Chrzest bojowy

Kochani – żyję!

Ogarniam WordPressa.

W sumie wydaje mi się, że co nieco ogarnęłam, ale mam nadzieję zaprosić Was już niebawem na moje nowe miejsce zamieszkania :)

Póki co jestem z Wami u Was i dziś nadrabiam zaległe notki :)

PS. Nadal na nic nie mam czasu, nie wiem co zrobić na Święta, nie mam pomysłu, nie mam nastroju, nie mam listy zakupowej!

____________________

No i stało się! Zapraszam tu: https://dziubasowo.wordpress.com/

Cebulowy syrop w pudełeczku noszę, cebulowy syrop – bardzo lubię go!

Moja choroba ewoluuje.

W sobotę wieczór postawiła mnie na nogi saszetka Fervexu – i to postawiła tak, że w ciągu 15 minut wstałam, wzięłam długi prysznic, rozbudziłam się kompletnie, poczułam siły witalne i byłam gotowa napisać sprawozdanie naukowe albo wziąć udział w jakiejś debacie.

Jakiejkolwiek!

Byłam w takiej formie umysłowej, że mogłabym wypowiadać się zarówno w panelu eksperckim dotyczącym zachowań waleni w okresie godowym na Antarktydzie jak i oceniać sytuację gospodarczą w południowej części Azerbejdżanu.

Dzisiaj za to, po ustąpieniu nawału kataru i słabości ogólnej, do kompletu dołączył kaszel. Normalnie przez cały dzień cherlałam jak rasowy menel z konkretną historią spożywania Wina Marki Wino i palenia Kapitanów bez filtra.

Pod wieczór, kiedy znów wykaszlywałam chyba główny motyw z któregoś Bonda, nagle mnie olśniło. Nie wiem, może drgawki spowodowały jakieś poruszenie w mózgu.

Zrobię sobie syrop z cebuli!

Pokroiłam taką wielkości mojej głowy, zasypałam toną cukru i tak czekałam, niecierpliwie zaglądając pod spodek przykrywający kubek z cudowną miksturą.

Dziubas od razu zaznaczył, że ma być tego niedużo, bo to potem śmierdzi.

Boszsz…no jak to niedużo?! Jak to śmierdzi?! Ja kocham syrop z cebuli, UWIELBIAM! Nie wiem, może to jakiś sentyment z dzieciństwa ale mogłabym to pić przez cały dzień zamiast herbaty!

W końcu późnym wieczorem doczekałam się swojej nagrody, łyknęłam łyżeczkę syropu i przestałam kaszleć OD RAZU.

No i niech mi ktoś powie, że stare sposoby na leczenie nie są najlepsze?

Dziubas za to wybrał się na śledzia z Naszymi Ludźmi a ja siedzę nad laptopem, w którym zepsuła się bateria, więc zostałam na kablu, który kopie i rozłącza się przy byle ruchu. Możnaby rzec, że zostałam unieruchomiona kablem, chociaż zabrzmiałoby to zbyt bestialsko.

Bo to wszystko przez te kryminały!

Ostatnio znów połykam książki jedna po drugiej i końca tego żeru nie widać!

Oczywiście ku wielkiemu zdziwieniu Dziubasa, który czyta dużo, ale odkąd ma Kindla, książki papierowe mogą dla niego nie istnieć.

A ja właśnie te papierowe kocham, ubóstwiam i chciałabym się w nich tarzać! Nie ma nic wspanialszego niż nowa pachnąca gruba książka, którą można głaskać i wąchać!

Dlatego Dziubas został uprzejmie poproszony o wizytę w księgarni, żebym mogła jakoś przeżyć nadchodzące dni, bo akurat przeczytałam wszystko z mojej ostatniej dostawy. Jak pech, to pech.

Trudno. Najwyżej zbankrutujemy i zamieszkamy w domku z książek.

Będzie też opał kiedy nadejdą mrozy, chociaż byłabym skłonna sama zasuwać do lasu w zaspach żeby ścinać piłą jakąś dorodną topolę, byle te książki oszczędzić.

Zresztą z drzewami to ja mam ostatnio na pieńku (?) odkąd pojechaliśmy na chwilowy spacer, który odbył się kilkadziesiąt kilometrów od domu w rejonach podgórskich.

