Maybe, baby!

Ci, co mnie znają choć w niewielkim stopniu wiedzą, że od 16 miesięcy z kawałkiem posiadam na stanie Bobasa sztuk jeden.

Oczywiście, stało się to, o czym wszyscy trąbili, moje życie zmieniło się o 180 stopni, stanęło na głowie, wywinęło podwójnego axla, choć zamiast wylądować telemarkiem (tak się to nazywa?), zaryło pyskiem w połowie skoczni.

Otóż ogłaszam wszem i wobec, że dostaję agresji słysząc te wszystkie pierdoły o tym jakie to wszystko jest różowe, cukierkowe i jak odtąd będą nas czekać pogodne zachody słońca z kolorową tęczą i magicznym jednorożcem.

Chora machina szołbiznesu nakręciła nierealne oczekiwania wobec NAS SAMYCH, drogie mamuśki. I teraz, jedna przed drugą, odstawiamy czasem ognistą salsę z elementami taekwondo udając, że wszystko jest taaakie cudowne.

Boszsz…no i po co?

Cenię sobie i wręcz UWIELBIAM, szanuję ponad wszystko te kobitki, które potrafią być normalne i przyznać się do tego, że opieka nad dzieckiem potrafi być najtrudniejszym zajęciem na świecie. Że przy całej chorej miłości do tego małego stwora, czasem się poryczymy, rozczochramy i nigdy nie dopijemy niczego ciepłego.

Dzięki Bogu w większości takimi właśnie realistkami mam szczęście się otaczać, bo nie zniosłabym odgrywania scenki przy każdym spotkaniu.

Najbardziej zastanawia mnie zawsze fenomen wychodzenia z dzieckiem z domu. Autentycznie podziwiam te matki, które suną z gracją sklepowymi alejkami czytając skład makaronu przez 5 minut, podczas gdy ich bobas lampi się gdzieś w przestrzeń albo zajmuje się dłubaniem jakiegoś elementu wózka.

Ja tego nie znam.

Na zakupach wyglądam, jakbym właśnie była w trakcie ucieczki z zakładu dla obłąkanych – włos rozwiany, rumieńce, spocona jak dziwka w kościele i kompletnie zdezorientowana.

Ostatnim razem kiedy odważyłam się pojechać na zakupy z moim ADHD Bobem, który nie usiedzi 3 sekund w jednym miejscu, do domu wróciłam w stanie wskazującym na krańcowe wyczerpanie.

Myślę, że na takie okazje powinnam sobie kupić stojak z kroplówką i aplikować tuż po przekroczeniu progu.

Albo podpinać się już w samochodzie, żeby nabrać sił tuż przed.

Nie kupiłam rzeczy kluczowych z kartki (tak, już nawet Z KARTKĄ nie jestem w stanie zapamiętać!), dostałam w pysk niezliczoną ilość razy (sama od siebie oczywiście) a na koniec miałam lekkie halucynacje i wszystkie ubrania przemoczone i nadające się do natychmiastowego prania.

Już nie zliczę tych przypadków, kiedy nie wezmę ze sobą dokumentów, zgubię coś (jak ostatnio, w przychodni mającej 5m na 5, okulary przeciwsłoneczne…) albo po prostu gadam od rzeczy bo nie umiem się skupić, przyzwyczajona do intensywnego multitaskingu na najwyższym poziomie.

Na dzień dzisiejszy czuję się jakbym miała o 10 lat więcej i czekam na moment, kiedy z czystym sumieniem zaprowadzę naszego Boba do przedszkola.

Wtedy wrócę do domu, otworzę szampana i rozsypię konfetti.

Żartuję oczywiście – od razu pójdę spać :)))

* * *

Chciałabym przy tym wszystkim zaznaczyć, że uważam za niedopuszczalne nagabywanie bezdzietnych przez te nawiedzone mamusie, które uważają się lepsze, bo posiadają swoje dziecko bądź też dzieci w liczbie mnogiej.

Hej, bezdzietni! One po prostu Wam zazdroszczą tego wolnego czasu ;)

12 Komentarze

  1. Z jednej strony niewyobrażalne oczekiwania bycia idealną samą przed sobą, z drugiej strony kobiety, które swoim obłędem i obsesją na temat własnych dzieci pokazują jedynie, że nie mają chyba w życiu żadnych innych zainteresowań… I przy takich właśnie okazach szczere „wyrodne” kobiety-matki będą wyglądać, jak Hitlery lub Staliny w spódnicy (obydwa przydomki już dawno zarobiłam hehe).

