Ambitne małpowanie

Dziubas intensywnie wpatruje się w ekran telewizora. Poprawia ustawienia. Wstaje, siada z powrotem. Ewidentnie coś go zainteresowało i wciągnęło.

Spoglądam zza kanapy żeby wyczaić co to takiego.

Widzę stado czarnych rozczochranych małp siedzących w jakiejś jaskini. Jaskini na pustyni.

Nie wnikam, bo uznaję, że i tak nie zrozumiem, więc po co drążyć.

Pół godziny później, składam pranie i wkładając jakieś ubrania do komody zasłaniam Dziubasowi, który nadal jak zahipnotyzowany wpatruje się w TV.

W końcu nie wytrzymuję (no bo ileż można?!) i pytam:

- Dziubas, co Ty w ogóle oglądasz?!

- Odyseję kosmiczną! – Odburkuje Dziubas, niezadowolony, że mu przerywam i kwestionuję wybór filmu.

- Ale tam przez cały czas jakieś małpy się iskają!

- Oj, Dziubaśniku, bo to jest AMIBTNY film! – Urażonym tonem obwieszcza Dziubas.

No i masz. Wychodzi na to, że z ambitnym kinem mi nie po drodze ;) 

PS. Żyję, łapię jakoś zakręty, chociaż doba jest za krótka. Organizuję rodzinne zjazdy, jeżdżę nad jezioro (raz nawet bez stroju kąpielowego…No w sensie nie, że goła, ale w długiej spódnicy i sandałkach na piach i kąpielisko.) i póki co nie zauważam nowych owadów. W tym tygodniu ma być upał, więc nie wyściubiam nosa z domu. Nadrobię internety ;)

Owad-friendly?

Ostatnimi czasy, w zasadzie od kiedy na zewnątrz zrobiło się cieplej, przeżywamy inwazję. I bynajmniej nie jest to inwazja kosmitów czy stonki ziemniaczanej.

Nasz dom postanowiły zaszczycić hordy przeróżnych owadów.

I naprawdę nie wiem, co może je tak wabić, bo nie rozlewamy wokół hektolitrów miodu, nie trzymamy padliny po kątach ani tym bardziej nie rozstawiamy karmników ze specjałami przeznaczonymi dla danego gatunku.

Może zachęca je bryła budynku? Walory estetyczne? Kolory wnętrz?

Zaczęło się od jakiejś wycieczki mrówek, która wzięła się nie wiadomo skąd, przespacerowała się po kuchni i zniknęła tak samo szybko jak się pojawiła. Oprócz tego, że wyżarły mi trochę syropu do herbaty, nie przejęłam się nimi jakoś specjalnie, bo jestem z pokolenia, które dorastało z mrówkami faraonkami – takie były wtedy czasy, były w każdym bloku i każdy je miał – jak meblościanki czy naczynia z kryształu.

A potem się zaczęło. Najwyraźniej mrówki postanowiły się podzielić wrażeniami z wycieczki z innymi znajomymi, bo turyści zaczęli walić drzwiami i oknami.

W największej liczbie odwiedzają nas komary – te wielkie, co jak machają skrzydłami, to robią wiatr na drugim końcu domu. Przypominają mi takich podpitych wąsatych wujków, co to na weselu zaczynają im się plątać nogi po kilku głębszych i szukają ofiary do tańca. Jednego z nich Dziubas POŁKNĄŁ w nocy. I błagam, nie pytajcie jak on to zrobił, bo był tak śpiący, że sam do końca nie wie.

Do wesołej ferajny czasem dołączają pająki a nawet jeden świerszcz, który przyprawił mnie o zawał. No bo wybaczcie, komar komarem, ale świerszcza na ścianie to się człowiek raczej nie spodziewa. Tym bardziej, że po jego morderstwie na ziemi znalazłam jego NOGĘ, co przyprawiło mnie prawie o czułe objęcia z muszlą.

Nie zliczę oczywiście przeróżnych latających czy biegających stworzeń, które musiałabym identyfikować za pomocą jakiegoś atlasu badziewia i tałatajstwa.

