Ja codziennie rano…

Boszsz…odprałam się. Trochę. To oczywiście nie tak, że kosz na brudy stoi pusty, bo taki stan rzeczy nie istnieje, ale widać w nim dno, więc wszystko zmierza ku lepszemu.

Korzystałam też z urlopu Dziubasa, który niestety dziś dobiegł końca. Ze smutku wstawiłam dwa prania. Na więcej nie mam miejsca na suszarkach.

Dwa tygodnie Dziubasowego wolnego zleciało jak jeden dzień, ale udało mi się nawet mieć w tym wszystkim pół dnia dla siebie. Co prawda akurat na zewnątrz była ściana deszczu, więc przyszło mi się włóczyć po galerii handlowej ale byłam tak szczęśliwa z powodu tego włóczenia, że początkowo wydawałam nawet dźwięki podobne do mruczenia.

Kupiłam dwie pary spodni w H&M za 60 zł (obie takie same – dokupię jeszcze 10 i będę mieć szafę jak ten gość w horrorze „Mucha”…) i bordową bluzkę w drobne białe kropeczki, która tak mi się skojarzyła z sielanką, pierniczkami i Bożym Narodzeniem, że musiałam ją mieć. Dziubas stwierdził, że wyglądam jakbym się wybierała na wiejskie haftowanie serwetek albo herbatkę w świetlicy. Tak więc ciuch ułatwiający wtopienie się w otoczenie – zaliczony!

Dzień później, siedząc w poczekalni u mojego lekarza (endo), zwanego przeze mnie pieszczotliwie Hannibalem Lecterem, słuchałam jak pielęgniarki w socjalnym za ścianą omawiają ze szczegółami wszystkie wypadki w swoich rodzinach, nie oszczędzając detali typu odcięte palce czy drut wbity w nogę po samo kolano. Boszsz…nie cierpię tego miejsca! Zawsze zastanawiam się, czy nikt jeszcze nie zwrócił im uwagi, żeby zamknęły drzwi albo chociaż rozmawiały ciszej. Kilka dni później moja mama opowiedziała mi historyjkę o kobiecie z naszej klatki, która właśnie zmarła, ubarwiając swą opowiastkę detalami choroby i sytuacją rodzinną.

Ma się rozumieć, że dół rozmiarów Wielkiego Kanionu osiągnęłam w sekundzie i do końca dnia denerwowało mnie już wszystko.

Ja nie wiem co w tym jest, że ludzie tak kochają opowiadać sobie o śmierci, chorobach, zabójstwach i innych takich przyjemnostkach. Od zawsze uważam to za obrzydliwe, wstrętne i patologiczne, a już na pewno sama nie chcę ani inicjować ani brać udziału w takich dyskusjach.

Z dalszych nowinek udało nam się odzyskać dowód rejestracyjny Dziubasowozu – po dwóch tygodniach zamiast jednego, no ale kto by się tym przejmował. No doprawdy, zawsze mi się wydawało, że przesłanie dokumentu z jednego urzędu do drugiego zajmuje kilka dni, ale nasz dowód najwyraźniej podróżował przez Botswanę, robił zdjęcia i zbierał kolorowe magnesy…Dzień przed jego odebraniem Dziubas za to dostał smsa od Wróżbity Macieja (Kto rozdaje nasze numery w takie miejsca?!), w którym poinformował go, że ma dla niego dowód na wygranie pieniędzy. Stwierdziłam z niechęcią, że wystarczyłaby informacja „mam dowód” (rejestracyjny ma się rozumieć) i w obecnej sytuacji ucieszyłby nas ten fakt.

Podczas kolejnej ulewy, wracając ze śpiącym Bobem na siedzeniu obok, przechodziłam stan przedzawałowy, bo wydawało mi się, że zepsułam Szprota. Dudnienie, które narastało za każdym razem, kiedy wrzucałam piątkę, podsuwało mi wizje zalanego silnika, zepsutego łożyska, auta stojącego na poboczu na awaryjnych i zatrzymującego się w celu pomocy seryjnego mordercy. Okazało się oczywiście, że to dudnienie to WYCIERACZKI. Kiedyś się wykończę psychicznie, słowo daję…

Wczoraj natomiast dzień spędziliśmy w mieścinie niedaleko naszej na plenerowej imprezie historycznej, o której Dziubas trąbił już od początku zeszłego tygodnia. A raczej od wtorku, kiedy wpadł do pokoju z rozwianym włosem i obłędem w oczach krzycząc, że MUSIMY w niedzielę jechać na wielką RE PRO DUK CJĘ. Luz. Moja mina chyba należała do tych z gatunku bezcennych.

