Tradycyjny weekendowy maraton

Weekend to czas odpoczynku i relaksu, bezcenne chwile dla siebie i dla rodziny.

U nas ta definicja sprawdza się w 100%. Wszystko się zgadza, pod warunkiem, że ktoś wyobrazi sobie taką sielankę doprawioną kofeiną, tauryną i przyspieszy tą wizję jakieś kilkaset razy.

Ostatni weekend spędziliśmy zatem tradycyjnie – w marketach budowlanych. Jako, że ostatnio praktycznie tam mieszkamy. Zaczynam się obawiać, że obsługa nas już rozpoznaje kiedy wchodzimy do środka. Wyobrażam sobie, że pewnego razu po prostu wejdziemy tam wieczorem, umyjemy zęby na dziale z łazienkami i pójdziemy spać w jakimś rozwieszonym hamaku gasząc przy okazji wszystkie lampy na oświetleniu.

Po powrocie z tej nie lada atrakcji resztę dnia postanowiliśmy spędzić leniwie – na ile się da przy Bobie, oczywiście. Tak więc przebrani w swoje podomki gotujemy bób, ja wypatruję już godzin wieczornych i odliczam czas do swojego leżakowania, podczas gdy Dziubas rozmawia przez telefon ze szwagrem. Moim szwagrem, jego bratem.

W pewnym momencie słyszę jak Dziubas radośnie oznajmia, że „Może w takim razie ZARAZ SIĘ DO WAS ZBIERZEMY”, więc gały wychodzą mi z orbit.

Rozglądam się dookoła. Bób nadal bulgocze w garnku, Bobo siedzi ze mną na kanapie w samym pampersie (bo na zewnątrz cudowne i orzeźwiające +30), wszędzie porozrzucane zabawki i przypadkowe sprzęty typu rózga do mieszania, garnek, plastikowa miska i stado skarpet – tradycyjnie, na środku dywanu.

Normalnie burdel na kółkach sfinansowany ze środków Unii Europejskiej plus tabor cygański w wersji pseudo-skandynawskiej.

No i oczywiście następuje zryw, bo późno, bo już TA godzina, bo ubieramy się (chociaż dopiero się rozbieraliśmy, ale co tam) bo trzeba jechać JUŻ, bo zanim dojedziemy, bo to, bo tamto.

Tradycyjnie – z obłędem w oczach ubieram Bobowi jednego buta, pakuję bób na wynos, sprawdzam zewnętrzną temperaturę i przewiduję kurs dolara na rynku szwajcarskim, kiedy z kotłowni nonszalanckim krokiem wychodzi Dziubas ogłaszając, że po drodze zatrzymamy się jeszcze w Castoramie, bo on chce zwrócić te wężyki, które kupił wczoraj.

Oszaleję, zwariuję, zacznę gdakać jak drób albo wysmaruję się nutellą i wytarzam w mrowisku.

Zamiast tego wszystkiego doświadczam głupawki wszechczasów i z dzikim kwikiem dławię się ze śmiechu po drodze w aucie, bo mówię Dziubasowi, że pójdę sobie coś tam pooglądać, kiedy on będzie ZWRACAŁ i tak mnie to śmieszy, że chrząkam jak dorodne prosię. Naprawdę, brakowało jeszcze tylko jabłka w ryjku, bo żeby wieprzowinę nadziewać bobem, to jeszcze nie słyszałam.

Po drodze przeżywam też stadium spadku aktywności i ogólnego marazmu, a także odrobinę wewnętrznego fuj, bo Dziubas słucha audiobooka Cobena, którego czyta Krzysztof Globisz. NIGDY WIĘCEJ tego typu rozrywek –  Obiecuję sobie przysypiając.

Podjeżdżając pod market zauważamy, że Bobo śpi, więc Dziubas rzuca mi szybkie „To ja polecę sam i zaraz wracam!” i zostawia mnie w aucie na parkingu, puszczając szum z radia, żeby Bob się nie obudził.

No naprawdę. Istnieją przecież jakieś tam przepisy, że nie można zostawiać w aucie psów. A o żonach i dzieciach nikt nie słyszał?! Czy to w ogóle zgodne z prawem i ogólnie przyjętą normą?!

