Masz zielone?! Grasz w zielone?!

Od jakiegoś czasu próbowałam przekonać Dziubasa, żebyśmy wnieśli do domu jakąś roślinę. Zazwyczaj z marnym skutkiem. Dziubas, jak to mężczyzna – praktyczny do bólu – zawsze odpowiadał, że nie, że po co nam to, że on to nie lubi kwiatków, a tak w ogóle nie mamy ich gdzie trzymać a on SPECJALNIE zaprojektował tak wąskie parapety w domu, żebym nie mogła.

Postanowiłam zatem działać spontanicznie.

Pierwsza pojawiła się jakaś tam nieduża palma w złotej doniczce. Wsadziłam ją do wózka podczas którejś wizyty w Castoramie i pojechała z nami do domu.

Dziubas, o dziwo, nie protestował. Być może dlatego, że spędziliśmy tam pół dnia i nie chciał podjudzać.

Kilka dni temu, pod wpływem chwili, zapakowałam Boba w Dziubasowóz i po prostu pojechaliśmy nakupować nam badyli.

Po dotarciu na miejsce zrobiłam to, co zawsze robię na dziale ogrodniczym. Najpierw wpadłam w dziką euforię, potem prawie wygłaskałam wszystko, a na koniec zgrzytałam zębami, bo nie wiedziałam sama czego chcę, a przecież nie mogę wziąć sobie wszystkiego.

Z racji tego, że u mnie w rodzinnym domu była ogromna paproć, stanęło na dwóch małych paprotkach (myślałam o nich od momentu przeprowadzki!), muchołówce (bo te zębiska są genialne!) i – jako, że nigdy nie przepadałam za kaktusopodobnymi – kilka sukulentów.

Do tego kolorowe doniczki, łopatka do przesadzania i nawozy.

Do roboty zabrałam się natychmiast po powrocie do domu! Bobo dostał jeść i gratisową bajkę a ja babrałam się w tej ziemi po łokcie, przesadzając kwiatki z jednej doniczki do drugiej.

Oczywiście wielki wór ziemi, który jeszcze niedawno leżał w garażu, został przez Dziubasa wysypany na trawę z tyłu domu, więc wybierałam go stamtąd łopatką. Z pośpiechu do posiadania krzaczorów w domu uklepywałam ją rękami. 

Po umieszczeniu wszystkich nowych lokatorów na swoich nowych miejscach, zachwycałam się nimi jakbym przeżywała dzień dziecka, urodziny i Gwiazdkę w jednym. No po prostu szał! W domu od razu zrobiło się jakoś cieplej (w sam raz na upały…) i przyjemniej. No i mam dodatkowo do kogo mówić, jakby mi ktoś nie wierzył, że mówię do Boba a nie do samej siebie.

Po powrocie z pracy Dziubas zgodził się ze stanem faktycznym domu i nie powiedział nic, a nawet podziwiał.

Triumfowałam do następnego wieczora, kiedy podczas oglądania czegoś jednym okiem Dziubas zapytał:

- Dziubaśniku, a czy te doniczki mają otwory?

- Noooo…mają na pewno jeden wielki.

- Ale wiesz, że doniczki muszą mieć otwory NA DOLE, żeby ta woda im się wylewała, bo inaczej korzenie im gniją?

Mać!

W sekundzie dotarło do mnie, czemu to co kupowałam nazywało się OSŁONKA CERAMICZNA a nie DONICZKA.

Dzisiaj rano, kiedy w gumowych rękawiczkach wygrzebywałam jak yeti z kosza na śmieci sklepowe doniczki z otworkami żeby przesadzić kwiatki z powrotem, pomyślałam, że chyba już nigdy nie będę normalna jak inni…

19 Komentarze

  1. Dobrze, że twój Dziubas widział o tych doniczkach, bo szkoda by było tak pięknych kwiatków. Nie mniej szkoda Twojej pracy. Ja się kompletnie nie znam na kwiatkach i u mnie z pewnością szybko by zwiędły, bo bym o nich zapomniała – zwłaszcza o podlewaniu. Domy, w których są kwiaty świetnie wyglądają, więc może kiedyś jak pójdziemy z mężem na swoje to mi się uda nimi zaopiekować. Pozdrawiam :)