A teraz Bobas śpi, ja siedzę w moim pokoju i wyglądam przez okno. Jeszcze zielono. Już chłodno. Mam ochotę na kubek gorącej czekolady i na poczytanie tych 4 książek, które czekają na swoją kolejkę.

A tak naprawdę spać. Spać mi się chce.

PS. Kiedy wpiszę w google „Ja codziennie rano”, podpowiada mi „BIEGAM PO NIEMIECKU.” Wiecie coś na ten temat?! 

Podróże małe i duże

Wróciliśmy nareszcie do domu, po tygodniowej tułaczce nad naszym zacnym morzem. Pogoda była naprawdę w porządku, chociaż wszyscy dookoła straszyli nas ulewami – tak więc oświadczam wszem i wobec: nic się nikomu nie ulało. Chociaż przy okazji muszę wyznać szczerze, że opalenizny też żadnej nie przywieźliśmy. Tylko kilogramy prania i piachu.

Wszystkich zainteresowanych zapraszam poniżej na wielki skrót wydarzeń! Zabierzcie ze sobą mocną kawę!

Dzień 1 – Po dotarciu na miejsce wyobrażamy sobie już tylko i wyłącznie odpoczynek, relaks i drinki z palemką. BŁĄD! I to taki podstawowy! Aż wstyd, że my – zawodowi i zaprawieni w bojach rodzice potrafimy tak stracić czujność i puścić wodze fantazji, kiedy byle hotel zamachał nam obiadem przed nosem. W Boba już pierwszego dnia wstępuje jakiś huragan Irma i postanawia nagle włączyć tryb Turbo ADHD. Po spacerku nad morze postanawiam ściągnąć swoje i jego buty i delikatnie zamoczyć stopy. Bobo – jak to Bobo – wskakuje w fale z całym impetem a potem SIADA w wodzie. Zawody kończą się przebieraniem w suche rzeczy na środku plaży z tłumem gapiów dookoła.

Dzień 2 – Bob wstaje godzinę wcześniej niż normalnie i ma w dziobie dwa smoczki naraz. Już wiadomo, że spania nie ma i zapowiada się ciekawy dzień. Czekam aż Dziubas naprawi dachowy bagażnik, w którym nagle zepsuł się zamek. Postanawiam zabrać Boba na plac zabaw. Po posadzeniu go na zjeżdżalni doczepionej do jakiegoś domku, małpiego gaju czy jak to zwać, Bob ucieka mi DO GÓRY, włazi do domku, pędzi na czworakach w stronę najwyższej zjeżdżalni i zjeżdża głową w dół. Ja chyba mam wszelkie oznaki zawału, Bob się cieszy, bo zjechał dziobem w piach.Chcę wyciągnąć Dziubasa na Hel, bo podsłuchałam, że o 11 ma być karmienie fok, na co on pyta mnie, czy jestem głodna. Nie jestem. Ostatecznie zwiedzamy tę mieścinę, zwaną od tej pory przeze mnie Jastrzębią Dziurą, w której nie ma normalnych chodników i jemy wędzone ryby, po których potem nam niedobrze. Popołudniu, kiedy zalegam na chwilę w łóżku, przeciągając się z zadowoleniem, Dziubas podsumowuje, że niepotrzebnie tyle jechaliśmy na wakacje, skoro wystarczy mi do szczęścia rozłożone łóżko. Nie chcę głośno potwierdzać, bo jeszcze by się zniechęcił.

Dzień 3 – Zwijamy z Helu Lindę (bo akurat jest na wakacjach w tym samym czasie co my) i wypływamy w rejs skrzypiącą łajbą. Po rejsie udajemy się na obiad, na którym, wedle mojego wyjazdowego postanowienia, zamawiam rybę, upierając się przy turbocie. Nareszcie dostaję go na talerzu, usmażonego na złoto, chrupiącego i ZE WSZYSTKIMI WNĘTRZNOŚCIAMI na swoim miejscu. Udaje mi się nie zwymiotować, rybę zjada Dziubas, a ja myślę o najdroższych chipsach świata, które zostały w aucie. Kupionych przez Lindę za 8.15 w pobliskim sklepie. OSIEM PIĘTNAŚCIE. Boszsz…będąc na studiach można sobie ułożyć za to życie na nowo…

