Ciemniejsza strona bieli

Czy ja kiedyś wspomniałam, że mi się nudzi?

Najwyraźniej Wszechświat usłyszał i postanowił podrzucić mi trochę rozrywek.

Zaczęło się kilka tygodni temu, kiedy doszłam do wniosku, że zatęskniłam za dentystą, a zatem czas na remanent. Okazało się, że nie ma u mnie za bardzo w czym wiercić (co najwyżej w brzuchu – ale w tym to ja jestem mistrzem. Aż dziwne, że Dziubas nie posiada na dzień dzisiejszy kilkunastu pępków…), a zatem czas najwyższy zająć się estetyką. Po ściągnięciu żelaznej szczeny na sparingi (zwanej też aparatem ortodontycznym) zęby wyczyściłam, wypucowałam i stwierdziłam, że wybielę je odrobinę.

Zaczęło się niewinnie, od nakładek do stosowania w domu – jakaś tam Biała Perła czy coś w tym stylu (chociaż nazwa kojarzy mi się osobiście z kostką do kibla…). Przez kilka wieczorów zasiadałam na 15 minut z tymi nakładkami i talerzem pod brodą, bo śliniłam się jak Gronkiewicz-Waltz na widok kamienicy. Dziubas obserwował to zjawisko z niepokojem i starał się wówczas nie przebywać w moim towarzystwie.

Efektu nie było żadnego – poza uszczupleniem portfela, więc zeźliłam się i zarzuciłam fochem podwójnym: raz, bo pieniądze wyrzucone w błoto, dwa, bo zeszczuplał portfel a nie ja.

Ostatecznie wymyśliłam sobie, że zrobię to PROFESJONALNIE w gabinecie.

Na umówioną wizytę popędziłam zadowolona, przy okazji kupując sobie maksymalnie przecenioną torebkę na pobliskim bazarze – tak na zachętę.

Po dotarciu na miejsce wypełniłam kilkudziesięciostronicową ankietę dotyczącą stanu zdrowia. Przysięgam, że pytali o wszystkie możliwe choroby świata. Wyobrażam sobie, że pomysłodawca przepisywał nocami jakąś encyklopedię chorób, bo pozycje na niej były imponujące.

Kiedy w końcu usiadłam na fotelu okazało się, że nakładamy ochronę na dziąsła, więc miła pani dłubała mi przy tych zębach dobre pół godziny. Myślałam, że umrę z nudów a potem zasnę snem wiecznym. Nareszcie postawiła mi przed pyskiem coś, co wyglądało jak Jar-Jar z Gwiezdnych Wojen i włączyła światło.

O mamo, ale jakie światło! Normalnie siła tysiąca słońc i wszystkie solaria południowej Polski!

Po dwóch 15-minutowych sesjach doszłam do wniosku, że już dziękuję, ale z trzeciej nie skorzystam, bo zaczęło być dość nieprzyjemnie, a efekt był widoczny.

Pani stwierdziła, że oczywiście, mogę się wycofać kiedy chcę, ale jeszcze tylko zrobi mi ZDJĘCIE PO.

Dostałam w takim układzie zęba na patyku, który miał pozować na tle moich nowych, wybielonych.

Po tym wszystkim mam nadzieję, że ta szczegółowe informacje dotyczące mojego stanu zdrowia i foto nie pojawi się na jakiejś stronie typu „Porywamy.pl” czy inne „Burdelezachodniejeuropy.com”.

A na koniec zaczęło boleć.

Chociaż może niezbyt jasno się wyraziłam.

Ból przywalił mi w ryj z taką siłą, jakby mnie jakiś Pudzian znokautował.

WSZYSTKIE zęby nagle zaczęły boleć jakby mi w nie ktoś szpile wbijał, więc popędziłam do pobliskiego (na całe szczęście!) sklepu z artykułami stomatologicznymi i kupiłam jakiś żel na nadwrażliwość po wybielaniu.

Po wyjściu ze sklepu stwierdziłam, że muszę go nałożyć JUŻ NATYCHMIAST, bo umrę, skoczę z mostu albo amputuję sobie dolną część twarzy, więc smarowałam sobie zęby tym żelem nałożonym na palec. W międzyczasie zostałam wzięta za ćpunkę, bo żel był nie w tubce a w strzykawce, więc spojrzenia ludzi dookoła mówiły aż za wiele.

Nałożyłam, wysmarowałam, nie pomogło.

W tramwaju spociłam się jak wiecie-kto (z tego bólu), postarzałam się o kilkanaście lat i pewnie posiwiałam na czubku głowy.

Do mojej Mame dotarłam wykończona jak po walce w klatce, odebrałam Boba i zgarnęłam Dziubasa z pracy.

