

Boszsz…normalnie stało mi się coś w głowę.

Masz zielone?! Grasz w zielone?!

Od jakiegoś czasu próbowałam przekonać Dziubasa, żebyśmy wnieśli do domu jakąś roślinę. Zazwyczaj z marnym skutkiem. Dziubas, jak to mężczyzna – praktyczny do bólu – zawsze odpowiadał, że nie, że po co nam to, że on to nie lubi kwiatków, a tak w ogóle nie mamy ich gdzie trzymać a on SPECJALNIE zaprojektował tak wąskie parapety w domu, żebym nie mogła.

Postanowiłam zatem działać spontanicznie.

Pierwsza pojawiła się jakaś tam nieduża palma w złotej doniczce. Wsadziłam ją do wózka podczas którejś wizyty w Castoramie i pojechała z nami do domu.

Dziubas, o dziwo, nie protestował. Być może dlatego, że spędziliśmy tam pół dnia i nie chciał podjudzać.

Kilka dni temu, pod wpływem chwili, zapakowałam Boba w Dziubasowóz i po prostu pojechaliśmy nakupować nam badyli.

Po dotarciu na miejsce zrobiłam to, co zawsze robię na dziale ogrodniczym. Najpierw wpadłam w dziką euforię, potem prawie wygłaskałam wszystko, a na koniec zgrzytałam zębami, bo nie wiedziałam sama czego chcę, a przecież nie mogę wziąć sobie wszystkiego.

Z racji tego, że u mnie w rodzinnym domu była ogromna paproć, stanęło na dwóch małych paprotkach (myślałam o nich od momentu przeprowadzki!), muchołówce (bo te zębiska są genialne!) i – jako, że nigdy nie przepadałam za kaktusopodobnymi – kilka sukulentów.

Do tego kolorowe doniczki, łopatka do przesadzania i nawozy.

Do roboty zabrałam się natychmiast po powrocie do domu! Bobo dostał jeść i gratisową bajkę a ja babrałam się w tej ziemi po łokcie, przesadzając kwiatki z jednej doniczki do drugiej.

Oczywiście wielki wór ziemi, który jeszcze niedawno leżał w garażu, został przez Dziubasa wysypany na trawę z tyłu domu, więc wybierałam go stamtąd łopatką. Z pośpiechu do posiadania krzaczorów w domu uklepywałam ją rękami. 

Po umieszczeniu wszystkich nowych lokatorów na swoich nowych miejscach, zachwycałam się nimi jakbym przeżywała dzień dziecka, urodziny i Gwiazdkę w jednym. No po prostu szał! W domu od razu zrobiło się jakoś cieplej (w sam raz na upały…) i przyjemniej. No i mam dodatkowo do kogo mówić, jakby mi ktoś nie wierzył, że mówię do Boba a nie do samej siebie.

Po powrocie z pracy Dziubas zgodził się ze stanem faktycznym domu i nie powiedział nic, a nawet podziwiał.

Triumfowałam do następnego wieczora, kiedy podczas oglądania czegoś jednym okiem Dziubas zapytał:

- Dziubaśniku, a czy te doniczki mają otwory?

- Noooo…mają na pewno jeden wielki.

- Ale wiesz, że doniczki muszą mieć otwory NA DOLE, żeby ta woda im się wylewała, bo inaczej korzenie im gniją?

Mać!

W sekundzie dotarło do mnie, czemu to co kupowałam nazywało się OSŁONKA CERAMICZNA a nie DONICZKA.

Dzisiaj rano, kiedy w gumowych rękawiczkach wygrzebywałam jak yeti z kosza na śmieci sklepowe doniczki z otworkami żeby przesadzić kwiatki z powrotem, pomyślałam, że chyba już nigdy nie będę normalna jak inni…

Czarny chleb i czarna kawa

O, wszechświecie! O, złudna iluzjo piękna i dobroci! O, francowate koncerny kosmetyczne!

Kilka dni temu kupiłam sobie farbę do włosów.

Nie, żeby pierwszy raz.

Pomyślałam, że czas najwyższy przykryć te blond pasemka, które zrobiły się już nieco zielone i bezpłciowe, więc wybrałam się z Bobem do sklepu i na wybieraniu farby spędziłam jakieś 15 minut. Potem jeszcze raz się wróciłam, odłożyłam ją na miejsce, a potem wzięłam z powrotem.

PIĘTNAŚCIE MINUT.

Bobas zdążył w tym czasie dobrze zjeść i się napić w swoim powozie.

Poszukiwanym był ciepły jasny brąz. Taki, żeby jedynie zakrył pseudo-blond i przypominał moje naturalne włosy.

Wybrałam jakiegoś Loreala, żeby nie zniszczyć mojej czupryny byle czym. Nazwa koloru brzmiała po prostu brąz, ale z tych wszystkich zdjęć zamieszczonych na opakowaniu wydawało się, że jest to dokładnie to, czego szukam.

