Dziurawca-łym

No i masz.

Wpadłam w kolejny nałóg.

Tym razem nie są to nowe słodycze, kolekcja w obuwniczym ani inne wąchanie nowo wydanej książki.

Uzależniłam się od DZIURAWCA.

Już wyjaśniam!

Dostałam w prezencie od Szalikowej żel pod prysznic o nazwie Dziurawiec – bez chemii, parabenów, pegów i innych tego typu rzeczy.

Szalikową podziwiam (między innymi) za to, że faktycznie jest w 100% zaznajomiona ze zdrowymi produktami, robi swój płyn do czyszczenia domu i wie, co to jest ten cały jarmuż i że trzeba go kupić w całych liściach a nie w kawałkach.

Chociaż jesteśmy w tym samym wieku, czuję się jakbym miała starszą siostrę, która inspiruje mnie niejednokrotnie swoim głosem rozsądku i miłością do rzeczy niebanalnych i nietuzinkowych.

Poza tymi chwilami oczywiście, kiedy obie kwiczymy i dławimy się ze śmiechu, bo oto przypomniał nam się wierszyk z liceum o Rolandzie.

Ale, wracając do żelu!

Wchodzę Ci ja pod prysznic pod koniec tego-owego dnia i naciskam pompkę.

I w tym momencie moje endorfiny zaliczają poziom Mount Everest, chce mi się śpiewać różne piosenki (nawet hity lata z radiem), zachwycać się światem, odnaleźć siebie, jeść, modlić się, kochać, biec po łące z rozwianym włosem i zbierać z niej DZIURAWIEC.

Z kabiny wyszłam niechętnie i z niedosytem, bo najchętniej polewałabym się tym żelem jeszcze z godzinę, no ale niby ileż można. W końcu Dziubas też tu mieszka i korzysta z tej naszej łazienki.

Od tamtej chwili czuję deficyt dziurawca w organizmie.

Kiedy wstaję, myślę o tym, że dziś znowu będę się kąpać w dziurawcu.

Kiedy zasypiam cieszę się, że kąpałam się w dziurawcu.

Kiedy obleję się w ciągu dnia dzikim potem, jestem szczęśliwa, bo mogę nadprogramowo wykąpać się w dziurawcu.

Dziurawiec rano, wieczór i popołudniu. Po kolacji, przed śniadaniem, w czasie lunchu.

Dziurawiec, dziurawiec, dziurawiec.

Już wiem, że muszę kupić kontener tego stuffu i żadne tam marokańskie argany, dojrzałe mango ani inne słodkie truskawki z mlekiem w nazwach żeli już mnie nie nabiorą.

Jeśli dodają do nich w zamian za chemię jakieś środki odurzające, to jestem jakby za legalizacją.

Idę spać. Bo wtedy szybciej będzie jutro i nadejdzie kąpiel w dziurawcu.

Boszsz…normalnie stało mi się coś w głowę.

Masz zielone?! Grasz w zielone?!

Od jakiegoś czasu próbowałam przekonać Dziubasa, żebyśmy wnieśli do domu jakąś roślinę. Zazwyczaj z marnym skutkiem. Dziubas, jak to mężczyzna – praktyczny do bólu – zawsze odpowiadał, że nie, że po co nam to, że on to nie lubi kwiatków, a tak w ogóle nie mamy ich gdzie trzymać a on SPECJALNIE zaprojektował tak wąskie parapety w domu, żebym nie mogła.

Postanowiłam zatem działać spontanicznie.

Pierwsza pojawiła się jakaś tam nieduża palma w złotej doniczce. Wsadziłam ją do wózka podczas którejś wizyty w Castoramie i pojechała z nami do domu.

Dziubas, o dziwo, nie protestował. Być może dlatego, że spędziliśmy tam pół dnia i nie chciał podjudzać.

Kilka dni temu, pod wpływem chwili, zapakowałam Boba w Dziubasowóz i po prostu pojechaliśmy nakupować nam badyli.