Dzień 4 – Dziubas w końcu udaje się na swój upragniony windsurfing i wraca bez dowodu rejestracyjnego. Okazuje się, że przegląd techniczny jest nieważny od dobrych paru miesięcy. A że biedny Dziubaśnik miał pecha i wyprzedził nieoznakowany radiowóz, mogliśmy się o tym dowiedzieć, za co był niezmiernie wdzięczny i podbudowany. Moich przygód z rybami ciąg dalszy – dłubałam w pstrągu pół godziny wyciągając milion ości, jakbybm conajmniej rozszczepiała atom. Oczywiście, kiedy okazało się, że jakąś przeoczyłam i chciałam elegancko wyciągnąć sobie to z twarzy i zawinąć w serwetkę, naprzeciwko mnie stanęła kelnerka. W ramach wieczornego relaksu jedziemy na wycieczkę rowerową i korzystając z Bobowej drzemki, wyciągamy mu na środku ulicy z nosa aliena. Na koniec dnia patrzę z podziwem na Dziubasa, który wypłukuje z miski resztkę gorącego kubka piwem i popija to wszystko mlekiem. W nocy to MNIE budzi ból brzucha. Świat jest niesprawiedliwy.

Dzień 5 – Budzę się z kaktusem w gardle, bo zawiało mnie na rowerowej wycieczce i mam głos jak nałogowa palaczka z trzydziestoletnim stażem. Z racji tego, że przestało wiać, więc Dziubas nie ma jak surfować, jedziemy na Kaszuby. Podróż zajmuje nam – bagatela – półtorej godziny w jedną stronę. Na miejscu lepimy z gliny miskę i wazonik, płacimy za to fortunę i wracamy do hotelu kolejne półtorej godziny. Odechciewa nam się lokalnych wycieczek. Chwilowo. Bo w drodze powrotnej zwiedzamy jeszcze Puck, który ma cudny malutki ryneczek. Wracamy padnięci.

Dzień 6 – Dziubas surfuje, więc pędzę z Bobem do sklepu oddalonego o jakieś 467798875943 kilometrów od hotelu. Obiecuję sobie już więcej tu nie przyjeżdżać. Po obiedzie idziemy na plażę ale wracamy po chwili, bo zaczyna padać deszcz. Pod wieczór Bob osiąga apogeum swej nadpobudliwości, więc ładujemy go do auta i jedziemy do Władysławowa, które bardzo mi się podoba. Zastanawiam się, czemu tam się nie zatrzymaliśmy i jestem pod wrażeniem wszystkiego, spacerując po deptaku na plaży. Dziubas jest rozczarowany, bo w sklepie nie mają piwa Władek, którego chciał spróbować. Wracamy do pokoju, my padamy, Bob niekoniecznie.

Dzień 7 – Wstajemy przywitani przez orkan Sebastian, więc pakujemy torby. Stop. JA pakuję naszą trójkę jakąś godzinę ptrzed śniadaniem i zmęczona padam na łóżko. Wychodzi słońce, więc Dziubas sugeruje, żebbyśmy jednak zostali jeszcze jeden dzień. Szczenę mam na ziemi a oczami ciskam gromy, ale zgadzam się na taką opcję i wyruszamy w drogę. Za jednym zamachem zwiedzamy Oliwę (akurat trafiamy na pokaz muzyki organowej w przepięknej katedrze a potem spacerujemy po ślicznym parku), Sopot (czyli molo – droga po dechach tam i z powrotem w tłumie turystów) i Gdynię (w której nie ma się gdzie wysikać, ale pomimo to oglądamy wnętrze ORP Błyskawicy). W drodze powrotnej gubię telefon gdzieś pod siedzeniem i nie mogę go wydostać. Zatrzymujemy się w Mc Drive, gdzie przez okienko pan pracownik widzi jak podjeżdża mój kuper (bo klęczę na siedzeniu i próbuję się schylić) a potem widzi jak wkładam sobie głowę między wyprostowane sztywno do przodu nogi. Zamawiam filet rybny, który okazuje się być OCZYWIŚCIE na tyle problematyczny, że każą nam zaparkować kawałek dalej, bo ktoś tam nam to jedzenie WYNIESIE. Dziubas obstawia, że mają taki zakład – przegrany, który nie obstawił zamówienia rybnego w danym dniu, wynosi klientom jedzenie na zewnątrz. W końcu jedzenie dostajemy, a ryba nie ma smaku.

A teraz już tylko pranie, pranie i jeszcze raz pranie. Bo znad morza przywieźliśmy sobie na pamiątkę góry. Brudów.

Turystyczna piosenka – na dobre i na złe!

„I mocz powietrze tnie jak kryształowy miecz

Nie zrobię kroku w tył, nie spojrzę nigdy wste-e-eeecz!”

Mam tę moooc!

Jesteśmy spakowani!