Dziubas, nie przejmując się zbytnio stwierdził, że „taki urok mieszkania w domu”.

No naprawdę, inaczej sobie te uroki kiedyś wyobrażałam i w tych moich wizjach te uroki na pewno nie miały skrzydeł ani kilku par nóg.

Ale, ale! Pomyślałam, że żywcem mnie nie wezmą, bo ja się nie dam i się UZBROJĘ!

Oprócz wtyczki do kontaktu przeciwko wszelkiemu żywemu stworzeniu, zaopatrzyłam się w nasz pancerny odkurzacz, który jest w stanie wessać komara razem z powłoką farby z sufitu. Ale dla dobra sprawy uznałam, że jestem skłonna zaryzykować tę drobną niedogodność.

Odtąd poczułam się jak Maxi Kaz i wsysałam wszystko, co pojawiało się w naszym domu. Można powiedzieć, że wciągnęło mnie to i po pierwszym razie reszta poszła już gładko. Na dzień dzisiejszy jestem w stanie złapać muchę w locie.

Po tym wszystkim, pewnego dnia dotarło do mnie, że może one tam w środku, w tym odkurzaczu wcale nie zdechły, wręcz przeciwnie! Może one się tam żywią resztkami, nabierają masy i czekają na dzień zemsty?!

A może, co gorsza, znajdą drogę przez rurę z powrotem, pójdą do światła i najzwyczajniej w świecie stamtąd wylezą?!

Worek z odkurzacza wymieniałam z adrenaliną na takim poziomie, że przywróciłaby do życia nieboszczyka, zapakowałam w dwie reklamówki i miałam ochotę zakopać głęboko pod ziemią, najlepiej 20 kilometrów od domu.

Zasadniczym minusem tych owadzich przygód jest to, że nie wpływają dobrze na moją skórę i wygląd zewnętrzny, bo na widok czegokolwiek co lata/pełza, dostaję takiej gęsiej skórki, że mogłabym wyciągać sobie z niej pióra jak ta dziewczyna na „Czarnym Łabędziu”.

A dziś, wchodząc do garażu, zobaczyliśmy 3 pająki, z czego dwa czarne i rozczapierzone, wielkości mojej dłoni. Szczena opadła nam do kostek, zamknęliśmy garaż i weszliśmy do domu chwiejnym krokiem.

Czyli już postanowione – dom należy spalić.

PS. Są jakieś pułapki na pająki? Takie jak na myszy? 

Ciemniejsza strona bieli

Czy ja kiedyś wspomniałam, że mi się nudzi?

Najwyraźniej Wszechświat usłyszał i postanowił podrzucić mi trochę rozrywek.

Zaczęło się kilka tygodni temu, kiedy doszłam do wniosku, że zatęskniłam za dentystą, a zatem czas na remanent. Okazało się, że nie ma u mnie za bardzo w czym wiercić (co najwyżej w brzuchu – ale w tym to ja jestem mistrzem. Aż dziwne, że Dziubas nie posiada na dzień dzisiejszy kilkunastu pępków…), a zatem czas najwyższy zająć się estetyką. Po ściągnięciu żelaznej szczeny na sparingi (zwanej też aparatem ortodontycznym) zęby wyczyściłam, wypucowałam i stwierdziłam, że wybielę je odrobinę.

Zaczęło się niewinnie, od nakładek do stosowania w domu – jakaś tam Biała Perła czy coś w tym stylu (chociaż nazwa kojarzy mi się osobiście z kostką do kibla…). Przez kilka wieczorów zasiadałam na 15 minut z tymi nakładkami i talerzem pod brodą, bo śliniłam się jak Gronkiewicz-Waltz na widok kamienicy. Dziubas obserwował to zjawisko z niepokojem i starał się wówczas nie przebywać w moim towarzystwie.