Ha! I wtedy okazało się, że oto właśnie oceniłam książkę po okładce!

Farba trochę za bardzo jak na mój gust szczypała mnie w czerep, ale nie zwróciłam uwagi, bo to przecież drobiazg, a żeby być piękną trzeba cierpieć, bla bla bla.

Spłukuję włosy, wycieram ręcznikiem i staję przed lustrem.

I chyba mam w domu kogoś obcego albo cierpię na jakiś spontaniczny rodzaj amnezji, bo nie poznaję tej osoby na którą patrzę.

Przybliżam się i przyglądam uważniej.

Moje włosy są C Z A R N E.

Czarne! Kurwa czarne!

Czarne jak święta ziemia, czarne jak czarnoziem, czarne jak najczarniejsza czarna dziura!

Brunatnie czarne! I to nie elegancko posh black, tylko w stylu wiejskie-disco-matowym Bruneta-Skocz-Mi-Na-Fleta.

A ja nawet nie mam golfa trójki.

Chyba mi słabo, bo uginają się pode mną nogi i muszę złapać umywalkę, żeby nie przywalić o nią swoim nowym czarnym łbem.

Wychodzę z łazienki, żeby zaczerpnąć powietrza i widzę wzrok Boba, który obserwuje mnie jakby nie wiedział, czy to mama czy Chochoł z Wesela. Jego wystraszona mina sugeruje, że nie wie, czy ze strachu biec do tej swojej czarnej mamy, czy rozryczeć się na samym środku i niech się dzieje co chce.

Na ten moment dociera do mnie, że nie będzie umiał nakłamać w życiu kobiecie, że ładnie wygląda. Jak Dziubas. Geny to geny, nic nie poradzisz. ZERO poker face`a.

Od tamtego wieczoru minęło już kilka dni i staram się uparcie zszorować ten kolor. Trochę stracił ten swój dyskotekowy lampucerski mat i chyba jakiś ciemny brąz powyłaniał się z czarnej czeluści.

Boszsz…nie wiem co robić.

A jak pojawią mi się jasne ODROSTY od tego czarnego?!

Może od razu osiwieję i będę mieć problem z głowy.

Albo zainwestuję w kapelusze. Po trzydziestce pewnie już bardziej wypada zakrywać tą głowę niż odkrywać.

Potrzebuję drinka! Mocnego! Natychmiast!

Dobranoc, świerszcze na noc

Matko i córko, u nas w domu nic nie może być nigdy normalnie. NIC.

Odkąd nadeszła ta fala upałów, sprzeczaliśmy się z Dziubasem o otwieranie okien. Ja, jeszcze większy mieszczuch niż on, nie wyobrażałam sobie spać z oknami do ziemi otwartymi na oścież. Dziubas twierdził, że tak trzeba, bo gorąco, bo nie może spać, bo się dusi, bo, bo, bo…

Oczywiście uległam. Pomyślałam, że pewnie on ma rację a ja niepotrzebnie panikuję, bo mieszkamy na takim odludziu, że i tak nic nie jest w stanie nam przez to okno w nocy wleźć.

Dziubas oczywiście zapewniał, że nie mam się czego bać, bo on tu jest i w razie czego na pewno się obudzi.

Na chwilę mnie to uspokoiło. Później dotarło do mnie, że zasypia ze słuchawkami w uszach.

No ale oj tam. Nie można przecież w życiu bać się wszystkiego, co nie? Tym bardziej, że noc gorąca, na zewnątrz piękny księżyc, grają świerszcze, powiewa delikatny chłodny wiaterek.

Zasnęłam, a wraz ze mną moja czujność.

W nocy, dokładniej o 00:40, obudziło mnie postękiwanie Boba. Po chwili nasłuchiwania, kiedy stwierdziłam, że śpi dalej i pewnie się przewracał z boku na bok, usłyszałam kolejny dźwięk.

Cykanie świerszcza.

Nie byłoby w tym nic dziwnego, bo na zewnątrz grały jak szalone.

No właśnie, na zewnątrz. Niestety to cykanie dochodziło z KUCHNI.

Kiedy sobie to uświadomiłam, zerwałam się na równe nogi, całe ciało pokryło mi się pancerzem z gęsiej skórki (standardowa procedura) i w głowie zaczął rodzić się szaleńczy plan, jak pozbyć się z domu tego intruza.

Tak, bo to JEST intruz. Nieważne, czy to świerszcz, konik polny, karaluch czy szerszeń. Robak to robak, koniec, kropka.

Po ataku paniki nastąpił kolejny etap – wkurw (a że nocny, to podwójny) i planowanie zemsty.

Pomyślałam sobie, że co to to nie – nie pozwolę, żeby coś bezczelnie właziło mi do domu, zrywało mnie w nocy z łóżka i groziło skakaniem po twarzy mnie, Dziubasowi albo Bobowi. Przy okazji, nie wiadomo skąd, przypomniała mi się informacja, że świerszcze gryzą.