No, prawie. Poza tymi rzeczami, które jeszcze nie są a być powinny. No ale siedzę tu i piszę, a jak wiadomo nic nie robi się samo.

Dziubas tym razem nawet pomógł przy pakowaniu – zainstalował bagażnik na Dziubasowozie, dolał do niego oleju, ściągnął audiobooka na drogę (to naprawdę nic, że w domu nie mamy żadnej czystej płyty CD…) a potem położył się pod stolikiem koło kanapy i akceptował rzeczy, które mu pakowałam. Jak znam życie zacznie dopakowywać swoje rzeczy około 23.00 kiedy ja będę chciała spać. W międzyczasie Bob wchodził na ten stolik a potem na torby z wyprasowanymi rzeczami. Trudno.

Okazuje się, że z każdym wyjazdem wzrasta ilość rzeczy mi potrzebna, a raczej NIEZBĘDNA, bo torbę mam już wypchaną tak, że pęka w szwach, a obok leży stosik, który jeszcze nie wiem gdzie wpakuję. Próbowałam wepchać coś do Bobasowej torby, ale on już ma full.

Obstawiam, że za kilka lat będziemy musieli wziąć na raty jakiegoś tira, bo będę chciała zabrać z nami cały dom. A pomyśleć, że kiedyś wyruszałam na 10 dni ze średniej wielkości plecakiem, boszszsz…w młodości człowiek jest nienormalny.

Żeby nie było, tym razem też nie jedziemy do żadej głuszy, a wręcz jedziemy z zadupia do cywilizacji. Może to taki paradoks, że tam, gdzie jest na miejscu wszystko, trzeba też wszystko zabrać ze sobą. Bo myśli, że się starzeję i mam początki alzheimera, staram się do siebie nie dopuszczać.

Podsumowując, muszę jeszcze gdzieś upchnąć: dwie kosmetyczki (z tego na plus-minus 15 rzeczy, Dziubas ma JEDNĄ…), basenowy stuff Dziubasa, moje dokumenty i portfel (doprawdy, drobiazg…) i Bobowego Świeżaka (zielony groszek, który na mój gust wygląda jak niedojrzały banan), kolorową piłkę i skrzynkę z plastikowymi narzędziami (ulubiona zabawka odziedziczona po kuzynie).

Plan jest taki, żeby wyjść z domu o szóstej rano (czyli w nocy…) żeby zdążyć przed korkami. Lista rzeczy, które trzeba zrobić przed wyjściem ma kilkanaście punktów, więc jako godzinę realną obstawiam 9.30.

Jest 21:30 a ja w sumie jestem wypruta, zmęczona, bolą mnie nogi, obżarłam się (jak zwykle na wieczór…) i narzekam jak stara baba. Na dodatek żegnając się dziś przed tygodniowymi wczasami z moją mame wpadłam w takiego doła, jakbym conajmniej miała wyprowadzić się już na zawsze na druga półkulę…to chyba przez tą ponurą pogodę, akurat zanosiło się na deszcz.

Tak więc to już chyba to, moi drodzy. NARESZCIE. Odezwę się znad morza, jak tylko uda mi się złamać hasła do Dziubasowego laptopa (w losowaniu któego bierzemy zwyciężył ten jego, bo jest w wersji mini).

Do usłyszenia! :)

P.S. Boszsz…naprawdę rzuca mi się na mózg, chyba zbyt długo nigdzie nie wyjeżdżałam i stąd ta egzaltacja…

Friday I`m in love

Czy ja już kiedyś wspominałam, że u nas nigdy nic nie może być normalnie?

Nie??

No to proszszsz.

Dzisiaj, wtorek, godzina około 14-tej. Siedzę pomiędzy trzema torbami, dopakowując starannie wyliczone na wyjazd gatki, skarpetki i inne koszulki. Bobo lata za piłką, moje Mame za Bobem.

Dzwoni telefon – Dziubas. I tu pada pytanie, które przeciąga mnie przez granicę świadomości, a mianowicie, czy mogłabym zadzwonić do hotelu i przełożyć nasz wyjazd na piątek, bo manager chce go zatrzymać jeszcze w pracy.

Piątek, piątek, PIĄTEK, P  I  Ą  T  E  K!!!

Ten piątek, ZA TRZY DNI.

Matko jedyna, gangu świeżaków i Magdo Gessler razem wzięci!

Chyba śnię, bo świat wokół zaczyna wirować.

Zaczynam w głowie wyliczankę: myju-myju, chlastu-chlastu, nie mam rączek jedenastu. Nie mam też już wypranej większej ilości bielizny, więcej jedzenia w lodówce, ani więcej ziemniaków na jutrzejszy i czwartkowy obiad.