Efektu nie było żadnego – poza uszczupleniem portfela, więc zeźliłam się i zarzuciłam fochem podwójnym: raz, bo pieniądze wyrzucone w błoto, dwa, bo zeszczuplał portfel a nie ja.

Ostatecznie wymyśliłam sobie, że zrobię to PROFESJONALNIE w gabinecie.

Na umówioną wizytę popędziłam zadowolona, przy okazji kupując sobie maksymalnie przecenioną torebkę na pobliskim bazarze – tak na zachętę.

Po dotarciu na miejsce wypełniłam kilkudziesięciostronicową ankietę dotyczącą stanu zdrowia. Przysięgam, że pytali o wszystkie możliwe choroby świata. Wyobrażam sobie, że pomysłodawca przepisywał nocami jakąś encyklopedię chorób, bo pozycje na niej były imponujące.

Kiedy w końcu usiadłam na fotelu okazało się, że nakładamy ochronę na dziąsła, więc miła pani dłubała mi przy tych zębach dobre pół godziny. Myślałam, że umrę z nudów a potem zasnę snem wiecznym. Nareszcie postawiła mi przed pyskiem coś, co wyglądało jak Jar-Jar z Gwiezdnych Wojen i włączyła światło.

O mamo, ale jakie światło! Normalnie siła tysiąca słońc i wszystkie solaria południowej Polski!

Po dwóch 15-minutowych sesjach doszłam do wniosku, że już dziękuję, ale z trzeciej nie skorzystam, bo zaczęło być dość nieprzyjemnie, a efekt był widoczny.

Pani stwierdziła, że oczywiście, mogę się wycofać kiedy chcę, ale jeszcze tylko zrobi mi ZDJĘCIE PO.

Dostałam w takim układzie zęba na patyku, który miał pozować na tle moich nowych, wybielonych.

Po tym wszystkim mam nadzieję, że ta szczegółowe informacje dotyczące mojego stanu zdrowia i foto nie pojawi się na jakiejś stronie typu „Porywamy.pl” czy inne „Burdelezachodniejeuropy.com”.

A na koniec zaczęło boleć.

Chociaż może niezbyt jasno się wyraziłam.

Ból przywalił mi w ryj z taką siłą, jakby mnie jakiś Pudzian znokautował.

WSZYSTKIE zęby nagle zaczęły boleć jakby mi w nie ktoś szpile wbijał, więc popędziłam do pobliskiego (na całe szczęście!) sklepu z artykułami stomatologicznymi i kupiłam jakiś żel na nadwrażliwość po wybielaniu.

Po wyjściu ze sklepu stwierdziłam, że muszę go nałożyć JUŻ NATYCHMIAST, bo umrę, skoczę z mostu albo amputuję sobie dolną część twarzy, więc smarowałam sobie zęby tym żelem nałożonym na palec. W międzyczasie zostałam wzięta za ćpunkę, bo żel był nie w tubce a w strzykawce, więc spojrzenia ludzi dookoła mówiły aż za wiele.

Nałożyłam, wysmarowałam, nie pomogło.

W tramwaju spociłam się jak wiecie-kto (z tego bólu), postarzałam się o kilkanaście lat i pewnie posiwiałam na czubku głowy.

Do mojej Mame dotarłam wykończona jak po walce w klatce, odebrałam Boba i zgarnęłam Dziubasa z pracy.

Dziubas stwierdził, że dziś jest idealny dzień (No właśnie, na coooo? Hęęęę? Czy ktoś może już się domyśla???) na wizytę w Castoramie, więc przez następną godzinę wybierałam kinkiety wisząc na wózku i wymyślając tysiąc sposobów jak wykurzyć z niego Boba, żeby choć na chwilę zająć jego miejsce.

Na koniec napiszę, że efekt wybielania jest godny polecenia, ale po zabiegu warto zaopatrzyć się w taczkę środków przeciwbólowych, znieczulenie ogólne albo zapaść w śpiączkę do dnia następnego.