Stanęłam więc na baczność, przyjęłam pozycję bojową i zrobiłam to, co każda kobieta zrobiłaby na moim miejscu: zaświeciłam światło i zaczęłam piszczeć „Dziubas, proszę, WEŹ-GO, WEŹ-GO, WEŹ-GO!”

Ma się rozumieć, że Dziubas nie był zachwycony. Przez pierwsze 5 minut chyba nawet nie wiedział do końca o co mi chodzi ani tym bardziej gdzie się znajduje. On, nie ja. Ja wiedziałam. Znajdowałam się w jednym budynku z ogromnym tłustym świerszczem z wielkimi nogami.

Po serii argumentów typu „Ale Dziubaśniku, ja rano wstaję! A świerszcze są takie piękne! To takie pożyteczne stworzenia!” złapał go w ścierkę i wytrzepał na zewnątrz.

Przynajmniej tak się nam zdawało.

Później nastąpiła scena o całkowite zamknięcie owych drzwi, podczas której miałam wizję, jak po kolei włażą przez nie kolejne świerszcze, kuny, koty sąsiadów z planem obsiurania nam całego domu, aż po tchórze, sarny i inne żubry. Kaliber zwiększał się wraz z rosnącą paniką.

Jakimś cudem zasnęliśmy.

Do godziny trzeciej, kiedy obudziło mnie świerszczenie NAD GŁOWĄ, zza łóżka.

Wyskoczyłam w górę jak poparzona, zaświeciłam światło i znów zaczęłam piszczeć.

Dziubas, tym razem niezłomny w swoim postanowieniu spania, zaproponował, że przerzucimy poduszki na drugą stronę, żeby siedział w nogach.

Widząc, że nie ugram tym zbyt wiele, musiałam na to przystać – w końcu nie mam za bardzo gdzie spać, ale wizja łażącego po mnie świerszcza spędzała mi skutecznie sen z powiek.

Wierciłam się z boku na bok starając się o nim nie myśleć. Przy okazji informując Dziubasa, że on tu przyszedł SPECJALNIE, bo wiedział, że chcę się go pozbyć, że przeskoczył tu po mnie. Że szuka zemsty, skoczy mi na twarz i wydrapie mi oczy.

Rano wstaliśmy nieprzytomni.

Świerszcza wciągnęłam w odkurzacz wczoraj wieczór, kiedy pełzał pod komodą w salonie.

Mama-Wu powiedziała, żebym się nie bała świerszczy, bo to SAMA NATURA.

Z natury wolę osobiście zieloną trawkę, czystą źródlaną wodę i górskie szczyty.

Dziubas powiedział, że cykanie świerszczy jest romantyczne.

Odpowiedziałam, że dla mnie robak plus romantyzm równa się nic innego jak Pan Tadeusz, a zatem tak czy tak nic dobrego (nie znoszę Pana Tadeusza!).

Z góry uprzedzam, że mam miliard kontrargumentów w zapasie i NIC nie jest w stanie mnie przekonać, że to zdrowo na psychikę mieć za łóżkiem robaka, który wydaje takie odgłosy.

Boszszsz…wykończę się tego lata, przysięgam…

Nierealnie upalnie

Boszsz, jak jeszcze raz ktoś mi powie, że jak jest lato to musi być ciepło, ma w ryj.

To samo tyczy się tekstu „Jak jest zima to musi być zimno”.

Wszystkim niezadowolonym z obecnych warunków atmosferycznych oznajmiam wszem i wobec: to niestety moja wina. MOJA. Bo dwa tygodnie temu powiedziałam mojej Mame, że „Teraz to już nie będzie TAKICH upałów, bo idzie sierpień, więc chociażby noce będą chłodniejsze”.

No i co?

Jajco.

Okazuje się zatem, że na wieszczkę się nie nadaję, więc na karierę w sektorze Nostradamusa raczej nie mam co liczyć w najbliższym czasie.

To samy tyczy się zostania pogodynką, meteorologiem i wszystkim co z tym związane.

Ale po co rozważać swoje ścieżki kariery, kiedy na zewnątrz lada chwila wszystko zacznie topnieć w upale jak w tej scenie z Terminatora dwójki, kiedy wszystko pochłania wielka fala ognia.

No i co z obowiązującymi konwenansami? Że niby po 30-tce nie wypada już nosić mini, odkrywać brzucha, za dużo nóg? I że najlepiej to już się szykować do ogolenia się na jeżyka, bo podobno po 40stce długich włosów kobiecie mieć NIE WYPADA (chociaż mnie i tak wypadają, czy trzeba czy nie…) a więc muszę powoli oswajać się z maszynką do strzyżenia brody Dziubasa. I muszę przyznać, że łysa glaca na ten upał wydaje się dziwnie pociągająca.

