Czarny chleb i czarna kawa

O, wszechświecie! O, złudna iluzjo piękna i dobroci! O, francowate koncerny kosmetyczne!

Kilka dni temu kupiłam sobie farbę do włosów.

Nie, żeby pierwszy raz.

Pomyślałam, że czas najwyższy przykryć te blond pasemka, które zrobiły się już nieco zielone i bezpłciowe, więc wybrałam się z Bobem do sklepu i na wybieraniu farby spędziłam jakieś 15 minut. Potem jeszcze raz się wróciłam, odłożyłam ją na miejsce, a potem wzięłam z powrotem.

PIĘTNAŚCIE MINUT.

Bobas zdążył w tym czasie dobrze zjeść i się napić w swoim powozie.

Poszukiwanym był ciepły jasny brąz. Taki, żeby jedynie zakrył pseudo-blond i przypominał moje naturalne włosy.

Wybrałam jakiegoś Loreala, żeby nie zniszczyć mojej czupryny byle czym. Nazwa koloru brzmiała po prostu brąz, ale z tych wszystkich zdjęć zamieszczonych na opakowaniu wydawało się, że jest to dokładnie to, czego szukam.

Ha! I wtedy okazało się, że oto właśnie oceniłam książkę po okładce!

Farba trochę za bardzo jak na mój gust szczypała mnie w czerep, ale nie zwróciłam uwagi, bo to przecież drobiazg, a żeby być piękną trzeba cierpieć, bla bla bla.

Spłukuję włosy, wycieram ręcznikiem i staję przed lustrem.

I chyba mam w domu kogoś obcego albo cierpię na jakiś spontaniczny rodzaj amnezji, bo nie poznaję tej osoby na którą patrzę.

Przybliżam się i przyglądam uważniej.

Moje włosy są C Z A R N E.

Czarne! Kurwa czarne!

Czarne jak święta ziemia, czarne jak czarnoziem, czarne jak najczarniejsza czarna dziura!

Brunatnie czarne! I to nie elegancko posh black, tylko w stylu wiejskie-disco-matowym Bruneta-Skocz-Mi-Na-Fleta.

A ja nawet nie mam golfa trójki.

Chyba mi słabo, bo uginają się pode mną nogi i muszę złapać umywalkę, żeby nie przywalić o nią swoim nowym czarnym łbem.

Wychodzę z łazienki, żeby zaczerpnąć powietrza i widzę wzrok Boba, który obserwuje mnie jakby nie wiedział, czy to mama czy Chochoł z Wesela. Jego wystraszona mina sugeruje, że nie wie, czy ze strachu biec do tej swojej czarnej mamy, czy rozryczeć się na samym środku i niech się dzieje co chce.

Na ten moment dociera do mnie, że nie będzie umiał nakłamać w życiu kobiecie, że ładnie wygląda. Jak Dziubas. Geny to geny, nic nie poradzisz. ZERO poker face`a.

Od tamtego wieczoru minęło już kilka dni i staram się uparcie zszorować ten kolor. Trochę stracił ten swój dyskotekowy lampucerski mat i chyba jakiś ciemny brąz powyłaniał się z czarnej czeluści.

Boszsz…nie wiem co robić.

A jak pojawią mi się jasne ODROSTY od tego czarnego?!

Może od razu osiwieję i będę mieć problem z głowy.

Albo zainwestuję w kapelusze. Po trzydziestce pewnie już bardziej wypada zakrywać tą głowę niż odkrywać.

Potrzebuję drinka! Mocnego! Natychmiast!

22 Komentarze

  1. Proces kupowania farby przebiega u mnie identycznie.
    Już po przeczytaniu, że poszukujesz ciepłego jasnego brązu – wiedziałam jaki będzie finał. :D
    Ileż to razy i mnie spotkało… Niestety (i stety w twoim przypadku) dzisiejsze farby dość szybko się zmywają. Producenci trzęsą dupami, wszechobecne bio i eko, zero amoniaku, zero utrwalaczy, śladowe ilości… farby w farbie. Dotyczy to już niemal wszystkich produktów. Muszę się sporo naszukać żeby znaleźć zmywacz do paznokci z acetonem, czyli taki, który naprawdę zmywa.

  2. Uu współczuję. Ja też nie raz nadziałam się na kolory farb. Raz nawet z brązowego się spłukało na rudy. Akurat wszystkim się ten kolor najbardziej podobał. Oby się zmyło jak najszybciej. Pozdrawiam.

  3. Moja mama używa loreala. Ze względu na świetną trwałość, co Cię pewnie niespecjalnie pocieszy ;)
    Ale Bruneta-Skocz-Mi-Na-Fleta wygrywa ten dzień :D

  4. Tylem pomiarkował, że odmiana nie była pożądana i że zanosi się na trwałe jej trwanie… Zatem przedkładam ogolić całości, zakupiwszy peruki w pożądanym kolorze (peruki jak rozumiem widać od razu jaki mają kolor?) i nosić dopóki naprawdę nie nastąpi odrośnięcie naturalnych (może kiedyś zrozumiem dlaczego niewiasty poszukują farby do włosów w kolorze zbliżonym do tego, co im dała natura, zamiast pozostawić rzecz właśnie naturze)… Ewentualnie rozważyć wariant ekstrawagancki, czyli ogolić, ale pozostawić jaki osełedec…:)
    Kłaniam nisko z głębi mej naturalnej siwizny:)

  5. Bałabym się, że peruka spadnie mi z czerepu!
    Osełedec mi się podoba! Rozważę to jako miłośniczka Kozaków ;)
    A naturalne-naturalne i farbowane-naturalne to dwie różne rzeczy! :)

  6. Miałam podobnie, ale z żółtym blondem a’la kurczak. Podjęłam trudną i bolesą walkę tj. zapuszczałam włosy i ścinałam żółte końcówki i tak w kółko. Po kilku latach udało się wrócić do naturalnego koloru. :)

  7. Myślę, że z najmodniejszych odcieni disco polo ta dyskotekowa czerń i tak jest lepsza niż tuningowany blond, bo wtedy bez golfa dwójki to ani rusz. ;-)

    Mnie się kiedyś zdarzyło zrobić trójkolorowy balejaż (u fryzjera, za grube hajsy). I nawet byłam z niego zadowolona. Potem pofarbowałam na brąz i jedna z bliższych koleżanek na mój widok westchnęła z ulgą, mówiąc „no! wreszcie przestałaś wyglądać jak ta pstrokata kura mojej babci!” ;)

    • Też kiedyś robiłam balejaż!
      Pamiętam jak dawno dawno temu mój ówczesny chłopak zapytał „I co, idziesz sobie dziś robić tego…BRZESZCZOTA??” :D

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.