PS. Utrzymałam moje postanowienie i nie jadłam słodkiego aż do niedzieli. Poza drożdżówkami. Oj wiem, że NAJBARDZIEJ kaloryczne, ale czy ta szczerość wobec samej siebie musi być faktycznie aż taka ważna?

PPS. Dzisiaj użarł mnie komar po raz pierwszy w tym sezonie i pod kolanem urosło mi drugie kolano. 

Bo prawdziwy las jest taki: są w nim drzewa i zwierzaki

Jak powszechnie wiadomo, każdy z nas ma swoje nawyki. Oczywiście są tacy, co mają je bardziej, albo tacy, którzy wypierają się, że je mają, uznając, że ich nie mają. Dlatego wtedy liczy się to podwójnie, bo jak wiadomo wypieranie się nałogu świadczy o jego posiadaniu.

I tak na przykład Dziubas, znany ze swej przewrotnej natury, posiada od jakiegoś czasu nawyk wieczornego oglądania filmików na youtubie.

Cały rytuał trwa około pół godziny, przy czym zdarza się jeszcze, że powtarza go około 23.00, kiedy ja chcę już spać.

Przez te wszystkie lata mimochodem wzbogaciłam swój umysł o wiele przepisów kulinarnych, ciekawostki z astrofizyki, najnowsze informacje polityczne plus teorie spiskowe, kończąc na niezliczonych instruktażach, np.: jak pomalować łazienkę, położyć kafelki, dociąć kupę drewna tak, żeby przypominała stolik i pospinać kable w puszkach.

Nie wspomnę o zapętlonych miksach piosenek, które kiedy raz wpadły Dziubasowi w ucho, rozbrzmiewały w naszym domu kilkanaście razy dziennie. Ma się rozumieć nauczyłam się ich na pamięć. Też mimowolnie.

Oczywiście bardzo się cieszę, że przyswoiłam te niezbędne mi do życia informacje, podczas gdy mój mózg, robiąc sobie miejsce na te wszystkie rewelacje, zapewne wyparł rzeczy typu „Jak jeździć na rowerze”, „Jak przyszyć guzik” lub „Jaki mamy dzień tygodnia”.

Ostatnimi czasy Dziubas wyjątkowo upodobał sobie kanał jakiegoś człowieka, który w skrócie opowiada o tym, jak poradzić sobie z różnymi zadaniami na łonie natury. Buszowy, chaszczowy, Chruszczow…No nie pamiętam jak się zwie, nieistotne zresztą.

W związku z tym od ostatnich dwóch tygodni wysłuchałam jednym uchem jak rozpalić ognisko na tysiąc sposobów, gdzie najlepiej rozkładać namiot, jak robić kawę z mleczy czy jak prać rzeczy w worku.

Wczoraj wieczór, kiedy oglądał rozpalanie ogniska za pomocą jakiegoś tam łuku, który podobno może być prosty (czy matematyka dopuszcza takie stwierdzenia?), dotarło TO do mnie: 

DZIUBAS CHCE MNIE WYWIEŹĆ DO LASU!

To dlatego od kilkunastu dni puszcza mi to wszystko! Niby przypadkowo!

Przygotowuje mnie POD-PRO-GO-WO!

Tak, żebym umiała przeżyć w dziczy, kiedy już mnie do niej wywiezie i zostawi na…no właśnie na ile?! Bo mam nadzieję, że nie na zawsze!

Nie wyobrażam sobie zupełnie siebie śpiącej pod gołym niebem, otoczonej tymi wszystkimi wilkami, niedźwiedziami, robactwem wszelkiej maści i gatunku, oraz – nie daj Boże – jakimiś napalonymi jeleniami na rykowisku.

Tym bardziej nie wiem jak bym przeżyła krzesając (tak się to mówi?) ogień jakimiś gałęziami, bez ciepłej herbaty z rana i przemarznięta na kość. Że już nie wspomnę o kąpieli w lodowatym strumieniu.

Sam podejrzany wszystkiemu zaprzecza, odpowiadając, że nie będzie wdawał się w takie głupie rozmowy.

A więc to już pewne – bo przecież wiadomo, że się nie przyzna.