Tak więc oto stanę w świetle dnia, z trwałą na łbie, najlepiej w którymś odcieniu rudego, w rajstopach przeciwżylakowych i z opakowaniem środków na nietrzymanie moczu w torebce i popędzę wesoło pokłócić się z ekspedientką w jakimś mięsnym, że źle zważyła mi sopocką, dyskutując w międzyczasie z przypadkowymi ludźmi w kolejce o swoich chorobach. A potem równie szybko przylecę z siatami do domu, żeby zdążyć na kolejny odcinek Mody na Sukces.

Boszsz…Niech mnie ktoś dobije.

Nic mi się nie chce. NIC.

No, może poza taplaniem się w lodowatej wodzie. Przez większość dnia marzę o chłodnej fali, która oblewa mnie z góry na dół i tak na mnie leje aż robię się sina z zimna.

I chce mi się młodej cebulki do śniadania. Do pomidorów, bez których ostatnio nie wyobrażam sobie życia i wszystkie kanapki, które robię do jedzenia wyglądają prędzej czy później jak stelaż dla pomidora. Cebuli chce mi się aż tak, że przerzuciłam się na nią ze szczypiorku. Kaliber wyżej pozostaje już tylko por, więc niedługo będę jak Ty, Seeker, paradować z ich zapasem przez życie :)

No i jeszcze chce mi się słuchać muzyki z musicalu Rent, który od niedawna mnie całkowicie pochłonął. Pomijając jego niepoprawną politycznie treść (Pfff!), piosenki z tego filmu (Bo oglądam w kółko film z 2005) towarzyszą mi cały czas. Uwielbiam je, chcę je mieć przy sobie cały czas, robić im śniadanie do pracy i woskować im samochód.

Bredzę. Pewnie z gorąca. Albo te koniki polne, co ostatnio wskakują nam tabunami do domu mnie pożarły i teraz jakaś ich toksyna powoli zatruwa mi mózg.

Czy ktoś wie, kiedy te uderzenia gorąca nareszcie się skończą?!

Ambitne małpowanie

Dziubas intensywnie wpatruje się w ekran telewizora. Poprawia ustawienia. Wstaje, siada z powrotem. Ewidentnie coś go zainteresowało i wciągnęło.

Spoglądam zza kanapy żeby wyczaić co to takiego.

Widzę stado czarnych rozczochranych małp siedzących w jakiejś jaskini. Jaskini na pustyni.

Nie wnikam, bo uznaję, że i tak nie zrozumiem, więc po co drążyć.

Pół godziny później, składam pranie i wkładając jakieś ubrania do komody zasłaniam Dziubasowi, który nadal jak zahipnotyzowany wpatruje się w TV.

W końcu nie wytrzymuję (no bo ileż można?!) i pytam:

- Dziubas, co Ty w ogóle oglądasz?!

- Odyseję kosmiczną! – Odburkuje Dziubas, niezadowolony, że mu przerywam i kwestionuję wybór filmu.

- Ale tam przez cały czas jakieś małpy się iskają!

- Oj, Dziubaśniku, bo to jest AMIBTNY film! – Urażonym tonem obwieszcza Dziubas.

No i masz. Wychodzi na to, że z ambitnym kinem mi nie po drodze ;) 

PS. Żyję, łapię jakoś zakręty, chociaż doba jest za krótka. Organizuję rodzinne zjazdy, jeżdżę nad jezioro (raz nawet bez stroju kąpielowego…No w sensie nie, że goła, ale w długiej spódnicy i sandałkach na piach i kąpielisko.) i póki co nie zauważam nowych owadów. W tym tygodniu ma być upał, więc nie wyściubiam nosa z domu. Nadrobię internety ;)

Owad-friendly?

Ostatnimi czasy, w zasadzie od kiedy na zewnątrz zrobiło się cieplej, przeżywamy inwazję. I bynajmniej nie jest to inwazja kosmitów czy stonki ziemniaczanej.

Nasz dom postanowiły zaszczycić hordy przeróżnych owadów.

I naprawdę nie wiem, co może je tak wabić, bo nie rozlewamy wokół hektolitrów miodu, nie trzymamy padliny po kątach ani tym bardziej nie rozstawiamy karmników ze specjałami przeznaczonymi dla danego gatunku.

Może zachęca je bryła budynku? Walory estetyczne? Kolory wnętrz?

Zaczęło się od jakiejś wycieczki mrówek, która wzięła się nie wiadomo skąd, przespacerowała się po kuchni i zniknęła tak samo szybko jak się pojawiła. Oprócz tego, że wyżarły mi trochę syropu do herbaty, nie przejęłam się nimi jakoś specjalnie, bo jestem z pokolenia, które dorastało z mrówkami faraonkami – takie były wtedy czasy, były w każdym bloku i każdy je miał – jak meblościanki czy naczynia z kryształu.

A potem się zaczęło. Najwyraźniej mrówki postanowiły się podzielić wrażeniami z wycieczki z innymi znajomymi, bo turyści zaczęli walić drzwiami i oknami.

