Chrzest bojowy

Kochani – żyję!

Ogarniam WordPressa.

W sumie wydaje mi się, że co nieco ogarnęłam, ale mam nadzieję zaprosić Was już niebawem na moje nowe miejsce zamieszkania :)

Póki co jestem z Wami u Was i dziś nadrabiam zaległe notki :)

PS. Nadal na nic nie mam czasu, nie wiem co zrobić na Święta, nie mam pomysłu, nie mam nastroju, nie mam listy zakupowej!

____________________

No i stało się! Zapraszam tu: https://dziubasowo.wordpress.com/

Cebulowy syrop w pudełeczku noszę, cebulowy syrop – bardzo lubię go!

Moja choroba ewoluuje.

W sobotę wieczór postawiła mnie na nogi saszetka Fervexu – i to postawiła tak, że w ciągu 15 minut wstałam, wzięłam długi prysznic, rozbudziłam się kompletnie, poczułam siły witalne i byłam gotowa napisać sprawozdanie naukowe albo wziąć udział w jakiejś debacie.

Jakiejkolwiek!

Byłam w takiej formie umysłowej, że mogłabym wypowiadać się zarówno w panelu eksperckim dotyczącym zachowań waleni w okresie godowym na Antarktydzie jak i oceniać sytuację gospodarczą w południowej części Azerbejdżanu.

Dzisiaj za to, po ustąpieniu nawału kataru i słabości ogólnej, do kompletu dołączył kaszel. Normalnie przez cały dzień cherlałam jak rasowy menel z konkretną historią spożywania Wina Marki Wino i palenia Kapitanów bez filtra.

Pod wieczór, kiedy znów wykaszlywałam chyba główny motyw z któregoś Bonda, nagle mnie olśniło. Nie wiem, może drgawki spowodowały jakieś poruszenie w mózgu.

Zrobię sobie syrop z cebuli!

Pokroiłam taką wielkości mojej głowy, zasypałam toną cukru i tak czekałam, niecierpliwie zaglądając pod spodek przykrywający kubek z cudowną miksturą.

Dziubas od razu zaznaczył, że ma być tego niedużo, bo to potem śmierdzi.

Boszsz…no jak to niedużo?! Jak to śmierdzi?! Ja kocham syrop z cebuli, UWIELBIAM! Nie wiem, może to jakiś sentyment z dzieciństwa ale mogłabym to pić przez cały dzień zamiast herbaty!

W końcu późnym wieczorem doczekałam się swojej nagrody, łyknęłam łyżeczkę syropu i przestałam kaszleć OD RAZU.

No i niech mi ktoś powie, że stare sposoby na leczenie nie są najlepsze?

Dziubas za to wybrał się na śledzia z Naszymi Ludźmi a ja siedzę nad laptopem, w którym zepsuła się bateria, więc zostałam na kablu, który kopie i rozłącza się przy byle ruchu. Możnaby rzec, że zostałam unieruchomiona kablem, chociaż zabrzmiałoby to zbyt bestialsko.

Bo to wszystko przez te kryminały!

Ostatnio znów połykam książki jedna po drugiej i końca tego żeru nie widać!

Oczywiście ku wielkiemu zdziwieniu Dziubasa, który czyta dużo, ale odkąd ma Kindla, książki papierowe mogą dla niego nie istnieć.

A ja właśnie te papierowe kocham, ubóstwiam i chciałabym się w nich tarzać! Nie ma nic wspanialszego niż nowa pachnąca gruba książka, którą można głaskać i wąchać!

Dlatego Dziubas został uprzejmie poproszony o wizytę w księgarni, żebym mogła jakoś przeżyć nadchodzące dni, bo akurat przeczytałam wszystko z mojej ostatniej dostawy. Jak pech, to pech.

Trudno. Najwyżej zbankrutujemy i zamieszkamy w domku z książek.

Będzie też opał kiedy nadejdą mrozy, chociaż byłabym skłonna sama zasuwać do lasu w zaspach żeby ścinać piłą jakąś dorodną topolę, byle te książki oszczędzić.

Zresztą z drzewami to ja mam ostatnio na pieńku (?) odkąd pojechaliśmy na chwilowy spacer, który odbył się kilkadziesiąt kilometrów od domu w rejonach podgórskich.

Wcale się na nas dziwnie nie patrzyli robotnicy z dołu, kiedy wychodziliśmy pionowo na stok narciarski.

Ja za to postanowiłam nazbierać sobie szyszek i pachnących gałązek do domu. Zbierałam oczywiście tylko te padnięte, bo szkoda mi było zrywać.

Na własnej skórze miałam okazję się przekonać, skąd nazwa drzewa IGLASTE, kiedy igiełki z tych gałązek powbijały mi się w łapę, więc musiałam sztywno nieść przed sobą ten wiecheć, nie wykonując przypadkowych ruchów.

Po dojściu na dół, do auta, rękę miałam już całkowicie sparaliżowaną zimnem, pokaleczoną igłami i całkowicie powykrzywianą.

Sielskie naręcze beztrosko rzuciłam na tylne siedzenie, ku uciesze Dziubasa, który potem musiał usuwać z niego powbijane igły.

A pozostając w temacie przyrody, dzisiaj pod sam dom znów podeszły sarny i wierzgały kopytami w śniegu. W sumie jedna stała kilka metrów ode mnie (no ok, dzieliła nas szyba, ale to już nieważne) i żuła jakieś ogromne zielsko (przypominające mi jedynie gigantyczny wodorost, ale chyba nasza działka nie jest aż tak podmokła, żeby na niej rosły…) wpatrując mi się w oczy w totalnym skupieniu.

No i co ja mam niby z nimi zrobić? Skoro chodzą sobie tak koło naszego domu, to może powinnam je czymś poczęstować?

Ale co one jedzą?

Mam im wysypać jakieś ziarno?

Kaszę?

Wywiesić słoninę?