  2. Był moment, że wpadłam w tą pułapkę. Na szczęście na bardzo krótko :)
    Co do tych nawiedzonych „ideałów” – nie przyszłoby mi też do głowy na spotkaniu z kimś nawijać o moim dziecku. Po wymarzonym wyjściu z domu, do ludzi i oderwaniu się od niego to ostatnie o czym (kim) mam ochotę rozmawiać ;)
    Sama do niedawna go nie miałam i kiedy słyszałam wywody na temat rodzajów pieluch, a już nie daj Boże porodów, chciałam uciekać. Do dziś mi to zostało.
    Na pytanie jak się miewa, odpowiadam „dobrze”. I wystarczy ;)

  3. UWAGA KOMENTARZ ZAWIERA ŚLADOWE ILOŚCI WULGARYZMÓW

    Oho! Widzę, że Bobo i Tamalugę łączy nie tylko wiek… Gdy wchodzę na plac zabaw widzę zszokowane i pełne współczucia spojrzenia mamuś, siedzących na ławeczce (!) Na kurwa ławeczce!!! podczas gdy ich pociechy grzecznie bawią się w piaseczku lub na zjeżdżalni. Widziałam, że te ławeczki są, nawet ośmielam się marzyć, że kiedyś na którejś usiądę. Bo, kochane moje, póki co zapierdalam, w tę i nazad, za Tamalugą, która ma w dupie placykowe sprzęty. Ona biega, pada, wstaje, przywali w coś, biegnie dalej, wdrapuje się ludziom do wózków, włazi na ogrodzenie…
    Ktoś Tam Na Górze lubi sobie robić ze mnie jaja. Bo Komuś Tam Na górze nie wystarczyło, że zesłał dziecię kobiecie nie pierwszej już młodości, o nie! Ostatnio jakaś mamuśka na placu zapytała, czy znajduję przy Tamarze czas na wypicie kawy. Więc jej odpowiadam, że nie, bo Tamara wypija wszystkie moje kawy, dlatego jest taka wystrzelona!

    • Jak ja DOSKONALE Cię rozumiem!
      U nas na placu zabaw oboje z Dziubasem w ciągu pół godziny otarliśmy się o zawał a Bobo niestrudzenie zapierdzielał przed siebie.
      Póki co POWAŻNIE się zastanowię zanim znów go zabiorę w takie miejsce, fizycznie nie dajemy rady nawet na zmianę ;)

  4. Kiedy urodziła się Siusia, Ludzik miała 2 lata i 3 miesiące i nigdy nie szła tą drogą, którą należało. Szła trawnikiem, szła w drugą stronę, szła tyłem, zostawała, żeby obejrzeć żuczka… Wiele razy myślałam, czy nie zaopatrzyć się w smycz.
    Teraz na szczęście już trochę z tego wyrosła, a w sklepie mam spokój, bo Ludzik najczęściej krąży w okolicy kas i szuka pieniędzy. Co ciekawe, z reguły coś znajduje.

    • No i to jest dobre jak pierwsze dziecko jest grzeczne bo wtedy łatwiej posiadać drugie – gorzej jak jest odwrotnie :D

  5. A ja jako bezdzietna, chyba jeszcze Was do końca nie rozumiem :) Ale chyba jestem jeszcze nie na etapie rodzicielstwa, choć dookoła dzieciaczków coraz więcej :)

  6. No właśnie, kurczę, mnie ten brak jednorożca przy tęczy też rozczarował. Dobrze, że nie jestem sama. Uciekł skurczybyk wciskać kit innym bezdzietnym ;)
    A tak na serio – moja Księżniczka ma dopiero 4 miesiące i póki co jest takim uroczym różowym bobaskiem, cukierkowym i słodziusim do bólu, ale ja dobrze wiem, że to jest tylko przemyślany kamuflaż, żeby uśpić czujność wroga, tfu, rodzica. Pozdrawiam :)

Dodaj komentarz

Wymagane pola są oznaczone *.