W największej liczbie odwiedzają nas komary – te wielkie, co jak machają skrzydłami, to robią wiatr na drugim końcu domu. Przypominają mi takich podpitych wąsatych wujków, co to na weselu zaczynają im się plątać nogi po kilku głębszych i szukają ofiary do tańca. Jednego z nich Dziubas POŁKNĄŁ w nocy. I błagam, nie pytajcie jak on to zrobił, bo był tak śpiący, że sam do końca nie wie.

Do wesołej ferajny czasem dołączają pająki a nawet jeden świerszcz, który przyprawił mnie o zawał. No bo wybaczcie, komar komarem, ale świerszcza na ścianie to się człowiek raczej nie spodziewa. Tym bardziej, że po jego morderstwie na ziemi znalazłam jego NOGĘ, co przyprawiło mnie prawie o czułe objęcia z muszlą.

Nie zliczę oczywiście przeróżnych latających czy biegających stworzeń, które musiałabym identyfikować za pomocą jakiegoś atlasu badziewia i tałatajstwa.

Dziubas, nie przejmując się zbytnio stwierdził, że „taki urok mieszkania w domu”.

No naprawdę, inaczej sobie te uroki kiedyś wyobrażałam i w tych moich wizjach te uroki na pewno nie miały skrzydeł ani kilku par nóg.

Ale, ale! Pomyślałam, że żywcem mnie nie wezmą, bo ja się nie dam i się UZBROJĘ!

Oprócz wtyczki do kontaktu przeciwko wszelkiemu żywemu stworzeniu, zaopatrzyłam się w nasz pancerny odkurzacz, który jest w stanie wessać komara razem z powłoką farby z sufitu. Ale dla dobra sprawy uznałam, że jestem skłonna zaryzykować tę drobną niedogodność.

Odtąd poczułam się jak Maxi Kaz i wsysałam wszystko, co pojawiało się w naszym domu. Można powiedzieć, że wciągnęło mnie to i po pierwszym razie reszta poszła już gładko. Na dzień dzisiejszy jestem w stanie złapać muchę w locie.

Po tym wszystkim, pewnego dnia dotarło do mnie, że może one tam w środku, w tym odkurzaczu wcale nie zdechły, wręcz przeciwnie! Może one się tam żywią resztkami, nabierają masy i czekają na dzień zemsty?!

A może, co gorsza, znajdą drogę przez rurę z powrotem, pójdą do światła i najzwyczajniej w świecie stamtąd wylezą?!

Worek z odkurzacza wymieniałam z adrenaliną na takim poziomie, że przywróciłaby do życia nieboszczyka, zapakowałam w dwie reklamówki i miałam ochotę zakopać głęboko pod ziemią, najlepiej 20 kilometrów od domu.

Zasadniczym minusem tych owadzich przygód jest to, że nie wpływają dobrze na moją skórę i wygląd zewnętrzny, bo na widok czegokolwiek co lata/pełza, dostaję takiej gęsiej skórki, że mogłabym wyciągać sobie z niej pióra jak ta dziewczyna na „Czarnym Łabędziu”.

A dziś, wchodząc do garażu, zobaczyliśmy 3 pająki, z czego dwa czarne i rozczapierzone, wielkości mojej dłoni. Szczena opadła nam do kostek, zamknęliśmy garaż i weszliśmy do domu chwiejnym krokiem.

Czyli już postanowione – dom należy spalić.

PS. Są jakieś pułapki na pająki? Takie jak na myszy? 

Ciemniejsza strona bieli

Czy ja kiedyś wspomniałam, że mi się nudzi?

Najwyraźniej Wszechświat usłyszał i postanowił podrzucić mi trochę rozrywek.

Zaczęło się kilka tygodni temu, kiedy doszłam do wniosku, że zatęskniłam za dentystą, a zatem czas na remanent. Okazało się, że nie ma u mnie za bardzo w czym wiercić (co najwyżej w brzuchu – ale w tym to ja jestem mistrzem. Aż dziwne, że Dziubas nie posiada na dzień dzisiejszy kilkunastu pępków…), a zatem czas najwyższy zająć się estetyką. Po ściągnięciu żelaznej szczeny na sparingi (zwanej też aparatem ortodontycznym) zęby wyczyściłam, wypucowałam i stwierdziłam, że wybielę je odrobinę.

Zaczęło się niewinnie, od nakładek do stosowania w domu – jakaś tam Biała Perła czy coś w tym stylu (chociaż nazwa kojarzy mi się osobiście z kostką do kibla…). Przez kilka wieczorów zasiadałam na 15 minut z tymi nakładkami i talerzem pod brodą, bo śliniłam się jak Gronkiewicz-Waltz na widok kamienicy. Dziubas obserwował to zjawisko z niepokojem i starał się wówczas nie przebywać w moim towarzystwie.