Wystawić naprędce zbity z desek paśnik?

Dziubas mówi, że trzeba im nakopać świeżych robaków, ale ja mu tam nie dowierzam. W końcu co on może wiedzieć o jadłospisie leśnych zwierząt? Sam pod namiotem najchętniej żywił się chińskimi zupkami, więc chyba żaden z niego ekspert…

A może tak zawrzeć z nimi umowę o dzieło, zatrudnić na okres wiosenno-letni do skubania trawy, żebym nie musiała jej kosić?

Boszsz…

No i czemu w reklamie perfum tak eleganckich jak Chanel występuje Kristen Stewart z tą wiecznie rozdziawioną japą i wystającymi zębami?!

Tyle pytań i zero odpowiedzi!

Chyba pójdę łyknąć sobie jeszcze cebuli…

Wieczorny rzut komplementem

Sytuacja sprzed kilku dni:

Oglądamy z Dziubasem Milionerów jedząc wieczorne płatki na mleku.

Kamera wędruje z uczestnika na jego znajomych, którzy kibicują mu z widowni.

- Ale ta laska jest brzydka! – Rzuca nagle Dziubas, co wprawia mnie w osłupienie, bo rzadko zdarzają mu się takie niewrażliwe komentarze na temat drugiego człowieka. – No patrz! Masakra! Ma jakąś taką KRZYWĄ twarz! O! Specjalnie kamera ją filmuje OD DOŁU żeby tego nie było widać!

- Nie każdy może być tak piękny jak twoja żona – rzucam sprytnie, w myślach przybijając sama sobie piątkę. Oto jest – komplement dla mnie! Podaje Ci go mężczyzno, puchu marny, na tacy, bo wiem, że tak sam z siebie to nie umiesz. Masz, korzystaj! Bierz!

- Dokładnie! – Potwierdza Dziubas bez mrugnięcia okiem.

Ja, zadowolona ze swojego szatańskiego planu, zabieram się za dalsze chrupanie płatków.

Dziubas spogląda na nią, na mnie i tak jeszcze kilka razy. Wyłapuję jego spojrzenie i odsyłam mu moje – pytające.

- Ale wiesz… – Mówi zamyślony Dziubas, wciąż mi się przyglądając. – W sumie każdy z nas ma niesymetryczną twarz.

Boszszszszsz………..

Winter is coming! – Tym razem na serio!

I oto nastał nam grudzień – ten cudowny, magiczny miesiąc, przynoszący ze sobą wszystko, co najlepsze – Mikołaja, Boże Narodzenie i Sylwestra.

A także pierwsze poważne opady śniegu, które zamieniły naszą wieś w magiczną krainę lodu.

Matko, moim zachwytom nie było końca!

W ogóle nie czułam się zmęczona tym, że Bobo co chwila ciągnął mnie do zabawy chodząc po schodach na górę a potem schodząc w dół! Jednym okiem bawiłam się z nim wręcz fantastycznie, a drugim łypałam za okno, podziwiając delikatne płatki tworzące puchową pierzynkę na wszystkim.

Na ogrodzeniu naprzeciwko. Na krzewach, trawnikach, łąkach, pokrywach szamba, drzewach Crazy Zośki.

Myślę, że w taki dzień nawet panowie budowniczy stawiający dom na działce poniżej mogliby się zamienić w takie dwie Elsy tworzące misterny zamek z lodu! (Oczywiście gdyby nie wąsy, kilkudniowy zarost, papierosy w kącikach ust i sikanie w rozkroku na środku ścieżki…)

Swoją drogą w duchu dziękowałam za ich niestrudzone zajęcie, odległość od naszego domu, ich wiek i krótkowzroczność, kiedy uprawiałam niechcący ekshibicjonizm na środku salonu.

Chcąc jedynie pozbyć się swetra, który miałam na sobie, stanęłam (oczywiście przodem do okna) i zaczęłam go ściągać, kiedy to postanowił skompresować się z t-shirtem pod spodem, zaklinować mi na łbie i przyprawić o atak paniki i klaustrofobię.

Boszsz…pięknie musiałam tam wyglądać – tańczący na środku jeździec bez głowy świecący stanikiem i kręcący się w kółko wymachując rękami. Pomijam już samą minę Boba, kiedy zdążyłam się z tego więzienia wyswobodzić…

Tak czy siak, nie mogąc się nacieszyć śnieżkiem w ciągu dnia (z powodu Bobowego kataru) uznałam (oczywiście nie z własnej woli, umówmy się…) że nadszedł czas żeby odśnieżyć podjazd.

Zabrałam się za energiczne machanie łopatą w środku wichury, która nie wiadomo skąd nagle postanowiła się zerwać. Nie zważając na przeciwności losu ( i palące piaski pustyni – jak Książę z Bajki) odrzucałam zaspy na prawo i lewo i wyżywając się jak na siłowni.

No i co z tego mam?

Ano proszszsz…

Dzisiaj to ja wstałam z katarem. Ale, ale! Żeby tylko z katarem! Popołudniu doszło do tego gardło i bóle mięśni spowodowane oczywiście nie grypą, ale zakwasami po wczorajszym ćwiczeniu na świeżym powietrzu.

Najgorsze jest to, że mam zakwasy w SZYI.

No naprawdę, nie przypominam sobie przerzucania nią śniegu, ale najwyraźniej tam się wszystko skumulowało. Mam tylko nadzieję, że tych szyjnych mięśni nie wyćwiczyłam za bardzo, bo znów będzie mi się wydawać, że mam kark jak Pudzian i moja mała makówka zniknie na jego czubku.

I tak siedzę sobie w łóżku (Bob już śpi a Dziubas rozwija cywilizację w jakiejś grze), z bolącą szyją, z gardłem posiadającym wewnątrz plantację kaktusów i tarzających się między nimi jeży, z dziwnie zimnymi stopami i gorącym uchem (Też tego nie rozumiem, może to mój biegun ciepła…?) i zastanawiam się co dalej.