    • Też był taki moment w moim życiu, że ususzyłabym kaktusa, ale skoro już zapuściłam korzenie, to chciałam mieć coś innego z korzeniami koło mnie :)

      • Ja do tej pory potrafię ususzyć kaktusa i utopić lilię wodną. Dwa miesiące temu otrzymałam w prezencie przepięknego storczyka i codziennie nie mogę się nadziwić, że nadal stoi ;)
        Podziwiam Twój zapał i jego efekty!

  2. Hahaha ale zobacz, ile się nauczyłaś! Zapamiętasz do końca życia :P

    My z mężem odstawiliśmy podobną chałę, tylko że z pralką. Dopiero przywieziona ze sklepu przez kuriera okazała się skakać, jakby ktoś egzorcyzmy na niej odprawiał. Próbowaliśmy ją wypoziomować, podkładaliśmy dywanik pod spód- nic. Pralka nadal odstawiała rodeo. W końcu się wściekłam, włączyłam pełne pranie i wyszliśmy z domu.
    Po powrocie pralka stała na środku kuchni, podłoga była wyryta, a z tyłu pralki wystawały wielkie metalowe śruby… Już miałam dzwonić do producenta (Byka się nie drażni), kiedy szukając fachowej nazwy tych śrub okazało się, że były to śruby zabezpieczające bęben pralki przy przewózce. I należało je najpierw wykręcić ;)

  3. Ja pasjami morduję kwiatki doniczkowe, bo nigdy nie pamiętam o ich podlewaniu. Od kiedy mamy ogródek, kwiatki (które zawsze z jakiegoś powodu dostaję z różnych okazji) otrzymały niepowtarzalną szansę – wystawiam je na wiosnę do ogrodu i tam są podlewane automatycznie za pomocą chmurki. Potem, jeżeli przetrwają zimę w domu, wiosną w nagrodę znowu są wystawiane.
    Chociaż… w tym roku zamordowałam już dwa storczyki, bo wystawiłam je za wcześnie, przyszły przymrozki i niestety, pacjenci nie przeżyli.
    Podziwiam Twój zapał do zielska.

  4. Ja jestem architektem krajobrazu więc uwielbiam rośliny, ale bez wzajemności, zwłaszcza te doniczkowe :P Zazwyczaj więdną, bo nie pamiętam żeby je podlewać mimo tego, że mam je przed nosek, bo mam na poddaszu mega, duży parapet :P Miłość nieodwzajemniona jest najbardziej okrutna :P

  5. Ty nie jesteś normalna? No, to jest nas dwie… Gdy ja nacięłam się na osłonkę ceramiczną (kolejny raz, bo przecież w ogóle nie uczę się na błędach), nie wróciłam do sklepowych doniczek, o nie! Supermądra pańcia stwierdziła, że doniczki brzydkie i be, a osłonki ładne i cacy. Supermądra pańcia wydumała, że tam gdzie nie ma dziury – dziurę trzeba zrobić. Uzbrojona w dłuto, młotek i wiertarkę zamknęła się w kuchni. Pozwolisz, że na tym zakończę opowieść…
    PS. Zazdroszczę, że możesz Boba zająć bajką. Tamaluga, choćby uzbrojona w czekoladę, bajkę, piciu i mój telefon – zawsze przylezie, gdy robi się „brudne rzeczy” albo w ogóle jakiekolwiek rzeczy, których nie robi się na co dzień… Do grzebania w ziemi doniczkowej – pierwsza. Gdy się coś rozsypie, rozleje, gdy sprzątam, układam, myję – pierwsza. Podejrzewam, że z ogromną radochą asystowałaby przy wyciąganiu gówna z przerębla, gdyby nasza chora rodzina zajmowała się tym w ramach rozrywki…

    • To nie tak, że nie było wycia przy nodze kilkakrotnie :D Jak tylko dzieje się coś nowego to przecież największa atrakcja!
      A ta wiertarka brzmi morderczo :D

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.