Efektu nie było żadnego – poza uszczupleniem portfela, więc zeźliłam się i zarzuciłam fochem podwójnym: raz, bo pieniądze wyrzucone w błoto, dwa, bo zeszczuplał portfel a nie ja.

Ostatecznie wymyśliłam sobie, że zrobię to PROFESJONALNIE w gabinecie.

Na umówioną wizytę popędziłam zadowolona, przy okazji kupując sobie maksymalnie przecenioną torebkę na pobliskim bazarze – tak na zachętę.

Po dotarciu na miejsce wypełniłam kilkudziesięciostronicową ankietę dotyczącą stanu zdrowia. Przysięgam, że pytali o wszystkie możliwe choroby świata. Wyobrażam sobie, że pomysłodawca przepisywał nocami jakąś encyklopedię chorób, bo pozycje na niej były imponujące.

Kiedy w końcu usiadłam na fotelu okazało się, że nakładamy ochronę na dziąsła, więc miła pani dłubała mi przy tych zębach dobre pół godziny. Myślałam, że umrę z nudów a potem zasnę snem wiecznym. Nareszcie postawiła mi przed pyskiem coś, co wyglądało jak Jar-Jar z Gwiezdnych Wojen i włączyła światło.

O mamo, ale jakie światło! Normalnie siła tysiąca słońc i wszystkie solaria południowej Polski!

Po dwóch 15-minutowych sesjach doszłam do wniosku, że już dziękuję, ale z trzeciej nie skorzystam, bo zaczęło być dość nieprzyjemnie, a efekt był widoczny.

Pani stwierdziła, że oczywiście, mogę się wycofać kiedy chcę, ale jeszcze tylko zrobi mi ZDJĘCIE PO.

Dostałam w takim układzie zęba na patyku, który miał pozować na tle moich nowych, wybielonych.

Po tym wszystkim mam nadzieję, że ta szczegółowe informacje dotyczące mojego stanu zdrowia i foto nie pojawi się na jakiejś stronie typu „Porywamy.pl” czy inne „Burdelezachodniejeuropy.com”.

A na koniec zaczęło boleć.

Chociaż może niezbyt jasno się wyraziłam.

Ból przywalił mi w ryj z taką siłą, jakby mnie jakiś Pudzian znokautował.

WSZYSTKIE zęby nagle zaczęły boleć jakby mi w nie ktoś szpile wbijał, więc popędziłam do pobliskiego (na całe szczęście!) sklepu z artykułami stomatologicznymi i kupiłam jakiś żel na nadwrażliwość po wybielaniu.

Po wyjściu ze sklepu stwierdziłam, że muszę go nałożyć JUŻ NATYCHMIAST, bo umrę, skoczę z mostu albo amputuję sobie dolną część twarzy, więc smarowałam sobie zęby tym żelem nałożonym na palec. W międzyczasie zostałam wzięta za ćpunkę, bo żel był nie w tubce a w strzykawce, więc spojrzenia ludzi dookoła mówiły aż za wiele.

Nałożyłam, wysmarowałam, nie pomogło.

W tramwaju spociłam się jak wiecie-kto (z tego bólu), postarzałam się o kilkanaście lat i pewnie posiwiałam na czubku głowy.

Do mojej Mame dotarłam wykończona jak po walce w klatce, odebrałam Boba i zgarnęłam Dziubasa z pracy.

Dziubas stwierdził, że dziś jest idealny dzień (No właśnie, na coooo? Hęęęę? Czy ktoś może już się domyśla???) na wizytę w Castoramie, więc przez następną godzinę wybierałam kinkiety wisząc na wózku i wymyślając tysiąc sposobów jak wykurzyć z niego Boba, żeby choć na chwilę zająć jego miejsce.

Na koniec napiszę, że efekt wybielania jest godny polecenia, ale po zabiegu warto zaopatrzyć się w taczkę środków przeciwbólowych, znieczulenie ogólne albo zapaść w śpiączkę do dnia następnego.

PS. Utrzymałam moje postanowienie i nie jadłam słodkiego aż do niedzieli. Poza drożdżówkami. Oj wiem, że NAJBARDZIEJ kaloryczne, ale czy ta szczerość wobec samej siebie musi być faktycznie aż taka ważna?

PPS. Dzisiaj użarł mnie komar po raz pierwszy w tym sezonie i pod kolanem urosło mi drugie kolano. 

Bo prawdziwy las jest taki: są w nim drzewa i zwierzaki

Jak powszechnie wiadomo, każdy z nas ma swoje nawyki. Oczywiście są tacy, co mają je bardziej, albo tacy, którzy wypierają się, że je mają, uznając, że ich nie mają. Dlatego wtedy liczy się to podwójnie, bo jak wiadomo wypieranie się nałogu świadczy o jego posiadaniu.

I tak na przykład Dziubas, znany ze swej przewrotnej natury, posiada od jakiegoś czasu nawyk wieczornego oglądania filmików na youtubie.