Dziubas stwierdził, że dziś jest idealny dzień (No właśnie, na coooo? Hęęęę? Czy ktoś może już się domyśla???) na wizytę w Castoramie, więc przez następną godzinę wybierałam kinkiety wisząc na wózku i wymyślając tysiąc sposobów jak wykurzyć z niego Boba, żeby choć na chwilę zająć jego miejsce.

Na koniec napiszę, że efekt wybielania jest godny polecenia, ale po zabiegu warto zaopatrzyć się w taczkę środków przeciwbólowych, znieczulenie ogólne albo zapaść w śpiączkę do dnia następnego.

PS. Utrzymałam moje postanowienie i nie jadłam słodkiego aż do niedzieli. Poza drożdżówkami. Oj wiem, że NAJBARDZIEJ kaloryczne, ale czy ta szczerość wobec samej siebie musi być faktycznie aż taka ważna?

PPS. Dzisiaj użarł mnie komar po raz pierwszy w tym sezonie i pod kolanem urosło mi drugie kolano. 

14 Komentarze

  1. To mi przypomniało, że mam ósemkę do wyrwania, a chirurg szczękowy jest taaaak daleko (trzy ulice dalej), że od pół roku nie mogę do niego dojść…

    • Podobno nie zawsze jest strasznie :) Ja wyrywałam dwie górne i miały korzenie jak mleczaki, nawet nie poczułam. Słyszałam, że dolne są gorsze.

  2. Haha życie pełne przygód, ja już się nauczyłam nie myśleć, że jest mi nudno czy jakoś za spokojnie, a jak niechcący to zrobię, to od razu mówię planiście mego życia „Przecież to taki żarcik sytuacyjny był, no nie mów, że się nabrałeś na tą nudę” . :P A swoją drogą boję się dentysty jak cholera :D Ale cierpię teraz niemiłosiernie, bo moja ósemka stwierdziła, że kolejny raz odrobinę podrośnie i spróbuje wybić się w szereg moich zębolów :)

    • Ojoj, współczuję…mnie na takie coś dentystka poleciła płukanie zimną szałwią i rzeczywiście przeszło.

  3. I bardzo dobrze, że o tym napisałaś. Też nosiłam się z zamiarem ewentualnym. Już się nie noszę. Zęby mnie bolą i bez tego.
    W zeszłym roku próbowałam pasków 3 różnych firm. Nie wiem na czym to polega, ale im droższa tym bardziej do dupy. Ze śmiałych haseł na opakowaniu zgadzało się tylko „samorozpuszczalne”, czego akurat nie nazwałabym zaletą. Kleiło się to gówno jak cholera, do wszystkiego poza zębami. Oszczędność czasu żadna, bo musiałam uruchomić całą procedurę „przed”, czyli wywinąć i unieruchomić warę górną, odlepić pasek od papieru w skupieniu sapera i szybko, zanim sklei mi wszystkie palce – przyłożyć do zębów. Dół, oczywiście, tak samo. Z 14 pasków, aż 3 rozeszły się po palcach a 4 kolejne rozjechały na zębach…
    Najtańsze paski, które zamówiłam w internecie kosztowały jakieś 30 parę złotych i faktycznie po 4 użyciach efekt był widoczny.

    • O rany, pamiętam paski! Ślinotok jak buldog nad michą golonki! Aczkolwiek kupiłam kiedyś paski Blend-a-Med i faktycznie efekt był spoko!

  4. O matko… To dentysta Ci nie powiedział, że będzie bolało???
    No cóż, żeby być pięknym, trzeba cierpieć jak to mówią, a może żeby cierpieć, trzeba być pięknym? :P

    • No coś tam wspomniała, że może boleć. Ale nie, że będzie bolało aż tak, żebym chciała sobie powybijać wszystkie zęby o najbliższą futrynę :P

      • Znam ten ból… Miałam infekcję dziąsła w upał, a do tego nie poszłam nawet na swoją ukochaną mega-straszną przejażdżkę na wesołym miasteczku. To NAPRAWDĘ udowadnia, jak bardzo mnie bolało :(
        :P

        • Dziąsła potrafią dać w kość…Ale ale! Rollercoaster opuściłaś? Ja bym się musiała upić żeby na wsiąść na jakąkolwiek kolejkę :)

  5. Hej :)
    Rozbawiłaś mnie tym wpisem, ale i uświadomiłaś coś o wybielaniu.
    Sama chciałam się udać do zrobić (na razie stosuje jakieś paski raz na 2 tyg. ) . Mama doradza, że paski to g… i mam iść do dentysty, ale po twoim wpisie wole już chyba moje lekko żółte, zniszczone od kawy i herbaty zęby :D

    Pozdrawiam :)

    • Paski są spoko, ale też zależy które. No cóż, dla urody podobno się cierpi…spodziewałam się, że po takim cierpieniu będę już nieziemskiej urody, niestety życie jest niesprawiedliwe :P

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.