Bo jutro przecież trzeba odebrać okulary a ja czuję się jak po walce w klatce.

Bo idzie niedziela, a z nią nasze wyjście MPK (Msza, Pączek, Kawa).

Bo również w niedzielę jest spotkanie na śledziu.

Bo zbliża się Mikołaj i trzeba kupić jeszcze prezent dla D.

Bo w sumie to ja nie mam czasu ani ochoty na żadne chorowanie, w związku z czym zgłaszam sprzeciw, odmawiam i obrażam się!

Chyba idę zjeść trochę lodów…i tak już mi wszystko jedno.

Wiosenno-listopadowy zawrót głowy

Rzuciło mi się na mózg – chociaż to już wiadomo nie od dziś.

Tym razem jednak dość specyficznie, a mianowicie wszędzie dookoła czuję WIOSNĘ.

Tak, zdaję sobie sprawę z faktu, iż mamy listopad, a do grudnia bliżej niż dalej. Wiem, rozumiem, kojarzę jeszcze takie rzeczy jak dzisiejsza data.

Ale mój organizm ma najwyraźniej jakiś deficyt w tej kategorii i w związku z tym przypomina mi o tym na każdym kroku.

Patrzę na resztki zielonej trawy? – Wiosna.

Czuję zapach deszczu? – Wiosna.

Powieje cieplejszy wiaterek? – Wiosna.

Zaświeci słońce? – Wiosna.

Boszszsz…czy to się jakoś leczy? Jest na to jakiś suplement diety albo coś?

Bo tak jakby na wiosnę to ja ani trochę gotowa nie jestem i w najbliższym czasie nie będę. Póki co jestem w lesie nawet z porządkami jesiennymi, nie wspominając już o czymkolwiek związanym z Bożym Narodzeniem. Że już nie wspomnę o formie fizycznej, bo samo w sobie słowo forma kojarzy mi się jedynie z tą formą, w której piecze się ciasta. (Na dodatek właśnie jem resztkę M&Ms`ów).

Wczoraj, w sobotę, piękny pochmurny wiosenny dzień, postanowiłam zrobić sobie dłuższe wychodne, żeby się tą wiosną nacieszyć w pełni i pozachwycać trochę w samotności (Boszsz…). Czekała mnie południowa wizyta o okulisty i popołudniowa wizyta u Szalikowej.

Dziubas, który rozpatrzył pozytywnie mój wniosek nie bacząc na grożące mu ze strony Boba niedogodności, spakował mu bety i pojechał do Mamy Wu, podrzucając mnie po drodze do centrum.

Wysiadłam z auta, odetchnęłam z ulgą i zaczęłam dzielnie maszerować przed siebie, spełniając nareszcie fantazję o czasie wolnym tylko dla siebie. W planach miałam jakąś gorącą czekoladę, księgarnię, wąchanie kosmetyków w jakiejś perfumerii i może antykwariat gdyby wystarczyło mi czasu.

Oczywiście zapomniałam o tym, że to MÓJ dzień, w związku z tym normalnie być nie mogło.

Po kilkunastu minutach, kiedy doczłapałam do centrum, nagle zrobiło mi się jakoś nieswojo. Poczułam, że nogi trochę mi się plączą, świat zaczyna wirować a czapka tak mi ściska łeb, że chyba zaraz mi go zmiażdży.

W zaawansowanym stadium paniki dotarłam do Subwaya i zamówiłam jakąś wielką paskudną kanapkę z ciastkiem i herbatą. Jak można było się spodziewać, zawroty głowy ustały po konsumpcji. Wściekłość za to odczuwałam podwójną, bo ze wszystkich planów nic nie wyszło a poza tym proces starzenia się dał mi prosto w ten lekki łeb. Bo oto okazało się, że nie mam już -nastu lat i na kawałku kromki chleba złapanej w locie o 7 rano nie pociągnę jak kiedyś całego dnia.

Na tym jedzeniu zeszła mi wieczność, bo nagle okazało się, że nie mam już na nic czasu i trzeba się kierować do okulisty. Przed siebie szłam tym razem już ostrożniej, z kubkiem herbaty rumiankowo-miodowej w ręce, po której trochę mnie zemdliło.

15-minutowa sesja okulistyczna trwała 1,5 godziny (to zaskakujące ile jeden przecinek pomiędzy cyferkami potrafi zmienić…), ale lekarką byłam zachwycona. Dziewczyna mniej-więcej w moim wieku, bardzo sympatyczna i uśmiechnięta, aż momentalnie zapragnęłam, żeby została moją koleżanką. Chodziłybyśmy razem po sklepach, testowały szminki w drogerii i rozmawiały o wadach wzroku celebrytów.

Z gabinetu wyszłam bogatsza o astygmatyzm, z receptą na okulary. I dobrze, bo lubię siebie w okularach, widzącą wyraźnie, nie zataczającą się i nie mrużącą oczu żeby literki przestały skakać.

Z umówionego miejsca odebrał mnie Dziubas, zniecierpliwiony moją nieobecnością i zafrasowany wizją spędzenia kolejnych kilku godzin z buntującym się Bobem.

Po wyjściu na świat zewnętrzny zrobiło mi się dość mgliście, bo po zakropieniu oczu miałam źrenice jak kobieta-kot na podwójnej działce kokainy. Wszystko widziałam zamazane, a światło zdawało się świecić zewsząd jak szalone.

Dziubas za to przez całą drogę pokazywał mi wszelkie możliwe napisy na plakatach i kazał szukać czegoś na Wikipedii w jego telefonie.

Oczywiście ledwo widziałam telefon.

Najbardziej zdziwił go napis głoszący „Przeraź mnie – zadrżę!”. Normalnie nie mógł tego przeżyć przez dobre 10 minut, dopóki ja, swoim kaprawym okiem, zobaczyłam poprawną wersję hasła: „Podróże małe i duże”.