No i teraz najważniejsze – MOTYW.

Czy on wie coś, czego ja nie wiem? Czy to za karę? Albo dla przykładu??

A może wie, że ruszyły letnie wyprzedaże i widział mnie z tymi trzema spódnicami, które miałam sobie tylko pooglądać?!

Kompletnie nic nie przychodzi mi do głowy!

Pocieszające jest jedynie to, że mamy lipiec, więc może nie spadnie śnieg. W zależności od tego jaki zaplanował mi kierunek oczywiście.

Od dzisiaj będę spać z jednym okiem otwartym, bo jeśli zaplanował moją wywózkę, to na pewno w nocy. Takiego planu nie realizuje się w dzień. No chyba, że to taka zbrodnia doskonała, że niby idziemy na spacer, a on nagle zabiera Boba na ręce i ucieka do auta.

I pomyśleć, że narzekałam na filmiki o ścianach z gipsokartonu…

Tradycyjny weekendowy maraton

Weekend to czas odpoczynku i relaksu, bezcenne chwile dla siebie i dla rodziny.

U nas ta definicja sprawdza się w 100%. Wszystko się zgadza, pod warunkiem, że ktoś wyobrazi sobie taką sielankę doprawioną kofeiną, tauryną i przyspieszy tą wizję jakieś kilkaset razy.

Ostatni weekend spędziliśmy zatem tradycyjnie – w marketach budowlanych. Jako, że ostatnio praktycznie tam mieszkamy. Zaczynam się obawiać, że obsługa nas już rozpoznaje kiedy wchodzimy do środka. Wyobrażam sobie, że pewnego razu po prostu wejdziemy tam wieczorem, umyjemy zęby na dziale z łazienkami i pójdziemy spać w jakimś rozwieszonym hamaku gasząc przy okazji wszystkie lampy na oświetleniu.

Po powrocie z tej nie lada atrakcji resztę dnia postanowiliśmy spędzić leniwie – na ile się da przy Bobie, oczywiście. Tak więc przebrani w swoje podomki gotujemy bób, ja wypatruję już godzin wieczornych i odliczam czas do swojego leżakowania, podczas gdy Dziubas rozmawia przez telefon ze szwagrem. Moim szwagrem, jego bratem.

W pewnym momencie słyszę jak Dziubas radośnie oznajmia, że „Może w takim razie ZARAZ SIĘ DO WAS ZBIERZEMY”, więc gały wychodzą mi z orbit.

Rozglądam się dookoła. Bób nadal bulgocze w garnku, Bobo siedzi ze mną na kanapie w samym pampersie (bo na zewnątrz cudowne i orzeźwiające +30), wszędzie porozrzucane zabawki i przypadkowe sprzęty typu rózga do mieszania, garnek, plastikowa miska i stado skarpet – tradycyjnie, na środku dywanu.

Normalnie burdel na kółkach sfinansowany ze środków Unii Europejskiej plus tabor cygański w wersji pseudo-skandynawskiej.

No i oczywiście następuje zryw, bo późno, bo już TA godzina, bo ubieramy się (chociaż dopiero się rozbieraliśmy, ale co tam) bo trzeba jechać JUŻ, bo zanim dojedziemy, bo to, bo tamto.

Tradycyjnie – z obłędem w oczach ubieram Bobowi jednego buta, pakuję bób na wynos, sprawdzam zewnętrzną temperaturę i przewiduję kurs dolara na rynku szwajcarskim, kiedy z kotłowni nonszalanckim krokiem wychodzi Dziubas ogłaszając, że po drodze zatrzymamy się jeszcze w Castoramie, bo on chce zwrócić te wężyki, które kupił wczoraj.

Oszaleję, zwariuję, zacznę gdakać jak drób albo wysmaruję się nutellą i wytarzam w mrowisku.

