Turystyczna piosenka – na dobre i na złe!

„I mocz powietrze tnie jak kryształowy miecz

Nie zrobię kroku w tył, nie spojrzę nigdy wste-e-eeecz!”

Mam tę moooc!

Jesteśmy spakowani!

No, prawie. Poza tymi rzeczami, które jeszcze nie są a być powinny. No ale siedzę tu i piszę, a jak wiadomo nic nie robi się samo.

Dziubas tym razem nawet pomógł przy pakowaniu – zainstalował bagażnik na Dziubasowozie, dolał do niego oleju, ściągnął audiobooka na drogę (to naprawdę nic, że w domu nie mamy żadnej czystej płyty CD…) a potem położył się pod stolikiem koło kanapy i akceptował rzeczy, które mu pakowałam. Jak znam życie zacznie dopakowywać swoje rzeczy około 23.00 kiedy ja będę chciała spać. W międzyczasie Bob wchodził na ten stolik a potem na torby z wyprasowanymi rzeczami. Trudno.

Okazuje się, że z każdym wyjazdem wzrasta ilość rzeczy mi potrzebna, a raczej NIEZBĘDNA, bo torbę mam już wypchaną tak, że pęka w szwach, a obok leży stosik, który jeszcze nie wiem gdzie wpakuję. Próbowałam wepchać coś do Bobasowej torby, ale on już ma full.

Obstawiam, że za kilka lat będziemy musieli wziąć na raty jakiegoś tira, bo będę chciała zabrać z nami cały dom. A pomyśleć, że kiedyś wyruszałam na 10 dni ze średniej wielkości plecakiem, boszszsz…w młodości człowiek jest nienormalny.

Żeby nie było, tym razem też nie jedziemy do żadej głuszy, a wręcz jedziemy z zadupia do cywilizacji. Może to taki paradoks, że tam, gdzie jest na miejscu wszystko, trzeba też wszystko zabrać ze sobą. Bo myśli, że się starzeję i mam początki alzheimera, staram się do siebie nie dopuszczać.

Podsumowując, muszę jeszcze gdzieś upchnąć: dwie kosmetyczki (z tego na plus-minus 15 rzeczy, Dziubas ma JEDNĄ…), basenowy stuff Dziubasa, moje dokumenty i portfel (doprawdy, drobiazg…) i Bobowego Świeżaka (zielony groszek, który na mój gust wygląda jak niedojrzały banan), kolorową piłkę i skrzynkę z plastikowymi narzędziami (ulubiona zabawka odziedziczona po kuzynie).

Plan jest taki, żeby wyjść z domu o szóstej rano (czyli w nocy…) żeby zdążyć przed korkami. Lista rzeczy, które trzeba zrobić przed wyjściem ma kilkanaście punktów, więc jako godzinę realną obstawiam 9.30.

Jest 21:30 a ja w sumie jestem wypruta, zmęczona, bolą mnie nogi, obżarłam się (jak zwykle na wieczór…) i narzekam jak stara baba. Na dodatek żegnając się dziś przed tygodniowymi wczasami z moją mame wpadłam w takiego doła, jakbym conajmniej miała wyprowadzić się już na zawsze na druga półkulę…to chyba przez tą ponurą pogodę, akurat zanosiło się na deszcz.

Tak więc to już chyba to, moi drodzy. NARESZCIE. Odezwę się znad morza, jak tylko uda mi się złamać hasła do Dziubasowego laptopa (w losowaniu któego bierzemy zwyciężył ten jego, bo jest w wersji mini).

Do usłyszenia! :)

P.S. Boszsz…naprawdę rzuca mi się na mózg, chyba zbyt długo nigdzie nie wyjeżdżałam i stąd ta egzaltacja…

10 Komentarze

  1. Czyli norma..☺ja też staram się zabierać na urlop to, co niezbędne a jak przychodzi wrócić do domu – zawsze mam wrażenie, że bagaży mam coraz to więcej ☺Udanego urlopu!

  2. Oj, widzę, że nie ja jedna śpiewam pieśń chorego, niosącego siuśki do laboratorium:
    „Mam ten mocz, mam ten mocz…”
    Mam nadzieję, że dobrze się bawicie.

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.