Najwyraźniej z naszej dwójki to on powinien te okulary nosić BARDZIEJ.

Godzinę później, jadąc samochodem do Szalikowej, miałam wrażenie jakby mijające mnie samochody dawały mi w pysk jakimś policyjnym halogenem i modliłam się, żeby nie trafić na jakąś rutynową kontrolę. NA PEWNO uwierzyliby w moje tłumaczenia, że te wielkie oczy z widocznymi cechami obłędu to po kroplach.

Do Szalikowej dotarłam bezbłędnie. Znalazłam blok i klatkę.

Zgubiłam się W WINDZIE.

Zapewne będę jedyną taką osobą w historii, więc napiszę to jeszcze raz:

ZGUBIŁAM SIĘ W W I N D Z I E.

Pojechałam na drugie piętro, wysiadłam, okazało się, że to nie to. Zjechałam z powrotem na dół, poleciałam na prawo, mając jakąś dziwną wizję, że po drugiej stronie klatki na pewno są inne windy (?!). Nie było ich. Pobiegłam z powrotem do tej mojej i pojechałam na ósme. Trafiłam.

Modlę się, żeby nie mieli żadnego monitoringu na klatce, bo odtwarzając film z 16-tej zobaczą psychopatkę z rozwianym włosem wylatującą i wlatującą do windy tam i z powrotem.

U Szalikowej przeżyłam szał i ekstazę, bo znalazła książkę, którą, jak się okazuje, wspólnie zachwycałyśmy się w dzieciństwie, więc do końca dnia nic się już nie liczyło. Nawet to, że w momencie przyłożenia twarzy do poduszki urwał mi się film.

Dobra, kończę już, bo jakieś długie mi to wyszło a w TV leci nowy program kabaretu Hrabi. I M&M`sy mi się skończyły…

Koniecznie świątecznie!

Stało się, trafiło mnie znienacka i nie opuści już do końca roku.

Zobaczyłam te wszystkie bombki, choinki i światełka i nie mogę doczekać się Bożego Narodzenia.

Mam ochotę na śnieg, coś pachnącego pierniczkami (może to być nawet Brise do toalety!), ciepłe rękawiczki i ciepłe światło lampek choinkowych.

Na moje – dość wczesne w tym roku – pragnienie Świąt Dziubas niechętnie prycha.

Nie od dziś wiadomo, że Dziubas jest Naczelnym Grinchem w naszym domu. Niezależnie od rodzaju świąt, nie uznaje zupełnie żadnych ozdób, kolęd, ani tym bardziej NASTROJU.

Oczywiście spieramy się o to każdego roku. Bo ja wyznaczam sobie termin udekorowania domu ozdobami, a on próbuje maksymalnie przesunąć go w czasie. Najlepiej do NIGDY.

I oczywiście NIGDY mu się to nie udaje.

W tym roku mam mocne postanowienie zakupu świeżej i prawdziwej choinki, która pachniałaby lasem. Dziubas od razu zaznaczył, że on na pewno nie będzie przywoził żadnego krzaka do domu, jak chcę, to mam sobie po nią jechać sama, a w ogóle to po co nam to – będzie gubić wszędzie igły, Bobo będzie ją przewracał i to tylko kłopot.

Boszsz…żadne moje prośby ani groźby nie są w stanie wprowadzić go choć odrobinę w świąteczny nastrój. Nie działają argumenty „Zrób to dla mnie” ani szantaż „Bo będę płakać!”.

W zeszłym roku odrzuciłam więc wszelkie próby zreformowania Dziubasa i postanowiłam udawać, że nie słyszę narzekań. Szło mi to całkiem nieźle, bo jak wiadomo, ze słuchem u mnie raczej średnio.

Dodatkową atrakcją grudnia są Dziubasowe urodziny, czyli wyścig za prezentem idealnym. Bo Dziubas w swej niezgłębionej szczerości nie potrafi na potrzebę chwili ucieszyć się chociaż na niby i podziękować. Pomysł już mam, więc jak zwykle co roku zrealizuję go o wiele wcześniej, kupię, schowam tam, gdzie Dziubas nigdy nie zagląda, a on, kierowany swym wewnętrznym radarem, właśnie w to miejsce poczłapie.

Swoją drogą to zaskakujące. Nieraz już myślałam skąd taka umiejętność odkrycia prezentu. Może wyłapuje jakieś ultradźwięki jak delfin albo słyszy w głowie to, co ptactwo odlatujące na południe? Cokolwiek to jest, za każdym razem prowadzi go precyzyjnie do celu. W tym roku muszę więc wymyślić nie tyle idealny prezent, co idealną kryjówkę. Miejsce, do którego nie zajrzy.

Póki co do głowy przychodzi mi pudło ze świątecznymi ozdobami, kosz na brudy albo półka z pachnącymi płynami do mycia wszelakich powierzchni. Będę losować.

Będę też toczyć wewnętrzną walkę – również tradycyjnie – żeby nie oglądać świątecznych filmów aż do 1 grudnia, chociaż korci mnie już dziś, teraz!

Na mojej liście jest zawsze film „The Holiday” i „Just Friends”, a w zeszłym roku zakochałam się w „Love the Coopers”. Jakoś gwiazdkowo kojarzy mi się też Bridget Jones – może ze względu na początek ze świątecznym indykiem curry.

Nie wolno mi też jeszcze słuchać świątecznej muzyki. Chociaż mam jakiś gigantyczny album gwiazdkowy, z którego uwielbiam „I saw mommy kissing Santa Claus” (z Ally McBeal) i „Bells will be ringing” (Bon Jovi). Chociaż muszę się przyznać, że śpiewałam to sobie ostatnio w aucie.

Macie swoje ulubione świąteczne filmy albo piosenki? Podzielcie się, chętnie zobaczę coś nowego :)

PS. Po obejrzeniu filmu „Pociąg do Darjeeling” chce mi się Indii! Na razie skończyło się na zakupie sosu Butter Chicken. Póki co musi wystarczyć.