Zamiast tego wszystkiego doświadczam głupawki wszechczasów i z dzikim kwikiem dławię się ze śmiechu po drodze w aucie, bo mówię Dziubasowi, że pójdę sobie coś tam pooglądać, kiedy on będzie ZWRACAŁ i tak mnie to śmieszy, że chrząkam jak dorodne prosię. Naprawdę, brakowało jeszcze tylko jabłka w ryjku, bo żeby wieprzowinę nadziewać bobem, to jeszcze nie słyszałam.

Po drodze przeżywam też stadium spadku aktywności i ogólnego marazmu, a także odrobinę wewnętrznego fuj, bo Dziubas słucha audiobooka Cobena, którego czyta Krzysztof Globisz. NIGDY WIĘCEJ tego typu rozrywek –  Obiecuję sobie przysypiając.

Podjeżdżając pod market zauważamy, że Bobo śpi, więc Dziubas rzuca mi szybkie „To ja polecę sam i zaraz wracam!” i zostawia mnie w aucie na parkingu, puszczając szum z radia, żeby Bob się nie obudził.

No naprawdę. Istnieją przecież jakieś tam przepisy, że nie można zostawiać w aucie psów. A o żonach i dzieciach nikt nie słyszał?! Czy to w ogóle zgodne z prawem i ogólnie przyjętą normą?!

Czuję się zbulwersowana i jest mi gorąco, bo akurat wyszło słońce i świeci mi centralnie w prawe oko. Uchylam delikatnie drzwi z obu stron żeby zapewnić sobie namiastkę klimatyzacji. Po 5 minutach zaczyna mi się niemiłosiernie nudzić, bo bateria w telefonie mi pada a pod ręką nie mam do czytania niczego oprócz ulotki o zaletach płukania okrężnicy.

W którymś aucie obok zaczyna wyć alarm i w połączeniu z szumem tworzy taką abstrakcję, że mam ochotę obciąć sobie uszy.

Znajduję przypadkiem ulotkę z domkiem, w którym częściowo spędzaliśmy nasz miesiąc miodowy i ze wszystkich pięknych zdjęć, obraz łazienki (dokładniej kibelka i okna nad nim) wprowadza mnie w stan takiej błogości i sielanki, że już, teraz mam ochotę rzucić wszystko i jechać w Bieszczady.

Nagle zaczyna lać deszcz, więc jestem zmuszona zamknąć drzwi i dusić się w upale dopóki Dziubas nie wróci.

Do szwagra dojeżdżamy bardzo punktualnie i zażeramy się domową pizzą i lodami, które są jednymi z najlepszych jakie w życiu jadłam.

Na dzień dzisiejszy, 11 lipca 2017 roku, przy siadaniu brzuch zaczyna wylewać mi się na spodnie jak muffinka z foremki.

Od poniedziałku zatem powzięłam (?) postanowienie śródroczne – słodycze tylko w niedzielę!

PS. Drożdżówki się nie liczą ;) 

Maybe, baby!

Ci, co mnie znają choć w niewielkim stopniu wiedzą, że od 16 miesięcy z kawałkiem posiadam na stanie Bobasa sztuk jeden.

Oczywiście, stało się to, o czym wszyscy trąbili, moje życie zmieniło się o 180 stopni, stanęło na głowie, wywinęło podwójnego axla, choć zamiast wylądować telemarkiem (tak się to nazywa?), zaryło pyskiem w połowie skoczni.

Otóż ogłaszam wszem i wobec, że dostaję agresji słysząc te wszystkie pierdoły o tym jakie to wszystko jest różowe, cukierkowe i jak odtąd będą nas czekać pogodne zachody słońca z kolorową tęczą i magicznym jednorożcem.

Chora machina szołbiznesu nakręciła nierealne oczekiwania wobec NAS SAMYCH, drogie mamuśki. I teraz, jedna przed drugą, odstawiamy czasem ognistą salsę z elementami taekwondo udając, że wszystko jest taaakie cudowne.

Boszsz…no i po co?