Wcale się na nas dziwnie nie patrzyli robotnicy z dołu, kiedy wychodziliśmy pionowo na stok narciarski.

Ja za to postanowiłam nazbierać sobie szyszek i pachnących gałązek do domu. Zbierałam oczywiście tylko te padnięte, bo szkoda mi było zrywać.

Na własnej skórze miałam okazję się przekonać, skąd nazwa drzewa IGLASTE, kiedy igiełki z tych gałązek powbijały mi się w łapę, więc musiałam sztywno nieść przed sobą ten wiecheć, nie wykonując przypadkowych ruchów.

Po dojściu na dół, do auta, rękę miałam już całkowicie sparaliżowaną zimnem, pokaleczoną igłami i całkowicie powykrzywianą.

Sielskie naręcze beztrosko rzuciłam na tylne siedzenie, ku uciesze Dziubasa, który potem musiał usuwać z niego powbijane igły.

A pozostając w temacie przyrody, dzisiaj pod sam dom znów podeszły sarny i wierzgały kopytami w śniegu. W sumie jedna stała kilka metrów ode mnie (no ok, dzieliła nas szyba, ale to już nieważne) i żuła jakieś ogromne zielsko (przypominające mi jedynie gigantyczny wodorost, ale chyba nasza działka nie jest aż tak podmokła, żeby na niej rosły…) wpatrując mi się w oczy w totalnym skupieniu.

No i co ja mam niby z nimi zrobić? Skoro chodzą sobie tak koło naszego domu, to może powinnam je czymś poczęstować?

Ale co one jedzą?

Mam im wysypać jakieś ziarno?

Kaszę?

Wywiesić słoninę?

Wystawić naprędce zbity z desek paśnik?

Dziubas mówi, że trzeba im nakopać świeżych robaków, ale ja mu tam nie dowierzam. W końcu co on może wiedzieć o jadłospisie leśnych zwierząt? Sam pod namiotem najchętniej żywił się chińskimi zupkami, więc chyba żaden z niego ekspert…

A może tak zawrzeć z nimi umowę o dzieło, zatrudnić na okres wiosenno-letni do skubania trawy, żebym nie musiała jej kosić?

Boszsz…

No i czemu w reklamie perfum tak eleganckich jak Chanel występuje Kristen Stewart z tą wiecznie rozdziawioną japą i wystającymi zębami?!

Tyle pytań i zero odpowiedzi!

Chyba pójdę łyknąć sobie jeszcze cebuli…

Wieczorny rzut komplementem

Sytuacja sprzed kilku dni:

Oglądamy z Dziubasem Milionerów jedząc wieczorne płatki na mleku.

Kamera wędruje z uczestnika na jego znajomych, którzy kibicują mu z widowni.

- Ale ta laska jest brzydka! – Rzuca nagle Dziubas, co wprawia mnie w osłupienie, bo rzadko zdarzają mu się takie niewrażliwe komentarze na temat drugiego człowieka. – No patrz! Masakra! Ma jakąś taką KRZYWĄ twarz! O! Specjalnie kamera ją filmuje OD DOŁU żeby tego nie było widać!

- Nie każdy może być tak piękny jak twoja żona – rzucam sprytnie, w myślach przybijając sama sobie piątkę. Oto jest – komplement dla mnie! Podaje Ci go mężczyzno, puchu marny, na tacy, bo wiem, że tak sam z siebie to nie umiesz. Masz, korzystaj! Bierz!

- Dokładnie! – Potwierdza Dziubas bez mrugnięcia okiem.

Ja, zadowolona ze swojego szatańskiego planu, zabieram się za dalsze chrupanie płatków.

Dziubas spogląda na nią, na mnie i tak jeszcze kilka razy. Wyłapuję jego spojrzenie i odsyłam mu moje – pytające.

- Ale wiesz… – Mówi zamyślony Dziubas, wciąż mi się przyglądając. – W sumie każdy z nas ma niesymetryczną twarz.

Boszszszszsz………..

Winter is coming! – Tym razem na serio!