Zespół Napięcia Wieku Średniego

Na nic znów nie mam czasu. Jakoś straciłam ostatnio umiejętność odpowiedniego nim gospodarowania i z niczym się nie wyrabiam. Cały czas mam braki zakupowe, więc jeżdżę do sklepu praktycznie codziennie, bo okazuje się, że nie ma pieczywa, pieluch albo jeszcze czegoś podstawowego.

Za to wpadłam w jakiś niewyjaśniony obłęd kupowania sosów, więc mamy ich całą szufladę.

A z racji tego, że lodówkę mamy zaopatrzoną całkiem nieźle, jemy wyłącznie poza domem. Albo Mama Wu zaprasza na obiad w każdą niedzielę, albo pizza nam pachnie po drodze do domu, albo zaliczamy restaurację z moją Mame, co jest rzeczą wręcz zaskakującą, bo nie przypominam sobie ile lat temu byłyśmy razem coś zjeść.

Oczywiście w takim gronie (Mame, ja, Dziubas i Bob) amoku jest tyle, że aż iskrzy, więc po dotarciu na miejsce przesiadaliśmy się jedynie cztery razy. Bo tu za głośno, tam zabawki, gdzie indziej wrzeszczą dzieci, a tu znów nie da się jeść, bo fotele za niskie. Boszsz…w tym całym zmienianiu stolików zaliczyliśmy też wnoszenie Boba wraz z wózkiem na piętro, a potem znoszenie go na dół.

Naprawdę, nie zdziwię się, jak już nas tam więcej nie wpuszczą.

Przy okazji moja dobra passa w kuchni trwa nadal, w związku z czym w ciągu ostatnich kilku tygodni zdążyłam wyrzucić zakalcowate ciasto dyniowe, nie smażące się racuchy, zepsute mielone mięso i przypalony ryż.

Zaczynam coraz poważniej myśleć o kupnie menażki i ustawianiu się w kolejce do baru mlecznego.

Zresztą, ja zjem byle co. Bobo ma zawsze mleko i słoiczki a Dziubas obiad w pracy.

Może zamiast menażki kupię w takim razie jakiś modny lakier do paznokci i pójdę na masaż?

Ostatni, na jakim byłam był rehabilitacyjny, a fajnie byłoby mieć miłe i niebolesne wspomnienia z takich atrakcji…

Z wiadomości najnowszych, dzisiaj w nocy zdechł mi kwiatek, którego dostałam w sobotę. Tym samym chyba pobił rekord prędkości. Z tego względu nie wiem, czy to dobry pomysł, żeby kupować kolejne, które mam na oku.

Bo zobaczyłam w sklepie taki piękny skrzydłokwiat i od paru dni nie mogę przestać o nim myśleć. Tak samo zresztą jak o pewnym egzemplarzu zwanym Zamiokulkas, ale tylko z racji jego nazwy. Brzmi zupełnie jak jakieś greckie imię: Zamiokulkas Onassis.

Dziubas kolejnych roślin nie chce, ale nie wiem, czy mogę mu zaufać, bo tych pierwszych też nie chciał, a jakoś z nimi żyje.

Ponadto przechodzę jakiś turbo PMS. Wczoraj za kierownicą przeżywałam cały wachlarz emocji, od wzruszenia pięknymi żółtymi drzewami do stresu i płaczu na końcu nosa. Dzisiaj jem resztki pizzy z ostrymi papryczkami pepperoni, których normalnie nie jestem w stanie przełknąć. Wstaję bladym świtem bez narzekania, kładę się później niespecjalnie zmęczona. Nawet wyszło mi kilka syfów na twarzy, dzięki czemu poczułam się nieco lepiej i młodziej.

Poza tym miałam ogromną zachciankę poczytać jakieś babskie pisemka, więc kupiłam sobie Twój Styl (którego nie cierpię ale dodawali kalendarzyk na następny rok) i Świat Kobiety. Boszsz…otwieram a tam porady w stylu „Makijaż 40+” i „Podpatrujemy triki urodowe naszych CÓREK”. Luz.

Oficjalnie – gazet dla kobiet w moim wieku nie ma. Bo na te wszystkie Cosmopolitany i Glamoury przecież nie będę wydawać pieniędzy.

Najwyraźniej w kategorii czasopism jestem już powyżej czterdziestki i czas się z tym pogodzić.

Ponadto moje problemy ze słuchem pogłębiają się, bo podczas oglądania filmu z Dziubasem w zeszłym tygodniu, usłyszałam z ust bohatera „Podrap mi jajka” zamiast „Podaj mi rękę”.

Boszsz…wyobrażacie sobie taką sytuację wśród ludzi?! Przecież moja mina byłaby bezcenna! A jakbym jeszcze tak dała w pysk jakiemuś Bogu ducha winnemu autorowi wypowiedzi?

A teraz to dodatkowy strach, bo molestowanie stało się tak trendy jak fejsbuk i smartfony, więc musiałby się chłopina dwoić i troić z jakimś zadośćuczynieniem…

Trzeba zainwestować w aparat słuchowy i nosić zatyczki do uszu w momentach kiedy Bob piszczy albo przesuwa po całym domu stołek.

Na sam koniec będą jednakowoż dobre wieści, gdyż iż Dziubasowy plan wywiezienia mnie do lasu spalił na panewce i już na pewno go nie zrealizuje. Stało się to jasne już jakieś dwa tygodnie temu, kiedy niechcący obejrzeliśmy horror, w którym para błądząca po lesie zostaje zaatakowana i zeżarta przez niedźwiedzia.

To znaczy mężczyzna został zeżarty, kobieta przeżyła.

Big Sis mówi, że w realu było zupełnie na odwrót. Bo był to film na faktach.

No naprawdę, nie wiem czemu autorzy scenariusza odwrócili rolę ofiary – zeżarta przez niedźwiedzia dziewczyna by się tak dobrze nie sprzedała? A może to jakieś zagranie feministek?