Czuję się zbulwersowana i jest mi gorąco, bo akurat wyszło słońce i świeci mi centralnie w prawe oko. Uchylam delikatnie drzwi z obu stron żeby zapewnić sobie namiastkę klimatyzacji. Po 5 minutach zaczyna mi się niemiłosiernie nudzić, bo bateria w telefonie mi pada a pod ręką nie mam do czytania niczego oprócz ulotki o zaletach płukania okrężnicy.

W którymś aucie obok zaczyna wyć alarm i w połączeniu z szumem tworzy taką abstrakcję, że mam ochotę obciąć sobie uszy.

Znajduję przypadkiem ulotkę z domkiem, w którym częściowo spędzaliśmy nasz miesiąc miodowy i ze wszystkich pięknych zdjęć, obraz łazienki (dokładniej kibelka i okna nad nim) wprowadza mnie w stan takiej błogości i sielanki, że już, teraz mam ochotę rzucić wszystko i jechać w Bieszczady.

Nagle zaczyna lać deszcz, więc jestem zmuszona zamknąć drzwi i dusić się w upale dopóki Dziubas nie wróci.

Do szwagra dojeżdżamy bardzo punktualnie i zażeramy się domową pizzą i lodami, które są jednymi z najlepszych jakie w życiu jadłam.

Na dzień dzisiejszy, 11 lipca 2017 roku, przy siadaniu brzuch zaczyna wylewać mi się na spodnie jak muffinka z foremki.

Od poniedziałku zatem powzięłam (?) postanowienie śródroczne – słodycze tylko w niedzielę!

PS. Drożdżówki się nie liczą ;) 

10 Komentarze

  1. Haha :) Mi się przypomniała wczorajsza przygoda z porno-gazetą w roli głównej.
    Podjeżdżamy na parking dużego supermarketu, siostra za kierownicą, ja obok, 5 letni siostrzeniec.
    Zatrzymujemy się w wygodnym miejscu, ale moją uwagę przyciąga ulotka (jak na początku myślałam) spoglądam, spoglądam…jeszcze raz spoglądam i się zastanawiam czy mój zepspół urojenia jest w tak zaawansowanym stopniu czy na pewne widzę Panią która wypina do mnie gołe poślady i świeci cyckami rozmiar H (jest w ogóle taki :P).
    Ja oczywiście w śmiech, bo przecież to takie zabawne, zobaczyć porno- gazetę na parkingu. Do młodego mówię z przerażaniem „Nie patrz!”, bo jak zada pytanie co Pani sobie robi (wibrator oczywiście też był w akcji) to co ja mu powiem?
    Młody rzuca okiem, bo wiadomo , jak nie wolno to wręcz trzeba spojrzeć.
    I z powagą mów: „Weźmy ją Michałowi (mój starszy brat), on lubi takie gazety.” :)

  2. Czekolada też się nie liczy jako słodycze – ziarna kakaowca to przecież roślina, tłuszcz z rośliny (palmy), cukier z trzciny albo z buraka, a mleko jest dawane przez krowy, które jedzą trawę (też roślinę).
    Wniosek – czekolada to sałatka, więc jest zdrowa i można ją jeść również na diecie.

  3. Ale mi smaka narobiłaś na ten bób. Zresztą oba Boby do schrupania, i ten w garnku i ten w pampersie i buciku:) W kwestii zostawania z dzidziem w aucie dostrzegam spore podobieństwo. Niestety Tamaluga, jeśli zasypia w drodze – natychmiast budzi się gdy stajemy. No i od razu chce wszystko, a zwłaszcza apa apa po parkingu, w związku z czym, ze swojego fotela, nienaturalnie skręcona do tyłu, odgrywam scenki rodzajowe. Z tego co mam pod ręką: starej rękawiczki, chusteczki do nosa, etui na okulary :D

    • Nasz Bob też otwiera jedno czujne oko w momencie wyłączenia silnika. Tym razem zmorzyło go konkretnie. Scenki też odgrywam, szczególnie na stacjach benzynowych, kiedy dopiero po chwili uświadamiam sobie, że dookoła są ludzie a teren jest monitorowany…

  4. Ulotka o płukaniu okrężnicy mogła dostarczyć nowej falii głupawki :D
    A za to pozostawienie w samochodzie powinnaś była dostać drożdżówkę ;)

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.