Winter is coming! – Tym razem na serio!

I oto nastał nam grudzień – ten cudowny, magiczny miesiąc, przynoszący ze sobą wszystko, co najlepsze – Mikołaja, Boże Narodzenie i Sylwestra.

A także pierwsze poważne opady śniegu, które zamieniły naszą wieś w magiczną krainę lodu.

Matko, moim zachwytom nie było końca!

W ogóle nie czułam się zmęczona tym, że Bobo co chwila ciągnął mnie do zabawy chodząc po schodach na górę a potem schodząc w dół! Jednym okiem bawiłam się z nim wręcz fantastycznie, a drugim łypałam za okno, podziwiając delikatne płatki tworzące puchową pierzynkę na wszystkim.

Na ogrodzeniu naprzeciwko. Na krzewach, trawnikach, łąkach, pokrywach szamba, drzewach Crazy Zośki.

Myślę, że w taki dzień nawet panowie budowniczy stawiający dom na działce poniżej mogliby się zamienić w takie dwie Elsy tworzące misterny zamek z lodu! (Oczywiście gdyby nie wąsy, kilkudniowy zarost, papierosy w kącikach ust i sikanie w rozkroku na środku ścieżki…)

Swoją drogą w duchu dziękowałam za ich niestrudzone zajęcie, odległość od naszego domu, ich wiek i krótkowzroczność, kiedy uprawiałam niechcący ekshibicjonizm na środku salonu.

Chcąc jedynie pozbyć się swetra, który miałam na sobie, stanęłam (oczywiście przodem do okna) i zaczęłam go ściągać, kiedy to postanowił skompresować się z t-shirtem pod spodem, zaklinować mi na łbie i przyprawić o atak paniki i klaustrofobię.

Boszsz…pięknie musiałam tam wyglądać – tańczący na środku jeździec bez głowy świecący stanikiem i kręcący się w kółko wymachując rękami. Pomijam już samą minę Boba, kiedy zdążyłam się z tego więzienia wyswobodzić…

Tak czy siak, nie mogąc się nacieszyć śnieżkiem w ciągu dnia (z powodu Bobowego kataru) uznałam (oczywiście nie z własnej woli, umówmy się…) że nadszedł czas żeby odśnieżyć podjazd.

Zabrałam się za energiczne machanie łopatą w środku wichury, która nie wiadomo skąd nagle postanowiła się zerwać. Nie zważając na przeciwności losu ( i palące piaski pustyni – jak Książę z Bajki) odrzucałam zaspy na prawo i lewo i wyżywając się jak na siłowni.

No i co z tego mam?

Ano proszszsz…

Dzisiaj to ja wstałam z katarem. Ale, ale! Żeby tylko z katarem! Popołudniu doszło do tego gardło i bóle mięśni spowodowane oczywiście nie grypą, ale zakwasami po wczorajszym ćwiczeniu na świeżym powietrzu.

Najgorsze jest to, że mam zakwasy w SZYI.

No naprawdę, nie przypominam sobie przerzucania nią śniegu, ale najwyraźniej tam się wszystko skumulowało. Mam tylko nadzieję, że tych szyjnych mięśni nie wyćwiczyłam za bardzo, bo znów będzie mi się wydawać, że mam kark jak Pudzian i moja mała makówka zniknie na jego czubku.

I tak siedzę sobie w łóżku (Bob już śpi a Dziubas rozwija cywilizację w jakiejś grze), z bolącą szyją, z gardłem posiadającym wewnątrz plantację kaktusów i tarzających się między nimi jeży, z dziwnie zimnymi stopami i gorącym uchem (Też tego nie rozumiem, może to mój biegun ciepła…?) i zastanawiam się co dalej.

Bo jutro przecież trzeba odebrać okulary a ja czuję się jak po walce w klatce.

Bo idzie niedziela, a z nią nasze wyjście MPK (Msza, Pączek, Kawa).

Bo również w niedzielę jest spotkanie na śledziu.

Bo zbliża się Mikołaj i trzeba kupić jeszcze prezent dla D.

Bo w sumie to ja nie mam czasu ani ochoty na żadne chorowanie, w związku z czym zgłaszam sprzeciw, odmawiam i obrażam się!

Chyba idę zjeść trochę lodów…i tak już mi wszystko jedno.

10 Komentarze

  1. Udzielił mi się twój optymizm, Dziubasowa :D Też tak mam. Widząc ten biały puch spadający z nieba, zwyczajnie jestem pełna zachwytu. Nawet to, że jest mi zimno , przestaje być w tej chwili ważne. Zabawy na śniegu.. pozostały mi po tym wspomnienia: lepienie bałwana, rzucanie śnieżkami, zjazdy na sankach czy dupolocie :D przepraszam, jeśli sieje zgorszenie, ale taaaak, zjeżdżałam z górki na pazurki na dupolocie jak pan Griswold z fajnego amerykańskiego, świątecznego filmu :). Wyobraziłam sobie podczas czytania twój ekshibicjonizm , te rozpaczliwe próby uwolnienia się z odzieży i banan pełną gębą zagościł u mnie. Masz bogaty słownik, nie ma co :D Wydawnictwo PWN powinno cię zaprosić do językowej współpracy :D

  2. Moje dzieci są teraz na etapie Krainy Lodu, choć takiej dla dzieci, a u Ciebie dowiedziałam się jak wygląda wersja dla dorosłych :D
    Dziś dziadek nie odpiął starszej córce guziczka i ściągał jej górę od piżamki, a ona biegała po pokoju i krzyczała, że jej chce urwać głowę, więc już sobie wyobraziłam Ciebie w tym swetrze i sexy staniczku pod spodem :D
    A o zimie to już Ci pisałam u siebie,że cieszę się, że choć u Ciebie zagościła, bo jakoś tak wszyscy mają jesień.
    My mamy zasadę, że nie odśnieżamy póki da się jeździć, ale w sumie to widzę, że niezłe ćwiczenie na mięśnie! Przyjemne z pożytecznym. Kiedyś był taki głupi żart, że lepiej poczekać na prognozę, w której powiedzą „Zawieje i zamiecie” ;)

  3. Niestety zupełnie nie podzielam Twojego zachwytu śniegiem: kiedy zaczyna padać, zaczynam tak kląć, że sama siebie zaskakuję znajomością tylu przekleństw, a kiedy się orientuję, że to nic nie pomaga, zaczynam płakać- dosłownie. Po prostu płaczę z wściekłości, bezsilności, nienawiści i zimna :( :(

    • Wiesz, ja ten śnieżek lubię z wnętrza swojego domu, tylko w grudniu i pod warunkiem, że nie muszę stać na przystanku :P Do tego dorzucę odśnieżanie!

      • Uważam, że śnieg jest przereklamowany, tak samo jak ludzkie reakcje na niego. Popatrzeć z daleka może i miło, ale jaki odsetek tych wielbicieli śniegu faktycznie ma ochotę się w nim tarzać to już druga sprawa hahaha :D :D :D

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.