Cały rytuał trwa około pół godziny, przy czym zdarza się jeszcze, że powtarza go około 23.00, kiedy ja chcę już spać.

Przez te wszystkie lata mimochodem wzbogaciłam swój umysł o wiele przepisów kulinarnych, ciekawostki z astrofizyki, najnowsze informacje polityczne plus teorie spiskowe, kończąc na niezliczonych instruktażach, np.: jak pomalować łazienkę, położyć kafelki, dociąć kupę drewna tak, żeby przypominała stolik i pospinać kable w puszkach.

Nie wspomnę o zapętlonych miksach piosenek, które kiedy raz wpadły Dziubasowi w ucho, rozbrzmiewały w naszym domu kilkanaście razy dziennie. Ma się rozumieć nauczyłam się ich na pamięć. Też mimowolnie.

Oczywiście bardzo się cieszę, że przyswoiłam te niezbędne mi do życia informacje, podczas gdy mój mózg, robiąc sobie miejsce na te wszystkie rewelacje, zapewne wyparł rzeczy typu „Jak jeździć na rowerze”, „Jak przyszyć guzik” lub „Jaki mamy dzień tygodnia”.

Ostatnimi czasy Dziubas wyjątkowo upodobał sobie kanał jakiegoś człowieka, który w skrócie opowiada o tym, jak poradzić sobie z różnymi zadaniami na łonie natury. Buszowy, chaszczowy, Chruszczow…No nie pamiętam jak się zwie, nieistotne zresztą.

W związku z tym od ostatnich dwóch tygodni wysłuchałam jednym uchem jak rozpalić ognisko na tysiąc sposobów, gdzie najlepiej rozkładać namiot, jak robić kawę z mleczy czy jak prać rzeczy w worku.

Wczoraj wieczór, kiedy oglądał rozpalanie ogniska za pomocą jakiegoś tam łuku, który podobno może być prosty (czy matematyka dopuszcza takie stwierdzenia?), dotarło TO do mnie: 

DZIUBAS CHCE MNIE WYWIEŹĆ DO LASU!

To dlatego od kilkunastu dni puszcza mi to wszystko! Niby przypadkowo!

Przygotowuje mnie POD-PRO-GO-WO!

Tak, żebym umiała przeżyć w dziczy, kiedy już mnie do niej wywiezie i zostawi na…no właśnie na ile?! Bo mam nadzieję, że nie na zawsze!

Nie wyobrażam sobie zupełnie siebie śpiącej pod gołym niebem, otoczonej tymi wszystkimi wilkami, niedźwiedziami, robactwem wszelkiej maści i gatunku, oraz – nie daj Boże – jakimiś napalonymi jeleniami na rykowisku.

Tym bardziej nie wiem jak bym przeżyła krzesając (tak się to mówi?) ogień jakimiś gałęziami, bez ciepłej herbaty z rana i przemarznięta na kość. Że już nie wspomnę o kąpieli w lodowatym strumieniu.

Sam podejrzany wszystkiemu zaprzecza, odpowiadając, że nie będzie wdawał się w takie głupie rozmowy.

A więc to już pewne – bo przecież wiadomo, że się nie przyzna.

No i teraz najważniejsze – MOTYW.

Czy on wie coś, czego ja nie wiem? Czy to za karę? Albo dla przykładu??

A może wie, że ruszyły letnie wyprzedaże i widział mnie z tymi trzema spódnicami, które miałam sobie tylko pooglądać?!

Kompletnie nic nie przychodzi mi do głowy!

Pocieszające jest jedynie to, że mamy lipiec, więc może nie spadnie śnieg. W zależności od tego jaki zaplanował mi kierunek oczywiście.

Od dzisiaj będę spać z jednym okiem otwartym, bo jeśli zaplanował moją wywózkę, to na pewno w nocy. Takiego planu nie realizuje się w dzień. No chyba, że to taka zbrodnia doskonała, że niby idziemy na spacer, a on nagle zabiera Boba na ręce i ucieka do auta.

I pomyśleć, że narzekałam na filmiki o ścianach z gipsokartonu…

Tradycyjny weekendowy maraton

Weekend to czas odpoczynku i relaksu, bezcenne chwile dla siebie i dla rodziny.

U nas ta definicja sprawdza się w 100%. Wszystko się zgadza, pod warunkiem, że ktoś wyobrazi sobie taką sielankę doprawioną kofeiną, tauryną i przyspieszy tą wizję jakieś kilkaset razy.

Ostatni weekend spędziliśmy zatem tradycyjnie – w marketach budowlanych. Jako, że ostatnio praktycznie tam mieszkamy. Zaczynam się obawiać, że obsługa nas już rozpoznaje kiedy wchodzimy do środka. Wyobrażam sobie, że pewnego razu po prostu wejdziemy tam wieczorem, umyjemy zęby na dziale z łazienkami i pójdziemy spać w jakimś rozwieszonym hamaku gasząc przy okazji wszystkie lampy na oświetleniu.