Tak czy siak, moja noga w lesie już nie postanie, więc teraz będzie musiał wymyślić coś innego.

A teraz idę wyłączyć piekarnik, bo jeszcze tego kurczaka spalę i będziemy musieli zjeść hot-dogi z Orlena.

Druga połówka w praktyce

Drodzy Panowie – tym razem będzie o Was.

Doceniamy Was i podziwiamy nieustannie, stąd pomysł na tę notkę.

O Was – dla nas.

Czyli kobiece spojrzenie na Wasze, często, niezrozumiałe dla nas zachowania. Próba rozszyfrowania enigmy po to, żeby wspólnie żyło nam się łatwiej, a rodzina rosła w siłę, szczęście i dostatek.

1. Praktyka czyni mistrza

Mężczyzna jest istotą do bólu praktyczną. Myślącą logicznie, potrafiącą przewidywać wiele rzeczy a także posiadającą umiejętności typu naprawienie sprzętu AGD czy RTV, nie zgubienie się w trasie czy odróżnienie wkrętu od śruby.

Nie dziw się, kobieto, że nie zrozumie Twojego wybuchu radości na widok dwóch pudełeczek zamkniętych w jednym większym pudełeczku, też w kwiaty, które pięknie mogą wyglądać na komodzie w sypialni. Bo niby co on sobie może tam wsadzić? Nieprzydatne to w ogóle, kształt ma taki, że nigdzie się tego nie upcha, bo zawsze wystaje a te kwiatki to już w ogóle lekka przesada. Nie zdziw się, że zapyta po co Ci takie pudełeczka, skoro macie szafę narożną – przecież jest tam jeszcze dużo miejsca.

2. Geolokalizacja

Nie liczcie, drogie panie, na to, że mężczyzna kiedyś zapamięta lokalizację kosza na brudy, skoro w domu jest tyle terytorium do zaznaczenia uwiędłą onucą. Przyzwyczajenia są siłą napędzającą męskie działania domowe. Mokre ręczniki wciska się w róg kanapy, podkoszulki rozwiesza na krzesłach i fotelach, kuchenne rzeczy trzyma się w kuchni.

Stąd potem tyle awantur zaczynających się od: „Kochanie, podasz mi patyki do szaszłyków? – „A gdzie są?” – „W szufladzie!”

Tak oto zaczyna się walka człowieka z naturą, podczas której mężczyzna przeszukuje wszystkie 58762 szuflad, znajdując patyczki w ostatniej. W międzyczasie przechodzi kilka leveli wkurzenia, wywalając, jego zdaniem, niepotrzebne rzeczy. Potem jest zwrotka mówiąca o tym, że zmieniasz, kobieto, położenie tych rzeczy bez jego autoryzacji, że Twoja matka kupuje Wam za dużo stuffu, a na koniec refren o tym, że to Ty wybierałaś szafki kuchenne, trzeba było wybrać jeszcze więcej szuflad.

3. Myju-myju, chlastu-chlastu

Utrzymywanie domu w czystości od wieków było domeną kobiet. Kobieta próbowała sprać zapach mastodonta z dywanu, podczas gdy mężczyzna polował.

Kobietki, nie próbujmy zmieniać męskiej natury. Pozwólmy mężczyźnie przyrządzać mięso, a same wyczyśćmy co tam uważamy za stosowne i niezbędne.

Pamiętajmy o tym, że według mężczyzny zlew nie jest elementem, który trzeba myć, bo na męską logikę sam się czyści. Tak samo umywalka w łazience, brodzik, wanna czy pralka.

Nie bądźcie zdziwione, drogie dziewczyny, kiedy podczas przekazanych instrukcji mycia podłogi, zacznie się kłótnia o to, że płyn do mycia podłóg śmierdzi, tym mopem nie da się niczego umyć, a tak w ogóle to zanim on zacznie myć, musi najpierw odkurzyć, jechać autem na myjnię, odwiedzić mamę i zrobić zakupy na obiad.

Rośliny to element krajobrazu, który jest czymś żywym a więc też sam się żywi. Osobiście nie słyszałam nigdy o delikwencie, który przywitałby żonę w drzwiach wesoło krzycząc: „Kochanie, podlałem kwiatki, bo fikus w rogu zaczął gubić liście!”(Swoją drogą fikusy zawsze mi łysieją, cokolwiek bym z nimi nie robiła. Może zwyczajnie się lenią i zrzucają sierść jak zwierzęta?A może zaburzenia gospodarki hormonalnej???)

Nawiasem mówiąc nie znam żadnego mężczyzny, który znałby nazwy jakiegokolwiek kwiatka poza różą i słonecznikiem.

Dziubas zna jeszcze bonusowo storczyka, którego kiedyś dostał. A którego ja nazywam sterczykiem.

3. Przez żołądek do serca

Zapamiętać i zanotować raz na zawsze: nie przesadzajcie w kuchni!

Otwórzcie winko, pomalujcie paznokcie, weźcie długą kąpiel z bąbelkami i zróbcie normalny, domowy, dwudaniowy obiad.

Nie warto na rzecz pożywnej golonki z włosami albo zdrowego schabowego przyrządzać godzinami Fła-gra z panczettą na liściu sałaty rzymskiej skropionej dipem z czarnuszki, ylang-ylang, sandałowca i musztardy dijon.

Uwierzcie mi – za porządnego schaboszczaka będzie Was nosił na rękach do końca dnia i chwalił, że ta jego żona to potrafi gotować, nie tak jak inne baby.

4. Wewnętrzne rozterki

Wybijcie sobie z głowy wizję wspólnego urządzania domu. Tą, w której siedzicie oboje  opatuleni pod ciepłym kocykiem, z Chianti w kieliszku, przeglądając z uśmiechem katalogi firm meblowych.