I oto nastał nam grudzień – ten cudowny, magiczny miesiąc, przynoszący ze sobą wszystko, co najlepsze – Mikołaja, Boże Narodzenie i Sylwestra.

A także pierwsze poważne opady śniegu, które zamieniły naszą wieś w magiczną krainę lodu.

Matko, moim zachwytom nie było końca!

W ogóle nie czułam się zmęczona tym, że Bobo co chwila ciągnął mnie do zabawy chodząc po schodach na górę a potem schodząc w dół! Jednym okiem bawiłam się z nim wręcz fantastycznie, a drugim łypałam za okno, podziwiając delikatne płatki tworzące puchową pierzynkę na wszystkim.

Na ogrodzeniu naprzeciwko. Na krzewach, trawnikach, łąkach, pokrywach szamba, drzewach Crazy Zośki.

Myślę, że w taki dzień nawet panowie budowniczy stawiający dom na działce poniżej mogliby się zamienić w takie dwie Elsy tworzące misterny zamek z lodu! (Oczywiście gdyby nie wąsy, kilkudniowy zarost, papierosy w kącikach ust i sikanie w rozkroku na środku ścieżki…)

Swoją drogą w duchu dziękowałam za ich niestrudzone zajęcie, odległość od naszego domu, ich wiek i krótkowzroczność, kiedy uprawiałam niechcący ekshibicjonizm na środku salonu.

Chcąc jedynie pozbyć się swetra, który miałam na sobie, stanęłam (oczywiście przodem do okna) i zaczęłam go ściągać, kiedy to postanowił skompresować się z t-shirtem pod spodem, zaklinować mi na łbie i przyprawić o atak paniki i klaustrofobię.

Boszsz…pięknie musiałam tam wyglądać – tańczący na środku jeździec bez głowy świecący stanikiem i kręcący się w kółko wymachując rękami. Pomijam już samą minę Boba, kiedy zdążyłam się z tego więzienia wyswobodzić…

Tak czy siak, nie mogąc się nacieszyć śnieżkiem w ciągu dnia (z powodu Bobowego kataru) uznałam (oczywiście nie z własnej woli, umówmy się…) że nadszedł czas żeby odśnieżyć podjazd.

Zabrałam się za energiczne machanie łopatą w środku wichury, która nie wiadomo skąd nagle postanowiła się zerwać. Nie zważając na przeciwności losu ( i palące piaski pustyni – jak Książę z Bajki) odrzucałam zaspy na prawo i lewo i wyżywając się jak na siłowni.

No i co z tego mam?

Ano proszszsz…

Dzisiaj to ja wstałam z katarem. Ale, ale! Żeby tylko z katarem! Popołudniu doszło do tego gardło i bóle mięśni spowodowane oczywiście nie grypą, ale zakwasami po wczorajszym ćwiczeniu na świeżym powietrzu.

Najgorsze jest to, że mam zakwasy w SZYI.

No naprawdę, nie przypominam sobie przerzucania nią śniegu, ale najwyraźniej tam się wszystko skumulowało. Mam tylko nadzieję, że tych szyjnych mięśni nie wyćwiczyłam za bardzo, bo znów będzie mi się wydawać, że mam kark jak Pudzian i moja mała makówka zniknie na jego czubku.

I tak siedzę sobie w łóżku (Bob już śpi a Dziubas rozwija cywilizację w jakiejś grze), z bolącą szyją, z gardłem posiadającym wewnątrz plantację kaktusów i tarzających się między nimi jeży, z dziwnie zimnymi stopami i gorącym uchem (Też tego nie rozumiem, może to mój biegun ciepła…?) i zastanawiam się co dalej.

Bo jutro przecież trzeba odebrać okulary a ja czuję się jak po walce w klatce.

Bo idzie niedziela, a z nią nasze wyjście MPK (Msza, Pączek, Kawa).

Bo również w niedzielę jest spotkanie na śledziu.

Bo zbliża się Mikołaj i trzeba kupić jeszcze prezent dla D.

Bo w sumie to ja nie mam czasu ani ochoty na żadne chorowanie, w związku z czym zgłaszam sprzeciw, odmawiam i obrażam się!

Chyba idę zjeść trochę lodów…i tak już mi wszystko jedno.