Po dotarciu na miejsce zrobiłam to, co zawsze robię na dziale ogrodniczym. Najpierw wpadłam w dziką euforię, potem prawie wygłaskałam wszystko, a na koniec zgrzytałam zębami, bo nie wiedziałam sama czego chcę, a przecież nie mogę wziąć sobie wszystkiego.

Z racji tego, że u mnie w rodzinnym domu była ogromna paproć, stanęło na dwóch małych paprotkach (myślałam o nich od momentu przeprowadzki!), muchołówce (bo te zębiska są genialne!) i – jako, że nigdy nie przepadałam za kaktusopodobnymi – kilka sukulentów.

Do tego kolorowe doniczki, łopatka do przesadzania i nawozy.

Do roboty zabrałam się natychmiast po powrocie do domu! Bobo dostał jeść i gratisową bajkę a ja babrałam się w tej ziemi po łokcie, przesadzając kwiatki z jednej doniczki do drugiej.

Oczywiście wielki wór ziemi, który jeszcze niedawno leżał w garażu, został przez Dziubasa wysypany na trawę z tyłu domu, więc wybierałam go stamtąd łopatką. Z pośpiechu do posiadania krzaczorów w domu uklepywałam ją rękami. 

Po umieszczeniu wszystkich nowych lokatorów na swoich nowych miejscach, zachwycałam się nimi jakbym przeżywała dzień dziecka, urodziny i Gwiazdkę w jednym. No po prostu szał! W domu od razu zrobiło się jakoś cieplej (w sam raz na upały…) i przyjemniej. No i mam dodatkowo do kogo mówić, jakby mi ktoś nie wierzył, że mówię do Boba a nie do samej siebie.

Po powrocie z pracy Dziubas zgodził się ze stanem faktycznym domu i nie powiedział nic, a nawet podziwiał.

Triumfowałam do następnego wieczora, kiedy podczas oglądania czegoś jednym okiem Dziubas zapytał:

- Dziubaśniku, a czy te doniczki mają otwory?

- Noooo…mają na pewno jeden wielki.

- Ale wiesz, że doniczki muszą mieć otwory NA DOLE, żeby ta woda im się wylewała, bo inaczej korzenie im gniją?

Mać!

W sekundzie dotarło do mnie, czemu to co kupowałam nazywało się OSŁONKA CERAMICZNA a nie DONICZKA.

Dzisiaj rano, kiedy w gumowych rękawiczkach wygrzebywałam jak yeti z kosza na śmieci sklepowe doniczki z otworkami żeby przesadzić kwiatki z powrotem, pomyślałam, że chyba już nigdy nie będę normalna jak inni…

Czarny chleb i czarna kawa

O, wszechświecie! O, złudna iluzjo piękna i dobroci! O, francowate koncerny kosmetyczne!

Kilka dni temu kupiłam sobie farbę do włosów.

Nie, żeby pierwszy raz.

Pomyślałam, że czas najwyższy przykryć te blond pasemka, które zrobiły się już nieco zielone i bezpłciowe, więc wybrałam się z Bobem do sklepu i na wybieraniu farby spędziłam jakieś 15 minut. Potem jeszcze raz się wróciłam, odłożyłam ją na miejsce, a potem wzięłam z powrotem.

PIĘTNAŚCIE MINUT.

Bobas zdążył w tym czasie dobrze zjeść i się napić w swoim powozie.

Poszukiwanym był ciepły jasny brąz. Taki, żeby jedynie zakrył pseudo-blond i przypominał moje naturalne włosy.

Wybrałam jakiegoś Loreala, żeby nie zniszczyć mojej czupryny byle czym. Nazwa koloru brzmiała po prostu brąz, ale z tych wszystkich zdjęć zamieszczonych na opakowaniu wydawało się, że jest to dokładnie to, czego szukam.