Widziałaś kiedyś film „Igrzyska Śmierci” albo „Gladiatora”?

Przygotuj się na walkę – PRAWDZIWĄ batalię o ochronę tego, co kobiece, lekkie, zwiewne i różowe. Na walkę o zachowanie swojego jestestwa w tym wspólnym gnieździe.

Bądź gotowa na płacz w Castoramie, spazmy w Ikei i smarkanie w rękaw w Black-Red-White. Zabierz ze sobą neospasmine i melisę w termosie do Leroya. I pamiętaj: liczy się spokój i opanowanie. Tylko tak masz szansę pokonać przeciwnika, który w mgnieniu oka uzna, że firanki są niepotrzebne, bo trzeba je prać (ciekawe ilu mężczyzn w ogóle robi to w domu…), zechce pomalować sypialnię na szaro i czarno, wrzucić na środek czerwoną skórzaną kanapę i zapach łosia i dziczyzny w sprayu.

Bądź czujna. Kiedy Ty będziesz spać, on wybierze lampę do kuchni w formie rury z kranikiem, zdecyduje się na stolik kawowy z popękanego szkła a zamiast komody czy szafy wstawi uniwersalny metalowy regał przywodzący na myśl rzeźnię albo magazyn w Biedrze.

I przede wszystkim – nie czekaj!

Nie czekaj na moment, w którym on pochwali te piękne zasłony w kwiaty albo pomysł pastelowego różu na ścianach w sypialni. Nie dowie się dla samego siebie, co to firanka żakardowa, gipiura ani stebnowanie.

Nie doceni też miliona poduszek i poduszeczek na łóżku, bo w myśl praktycznego działania – dostałby fioła gdyby musiał je co wieczór ściągać i co rano układać podczas ścielenia.

4. Trzy kolory Kieślowskiego

Dlaczego Kieślowski zdecydował się jedynie na trzy?

Bo nie znał ich większej liczby!

Założę się, że zamiast tytułów nawiązujących do podstawowej palety, początkowo miał być zielony, mniej zielony i ciemny zielony. Ewentualnie, bardziej dosadnie: fajny, ch*jowy i pedalski. Takie wersje też krążą ;)

Mężczyzna nie powie, że wybrał te ręczniki w kolorze ecru, bo pasują Wam kolorystycznie do tych płytek kawa z mlekiem, albo że ta szmaragdowa sukienka jest lepsza niż butelkowa zieleń bo pasuje do twoich oczu. Kiedy pytasz go o milion kolorów, na jakie chcecie pomalować salon, wskaże palcem na katalog z próbkami i powie „ten!”. I naprawdę nie będzie go obchodziło, że to odcień numer 745348: „Dojrzała sierpniowa brzoskwinia z doliny Szilvasvarad”.

Kobiety moje drogie – zamiast skupiać się na tych drobiazgach, włączcie wspólnie film, wyjdźcie na spacer albo spędźcie romantyczny wieczór przy świecach – nawet przy tych samochodowych ;) Pamiętajmy, że nasi mężczyźni to źródło wszelkiej pociechy!

…Bo niby o czym miałybyśmy pisać na tych naszych blogach? ;)

Girl talk

Wydaje mi się, że ostatnio zrobiłam się jakaś taka nadpobudliwa.

Cały czas krążę niestrudzenie, bo chciałabym coś porobić a kiedy już czymś się zajmę, wydaje mi się, że tracę czas, bo mogłabym robić coś fajniejszego.

Boszsz…mam nadzieję, że to nie jakaś nerwica albo początki parkinsona.

Nadrobiłam ostatnio wszelkie zaległości w kwestii babskich spotkań, z czego jestem bardzo zadowolona, bo za chwilę nie będzie czasu na spotkania. Bo listopad, bo zimno, bo grobbing itd., itp.

Zresztą już na weekend zapowiadają jakiś orkan Grzegorz, który ma wyrywać drzewa. Dobrze, że nie mam drzew. Z żadnym Grzegorzem też się raczej nie przyjaźnię. Może to i lepiej, od razu by się źle kojarzył.

Tak więc w najbliższych dniach będą nam towarzyszyć raczej „niekorzystne fluidy” – chociaż nie znam się na tym, bo używam tego samego fluidu od lat. Tego, który kiedyś był czymś w stylu „Super stay” na cały dzień, na 12 godzin, na 24 a obecnie na 48. Producenci najwyraźniej dążą do uzyskania podkładu, który będzie się trzymał tygodniami, miesiącami aż w końcu posłuży za makijaż pośmiertny. Który będzie trzeba usuwać dłutem. Używając go zaczynam się bać, że po śmierci rozłoży mi się wszystko oprócz twarzy, a raczej tych jej części, w które wklepuję ten specyfik.

Spotykając się ostatnio z Dziką na sałatce (tym razem na serio, nie na sałatce-hamburgerze) zaczęłyśmy rozmowę od „przypomnij mi, żebym Ci dała dynię i książki, bo mam je w samochodzie!”. Oczywiście zapomniałyśmy o obu tych rzeczach – może za mało cukru nam dotarło do mózgu po tym posiłku…

Wcześniej zdążyłam kupić prezent dla jednego dziecka w formie śpiewającej zabawki. Celowałam w maskotkę dla dziewczynek, ale obie dostępne były zepsute, bo zdania, które wypowiadały były przyspieszone jakieś milion razy i brzmiały jak wiewiórka na amfetaminie. Dzika stwierdziła, że jej zdaniem tak ma być, bo to po prostu ŻEŃSKA WERSJA. Luz – zgadzam się – my, kobiety, gadamy dużo i szybko. Ale za to nas kochają ;)

Nieco później, podchmielone sałatą strzępiastą, zdecydowałyśmy, że będziemy ćwiczyć na siłowni styl foki – skoro jest styl modliszki i żurawia, to taki też może być. A wszystko przez to, że trener personalny Dzikiej wyjaśnił, że strzelając kogoś w pysk z liścia nie osiągnie swojego celu, chyba, że będzie ćwiczyć tegoż liścia na worku bokserskim. Nasza wizja tego, jak stoimy i obustronnie klepiemy ten worek przywiodła nam na myśl jedynie fokę. Bo jej odgłos, jako okrzyk bojowy, też musiałby iść w parze z tym ćwiczeniem.