Po powrocie z tej nie lada atrakcji resztę dnia postanowiliśmy spędzić leniwie – na ile się da przy Bobie, oczywiście. Tak więc przebrani w swoje podomki gotujemy bób, ja wypatruję już godzin wieczornych i odliczam czas do swojego leżakowania, podczas gdy Dziubas rozmawia przez telefon ze szwagrem. Moim szwagrem, jego bratem.

W pewnym momencie słyszę jak Dziubas radośnie oznajmia, że „Może w takim razie ZARAZ SIĘ DO WAS ZBIERZEMY”, więc gały wychodzą mi z orbit.

Rozglądam się dookoła. Bób nadal bulgocze w garnku, Bobo siedzi ze mną na kanapie w samym pampersie (bo na zewnątrz cudowne i orzeźwiające +30), wszędzie porozrzucane zabawki i przypadkowe sprzęty typu rózga do mieszania, garnek, plastikowa miska i stado skarpet – tradycyjnie, na środku dywanu.

Normalnie burdel na kółkach sfinansowany ze środków Unii Europejskiej plus tabor cygański w wersji pseudo-skandynawskiej.

No i oczywiście następuje zryw, bo późno, bo już TA godzina, bo ubieramy się (chociaż dopiero się rozbieraliśmy, ale co tam) bo trzeba jechać JUŻ, bo zanim dojedziemy, bo to, bo tamto.

Tradycyjnie – z obłędem w oczach ubieram Bobowi jednego buta, pakuję bób na wynos, sprawdzam zewnętrzną temperaturę i przewiduję kurs dolara na rynku szwajcarskim, kiedy z kotłowni nonszalanckim krokiem wychodzi Dziubas ogłaszając, że po drodze zatrzymamy się jeszcze w Castoramie, bo on chce zwrócić te wężyki, które kupił wczoraj.

Oszaleję, zwariuję, zacznę gdakać jak drób albo wysmaruję się nutellą i wytarzam w mrowisku.

Zamiast tego wszystkiego doświadczam głupawki wszechczasów i z dzikim kwikiem dławię się ze śmiechu po drodze w aucie, bo mówię Dziubasowi, że pójdę sobie coś tam pooglądać, kiedy on będzie ZWRACAŁ i tak mnie to śmieszy, że chrząkam jak dorodne prosię. Naprawdę, brakowało jeszcze tylko jabłka w ryjku, bo żeby wieprzowinę nadziewać bobem, to jeszcze nie słyszałam.

Po drodze przeżywam też stadium spadku aktywności i ogólnego marazmu, a także odrobinę wewnętrznego fuj, bo Dziubas słucha audiobooka Cobena, którego czyta Krzysztof Globisz. NIGDY WIĘCEJ tego typu rozrywek –  Obiecuję sobie przysypiając.

Podjeżdżając pod market zauważamy, że Bobo śpi, więc Dziubas rzuca mi szybkie „To ja polecę sam i zaraz wracam!” i zostawia mnie w aucie na parkingu, puszczając szum z radia, żeby Bob się nie obudził.

No naprawdę. Istnieją przecież jakieś tam przepisy, że nie można zostawiać w aucie psów. A o żonach i dzieciach nikt nie słyszał?! Czy to w ogóle zgodne z prawem i ogólnie przyjętą normą?!

Czuję się zbulwersowana i jest mi gorąco, bo akurat wyszło słońce i świeci mi centralnie w prawe oko. Uchylam delikatnie drzwi z obu stron żeby zapewnić sobie namiastkę klimatyzacji. Po 5 minutach zaczyna mi się niemiłosiernie nudzić, bo bateria w telefonie mi pada a pod ręką nie mam do czytania niczego oprócz ulotki o zaletach płukania okrężnicy.

W którymś aucie obok zaczyna wyć alarm i w połączeniu z szumem tworzy taką abstrakcję, że mam ochotę obciąć sobie uszy.

Znajduję przypadkiem ulotkę z domkiem, w którym częściowo spędzaliśmy nasz miesiąc miodowy i ze wszystkich pięknych zdjęć, obraz łazienki (dokładniej kibelka i okna nad nim) wprowadza mnie w stan takiej błogości i sielanki, że już, teraz mam ochotę rzucić wszystko i jechać w Bieszczady.

Nagle zaczyna lać deszcz, więc jestem zmuszona zamknąć drzwi i dusić się w upale dopóki Dziubas nie wróci.

Do szwagra dojeżdżamy bardzo punktualnie i zażeramy się domową pizzą i lodami, które są jednymi z najlepszych jakie w życiu jadłam.

Na dzień dzisiejszy, 11 lipca 2017 roku, przy siadaniu brzuch zaczyna wylewać mi się na spodnie jak muffinka z foremki.

Od poniedziałku zatem powzięłam (?) postanowienie śródroczne – słodycze tylko w niedzielę!

PS. Drożdżówki się nie liczą ;)