Ha! I wtedy okazało się, że oto właśnie oceniłam książkę po okładce!

Farba trochę za bardzo jak na mój gust szczypała mnie w czerep, ale nie zwróciłam uwagi, bo to przecież drobiazg, a żeby być piękną trzeba cierpieć, bla bla bla.

Spłukuję włosy, wycieram ręcznikiem i staję przed lustrem.

I chyba mam w domu kogoś obcego albo cierpię na jakiś spontaniczny rodzaj amnezji, bo nie poznaję tej osoby na którą patrzę.

Przybliżam się i przyglądam uważniej.

Moje włosy są C Z A R N E.

Czarne! Kurwa czarne!

Czarne jak święta ziemia, czarne jak czarnoziem, czarne jak najczarniejsza czarna dziura!

Brunatnie czarne! I to nie elegancko posh black, tylko w stylu wiejskie-disco-matowym Bruneta-Skocz-Mi-Na-Fleta.

A ja nawet nie mam golfa trójki.

Chyba mi słabo, bo uginają się pode mną nogi i muszę złapać umywalkę, żeby nie przywalić o nią swoim nowym czarnym łbem.

Wychodzę z łazienki, żeby zaczerpnąć powietrza i widzę wzrok Boba, który obserwuje mnie jakby nie wiedział, czy to mama czy Chochoł z Wesela. Jego wystraszona mina sugeruje, że nie wie, czy ze strachu biec do tej swojej czarnej mamy, czy rozryczeć się na samym środku i niech się dzieje co chce.

Na ten moment dociera do mnie, że nie będzie umiał nakłamać w życiu kobiecie, że ładnie wygląda. Jak Dziubas. Geny to geny, nic nie poradzisz. ZERO poker face`a.

Od tamtego wieczoru minęło już kilka dni i staram się uparcie zszorować ten kolor. Trochę stracił ten swój dyskotekowy lampucerski mat i chyba jakiś ciemny brąz powyłaniał się z czarnej czeluści.

Boszsz…nie wiem co robić.

A jak pojawią mi się jasne ODROSTY od tego czarnego?!

Może od razu osiwieję i będę mieć problem z głowy.

Albo zainwestuję w kapelusze. Po trzydziestce pewnie już bardziej wypada zakrywać tą głowę niż odkrywać.

Potrzebuję drinka! Mocnego! Natychmiast!

Dobranoc, świerszcze na noc

Matko i córko, u nas w domu nic nie może być nigdy normalnie. NIC.

Odkąd nadeszła ta fala upałów, sprzeczaliśmy się z Dziubasem o otwieranie okien. Ja, jeszcze większy mieszczuch niż on, nie wyobrażałam sobie spać z oknami do ziemi otwartymi na oścież. Dziubas twierdził, że tak trzeba, bo gorąco, bo nie może spać, bo się dusi, bo, bo, bo…

Oczywiście uległam. Pomyślałam, że pewnie on ma rację a ja niepotrzebnie panikuję, bo mieszkamy na takim odludziu, że i tak nic nie jest w stanie nam przez to okno w nocy wleźć.

Dziubas oczywiście zapewniał, że nie mam się czego bać, bo on tu jest i w razie czego na pewno się obudzi.

Na chwilę mnie to uspokoiło. Później dotarło do mnie, że zasypia ze słuchawkami w uszach.

No ale oj tam. Nie można przecież w życiu bać się wszystkiego, co nie? Tym bardziej, że noc gorąca, na zewnątrz piękny księżyc, grają świerszcze, powiewa delikatny chłodny wiaterek.

Zasnęłam, a wraz ze mną moja czujność.

W nocy, dokładniej o 00:40, obudziło mnie postękiwanie Boba. Po chwili nasłuchiwania, kiedy stwierdziłam, że śpi dalej i pewnie się przewracał z boku na bok, usłyszałam kolejny dźwięk.

Cykanie świerszcza.

Nie byłoby w tym nic dziwnego, bo na zewnątrz grały jak szalone.