Na koniec ubolewałyśmy, że nasza fryzjerka postanowiła zrobić nam na złość i zajść w ciążę, zostawiając nasze łby zaniedbane.

Dzika jest normalna, więc obcięła ją (zresztą bardzo dobrze) inna fryzjerka z tego salonu.

Ja, jako że dobrego fryzjera szukałam od lat, nie pozwolę nikomu oprócz Basi dotknąć moich włosów nożyczkami. Zapuszczam dopóki nie wróci a ja zrobię sobie z włosów pelerynę. Albo bransoletę…Pamiętacie tą piosenkę???

Na przyszłość, jak przestanie padać, mam w planie mycie okien, czyli rzeźnię na całego. 

Może jeszcze wyrobię w końcu te okulary żeby przestało mi się mącić we łbie. Dwie książki nadal czekają…no, niech będzie, że jedna – drugą zaczęłam czytać równolegle i nie wiem, co brał autor, który budował w niej zdania, ale nie jestem w stanie tego czytać.

Poza tym dziś po drodze do kina z Big Sis mam zamiar kupić dwie kostki masła, więc w skrytości wrzucę je do bagażnika i zamontuję blokadę na kierownicę. Bo jeszcze będzie zawyżało wartość auta i ktoś mi je ukradnie…

Ps. Obejrzałam też – i zaczęłam czytać – „Grę o Tron”. Winter is coming!

Ale wkoło jest wesoło, rozwalimy całe koło!

Jak pisała ostatnio Lady Makbet, 13 piątek ma to do siebie, że nie przychodzi ani 13-tego ani w piątek. Mnie odwiedził w poniedziałek, spóźniony o kilka dni, czym uśpił moją czujność.

Bydlak.

Dzień sam w sobie niczego złego nie zapowiadał, leciał dość leniwie, dopóki nie najechałam kołem na jakiś kawałek betonu i nie rozwaliłam całej opony.

Boszsz…trzymajcie mnie! Całej sytuacji opisywać nie będę, bo to nie program o zachowaniach kierowców na drodze, ale żeby zejść z drogi miłemu panu, który pędził prosto na mnie jej środkiem, przytuliłam się delikatnie na prawą stronę do jakiegoś placu budowy.

Huk był niemiłosierny, chociaż nie stało się nic wielkiego. Pfff…jak to zwykle z samochodami bywa – wiele hałasu o nic. Dziubas zjawił się dość szybko (jechałam akurat po niego do pracy), zmienił oponę w tempie błyskawicznym i wróciliśmy do domu.

Ale za to jaka była scena! WCALE się wszyscy nie gapili jak przydzwoniłam. W OGÓLE.

Ba, jedno małżeństwo w średnim wieku nawet wykręciło głowy na plecy żeby z pogardą przyjrzeć się całemu zajściu.

Ma się rozumieć, że ani jedna osoba nie zapytała „Hej, widzę, że jesteś małą drobną przestraszoną kobietą i podróżujesz z dzieckiem – może POMÓC?!”

No ale nie oczekujmy niemożliwego i nie ocierajmy się o science-fiction…

Podczas gdy Dziubas zmieniał koło, wróciłam na miejsce zbrodni (Jak przyznała Dzika – „ONI zawsze wracają na miejsce zbrodni, ZAWSZE!”) żeby spojrzeć, czy przypadkiem im tej budowy nie przestawiłam. No ale umówmy się, że trudno przestawić beton. Pod jakimś rusztowaniem z folii nawet wypatrzyłam mój kołpak, ale nie chciałam go zabierać i ryzykować kolejnej sceny w stylu: „Dzień dobry, to moje, hehe!” – chuchnąć, przetrzeć pod pachą i wrzucić Bobowi do wózka.

Najdziwniejsze jest to, że było to największe katharsis jakie osiągnęłam od dobrego 1,5 roku. Matko, ale jaki szok w ogóle! Po powrocie do domu byłam tak wyluzowana, że czułam się jak ten lotos na tafli jeziora. Nie wiem, może w końcu jakaś czara goryczy się przelała i wylałam z siebie całą puszkę pandory, ale czułam się tak lekka, że tylko krok dzielił mnie od nirwany i lewitacji.

Na koniec dnia tylko jakoś koszmarnie bolały mnie łydki – może to tam skumulował się cały stres.

Na podtrzymanie dobrego nastroju po rzeźni, jakiej dokonałam na aucie Dziubasa (dziwne, bo swoim Szprotem się tak nie rozbijam…), oglądałam z zachwytem w TV reklamy z Lidla i Biedronki, które działały na moją duszę jak balsam.

Może wkroczyłam w jakieś nowe stadium szaleństwa?

Zgodnie z tradycją, po uszkodzeniu Dziubasowozu zapytałam grzecznie Dziubasa czy tym razem też kupić mu Czekoladki Hańby, na co odpowiedział, że tym razem nie ma takiej potrzeby.

Tym, którzy nie wiedzą (a może nie pisałam o tym, już nie pamiętam) wyjaśniam: Poprzednim razem kiedy zarysowałam mu auto kupiłam w ramach przeprosin ładną bombonierkę (w TK Maxx więc pełen wypas, zagranica i te sprawy!), którą Dziubas pozostawił w szafce mówiąc, iż te czekoladki NIGDY nie zostaną otwarte, będą sobie tu leżały i mi przypominały o tym, co zrobiłam.

Także element tego typu wzajemnego wychowywania się w małżeństwie mamy za sobą.

A teraz Bobo śpi a ja jem resztkę dyniowej zupy. I jest jeszcze dobra!