W głowie nagle zaczyna mi lecieć melodia „Workin` 9 to 5…” i przed oczami tańczy bóbr z wyjątkowo – nawet jak na bobra! – wystającymi zębami.

Zadzwoniłam, przełożyłam, przeklęłam wszystko, na czym świat stoi, na czele z zacnym managerem. Przy okazji obiecałam sobie na przyszłość, że kiedyś kupię najbrzydszego psa na świecie, zezowatego, szczerbatego albo w ogóle z trzema ryjami i nazwę go imieniem tegoż uprzejmego jegomościa.

Wieczór, który miałam poświęcić na dopakowanie toreb, spędziłam na czyszczeniu odpływu brodzika, który postanowił się zatkać, i miałam ochotę zatłuc się butelką Domestosa. W skrócie czułam się jakbym wyszarpała stamtąd za kudły dziewczynkę z Ringu.

Jutro jest środa. Środa, nie piątek. Do wyjazdu zostały dwa długie, nudne dni, podczas których powinniśmy już się obżerać i paść jodem.

Help! Ma ktoś prozac?!

W sumie o sumie

W sumie pojutrze wyjeżdżamy, a ja kupiłam odrobinę za mało jedzenia na drogę. Bo przecież na pewno w lodówce mamy jeszcze tyyyle, więc trzeba zjeść, bo się zepsuje. W lodówce nie ma nic oprócz niezjedzonego słoika Boba i przeterminowanego jogurtu. Punkt dla lodówki, minus dla mnie. Wniosek: jeść mniej masła, skleroza będzie mniejsza.

W sumie został już tylko jutrzejszy dzień na konkretne spakowanie się, zarzucenie na dach bagażnika, skoszenie tego kawałka trawy po prawej stronie, posprzątanie, wyprasowanie i zrobienie kanapek. Jutro ma tyle godzin, co każdy przeciętny dzień, a ja nie wyhodowałam jeszcze w kuprze trzeciej ręki (czwartej i piątej tym bardziej), nie wyrosło mi na czole trzecie oko ani nie posiadam nadal żadnego czasowstrzymywacza. Wniosek: trzeba rzucić wszystko i jechać w Bieszczady.

W sumie na następne dwa tygodnie zapowiadają w całej Polsce deszcz, deszcz i jeszcze raz deszcz. Będzie zimno, mokro i wietrznie, będzie sennie-jesiennie. Nie złoto-jesiennie jakby ktoś miał jeszcze jakieś wątpliwości. Wniosek: Na pewno się nie odwodnię i nie przesuszy mi się skóra.

W sumie drugi dzień chodzę z rękami jak zaawansowany grzebacz śmietnikowy, bo po pierwsze jadłam słonecznika a po drugie poodpryskiwał mi lakier. Klasa, klasa i jeszcze raz klasa. Czasu na ogarnięcie paznokci mój harmonogram na jutro jak na złość nie przewiduję, więc zetnę je sobie sekatorem i będę ryczeć, że mam krótkie i nie mogę zapuścić. Wniosek: wygrzebać rękawiczki. Nie ze śmietnika.

W sumie, to za każdym razem, kiedy kilka godzin nie ma nas w domu, znajdujemy w nim po powrocie pająka. Pffff, PAJĄKA. Pajęczura, bydlaka, genetycznie zmodyfikowanego do rozmiarów żubra. Tak więc na jeden dzień nieobecności przypada statystycznie jeden pająk. Sądzę, że po tygodniu pająki otworzą nam drzwi i powiedzą, że bardzo im przykro, ale zgodnie z paragrafem i ustawą o poszanowaniu mniejszości zajęły ten lokal, więc macie 24 godziny na spakowanie swoich rzeczy albo wezwiemy policję. Wniosek: Po powrocie zaopatrzyć się w miotacz ognia. I na wszelki wypadek zastanowić się, co mogłabym pakować w te 24 godziny z rzeczy mi niezbędnych.

W sumie łeb mi pęka, bo chyba się odwodniłam kosząc nasze hektary, chociaż tak się rozpędziłam z tą kosiarką, że aż wracać nie chciałam. Albo moja głowa próbuje w ten sposób zasygnalizować absurd całej tej sytuacji pukając się w czoło od środka.

W sumie Dziubas znów ogląda kazanie jakiegoś polityka na temat życia codziennego.

W sumie jest mi zimno, śpiąco i przejadłam się standardowo na wieczór.

W sumie…panie sumie, chyba pan niewiele umie.

Wyjazd za 3, 2, 1…

Do usłyszenia po powrocie :)