No właśnie, na zewnątrz. Niestety to cykanie dochodziło z KUCHNI.

Kiedy sobie to uświadomiłam, zerwałam się na równe nogi, całe ciało pokryło mi się pancerzem z gęsiej skórki (standardowa procedura) i w głowie zaczął rodzić się szaleńczy plan, jak pozbyć się z domu tego intruza.

Tak, bo to JEST intruz. Nieważne, czy to świerszcz, konik polny, karaluch czy szerszeń. Robak to robak, koniec, kropka.

Po ataku paniki nastąpił kolejny etap – wkurw (a że nocny, to podwójny) i planowanie zemsty.

Pomyślałam sobie, że co to to nie – nie pozwolę, żeby coś bezczelnie właziło mi do domu, zrywało mnie w nocy z łóżka i groziło skakaniem po twarzy mnie, Dziubasowi albo Bobowi. Przy okazji, nie wiadomo skąd, przypomniała mi się informacja, że świerszcze gryzą.

Stanęłam więc na baczność, przyjęłam pozycję bojową i zrobiłam to, co każda kobieta zrobiłaby na moim miejscu: zaświeciłam światło i zaczęłam piszczeć „Dziubas, proszę, WEŹ-GO, WEŹ-GO, WEŹ-GO!”

Ma się rozumieć, że Dziubas nie był zachwycony. Przez pierwsze 5 minut chyba nawet nie wiedział do końca o co mi chodzi ani tym bardziej gdzie się znajduje. On, nie ja. Ja wiedziałam. Znajdowałam się w jednym budynku z ogromnym tłustym świerszczem z wielkimi nogami.

Po serii argumentów typu „Ale Dziubaśniku, ja rano wstaję! A świerszcze są takie piękne! To takie pożyteczne stworzenia!” złapał go w ścierkę i wytrzepał na zewnątrz.

Przynajmniej tak się nam zdawało.

Później nastąpiła scena o całkowite zamknięcie owych drzwi, podczas której miałam wizję, jak po kolei włażą przez nie kolejne świerszcze, kuny, koty sąsiadów z planem obsiurania nam całego domu, aż po tchórze, sarny i inne żubry. Kaliber zwiększał się wraz z rosnącą paniką.

Jakimś cudem zasnęliśmy.

Do godziny trzeciej, kiedy obudziło mnie świerszczenie NAD GŁOWĄ, zza łóżka.

Wyskoczyłam w górę jak poparzona, zaświeciłam światło i znów zaczęłam piszczeć.

Dziubas, tym razem niezłomny w swoim postanowieniu spania, zaproponował, że przerzucimy poduszki na drugą stronę, żeby siedział w nogach.

Widząc, że nie ugram tym zbyt wiele, musiałam na to przystać – w końcu nie mam za bardzo gdzie spać, ale wizja łażącego po mnie świerszcza spędzała mi skutecznie sen z powiek.

Wierciłam się z boku na bok starając się o nim nie myśleć. Przy okazji informując Dziubasa, że on tu przyszedł SPECJALNIE, bo wiedział, że chcę się go pozbyć, że przeskoczył tu po mnie. Że szuka zemsty, skoczy mi na twarz i wydrapie mi oczy.

Rano wstaliśmy nieprzytomni.

Świerszcza wciągnęłam w odkurzacz wczoraj wieczór, kiedy pełzał pod komodą w salonie.

Mama-Wu powiedziała, żebym się nie bała świerszczy, bo to SAMA NATURA.

Z natury wolę osobiście zieloną trawkę, czystą źródlaną wodę i górskie szczyty.

Dziubas powiedział, że cykanie świerszczy jest romantyczne.

Odpowiedziałam, że dla mnie robak plus romantyzm równa się nic innego jak Pan Tadeusz, a zatem tak czy tak nic dobrego (nie znoszę Pana Tadeusza!).

Z góry uprzedzam, że mam miliard kontrargumentów w zapasie i NIC nie jest w stanie mnie przekonać, że to zdrowo na psychikę mieć za łóżkiem robaka, który wydaje takie odgłosy.

Boszszsz…wykończę się tego lata, przysięgam…

Nierealnie upalnie

Boszsz, jak jeszcze raz ktoś mi powie, że jak jest lato to musi być ciepło, ma w ryj.

To samo tyczy się tekstu „Jak jest zima to musi być zimno”.

Wszystkim niezadowolonym z obecnych warunków atmosferycznych oznajmiam wszem i wobec: to niestety moja wina. MOJA. Bo dwa tygodnie temu powiedziałam mojej Mame, że „Teraz to już nie będzie TAKICH upałów, bo idzie sierpień, więc chociażby noce będą chłodniejsze”.

No i co?

Jajco.

Okazuje się zatem, że na wieszczkę się nie nadaję, więc na karierę w sektorze Nostradamusa raczej nie mam co liczyć w najbliższym czasie.

To samy tyczy się zostania pogodynką, meteorologiem i wszystkim co z tym związane.

Ale po co rozważać swoje ścieżki kariery, kiedy na zewnątrz lada chwila wszystko zacznie topnieć w upale jak w tej scenie z Terminatora dwójki, kiedy wszystko pochłania wielka fala ognia.

No i co z obowiązującymi konwenansami? Że niby po 30-tce nie wypada już nosić mini, odkrywać brzucha, za dużo nóg? I że najlepiej to już się szykować do ogolenia się na jeżyka, bo podobno po 40stce długich włosów kobiecie mieć NIE WYPADA (chociaż mnie i tak wypadają, czy trzeba czy nie…) a więc muszę powoli oswajać się z maszynką do strzyżenia brody Dziubasa. I muszę przyznać, że łysa glaca na ten upał wydaje się dziwnie pociągająca.

Tak więc oto stanę w świetle dnia, z trwałą na łbie, najlepiej w którymś odcieniu rudego, w rajstopach przeciwżylakowych i z opakowaniem środków na nietrzymanie moczu w torebce i popędzę wesoło pokłócić się z ekspedientką w jakimś mięsnym, że źle zważyła mi sopocką, dyskutując w międzyczasie z przypadkowymi ludźmi w kolejce o swoich chorobach. A potem równie szybko przylecę z siatami do domu, żeby zdążyć na kolejny odcinek Mody na Sukces.

Boszsz…Niech mnie ktoś dobije.

Nic mi się nie chce. NIC.

No, może poza taplaniem się w lodowatej wodzie. Przez większość dnia marzę o chłodnej fali, która oblewa mnie z góry na dół i tak na mnie leje aż robię się sina z zimna.

I chce mi się młodej cebulki do śniadania. Do pomidorów, bez których ostatnio nie wyobrażam sobie życia i wszystkie kanapki, które robię do jedzenia wyglądają prędzej czy później jak stelaż dla pomidora. Cebuli chce mi się aż tak, że przerzuciłam się na nią ze szczypiorku. Kaliber wyżej pozostaje już tylko por, więc niedługo będę jak Ty, Seeker, paradować z ich zapasem przez życie :)

No i jeszcze chce mi się słuchać muzyki z musicalu Rent, który od niedawna mnie całkowicie pochłonął. Pomijając jego niepoprawną politycznie treść (Pfff!), piosenki z tego filmu (Bo oglądam w kółko film z 2005) towarzyszą mi cały czas. Uwielbiam je, chcę je mieć przy sobie cały czas, robić im śniadanie do pracy i woskować im samochód.

Bredzę. Pewnie z gorąca. Albo te koniki polne, co ostatnio wskakują nam tabunami do domu mnie pożarły i teraz jakaś ich toksyna powoli zatruwa mi mózg.

Czy ktoś wie, kiedy te uderzenia gorąca nareszcie się skończą?!