Cenię sobie i wręcz UWIELBIAM, szanuję ponad wszystko te kobitki, które potrafią być normalne i przyznać się do tego, że opieka nad dzieckiem potrafi być najtrudniejszym zajęciem na świecie. Że przy całej chorej miłości do tego małego stwora, czasem się poryczymy, rozczochramy i nigdy nie dopijemy niczego ciepłego.

Dzięki Bogu w większości takimi właśnie realistkami mam szczęście się otaczać, bo nie zniosłabym odgrywania scenki przy każdym spotkaniu.

Najbardziej zastanawia mnie zawsze fenomen wychodzenia z dzieckiem z domu. Autentycznie podziwiam te matki, które suną z gracją sklepowymi alejkami czytając skład makaronu przez 5 minut, podczas gdy ich bobas lampi się gdzieś w przestrzeń albo zajmuje się dłubaniem jakiegoś elementu wózka.

Ja tego nie znam.

Na zakupach wyglądam, jakbym właśnie była w trakcie ucieczki z zakładu dla obłąkanych – włos rozwiany, rumieńce, spocona jak dziwka w kościele i kompletnie zdezorientowana.

Ostatnim razem kiedy odważyłam się pojechać na zakupy z moim ADHD Bobem, który nie usiedzi 3 sekund w jednym miejscu, do domu wróciłam w stanie wskazującym na krańcowe wyczerpanie.

Myślę, że na takie okazje powinnam sobie kupić stojak z kroplówką i aplikować tuż po przekroczeniu progu.

Albo podpinać się już w samochodzie, żeby nabrać sił tuż przed.

Nie kupiłam rzeczy kluczowych z kartki (tak, już nawet Z KARTKĄ nie jestem w stanie zapamiętać!), dostałam w pysk niezliczoną ilość razy (sama od siebie oczywiście) a na koniec miałam lekkie halucynacje i wszystkie ubrania przemoczone i nadające się do natychmiastowego prania.

Już nie zliczę tych przypadków, kiedy nie wezmę ze sobą dokumentów, zgubię coś (jak ostatnio, w przychodni mającej 5m na 5, okulary przeciwsłoneczne…) albo po prostu gadam od rzeczy bo nie umiem się skupić, przyzwyczajona do intensywnego multitaskingu na najwyższym poziomie.

Na dzień dzisiejszy czuję się jakbym miała o 10 lat więcej i czekam na moment, kiedy z czystym sumieniem zaprowadzę naszego Boba do przedszkola.

Wtedy wrócę do domu, otworzę szampana i rozsypię konfetti.

Żartuję oczywiście – od razu pójdę spać :)))

* * *

Chciałabym przy tym wszystkim zaznaczyć, że uważam za niedopuszczalne nagabywanie bezdzietnych przez te nawiedzone mamusie, które uważają się lepsze, bo posiadają swoje dziecko bądź też dzieci w liczbie mnogiej.

Hej, bezdzietni! One po prostu Wam zazdroszczą tego wolnego czasu ;)

Szumnie, tłumnie

Znowu nadszedł dzień, w którym z mojej wsi spokojnej-wsi wesołej wybrałam się do ścisłego centrum. Tym razem wycieczka do miasta podziałała na mnie optymistycznie, chociaż w tłumie ludzi już nie umiem się poruszać, a wsiadając do tramwaju włącza mi się jakiś chory nawyk zapinania pasa, więc odruchowo sięgam ręką przez lewe ramię.

W połowie drogi tej ręki uświadamiam sobie co robię i że na pewno ktoś patrzy, więc kończy się na improwizowanym drapaniu. Nie wiem o co gorzej być posądzoną w komunikacji miejskiej– o chorobę psychiczną czy o wszy.

Po dotarciu na miejsce miałam jedną rzecz do załatwienia w banku, w którym spędziłam o wiele więcej czasu niż zamierzałam. Pani, która mnie obsługiwała wpisując nasze dane w komputer chyba przy okazji dorzuciła jakiś fragment Pana Tadeusza, bo stukaniu w klawisze nie było końca. Potem nadeszło czekanie, aż coś tam jej się wgra. Trwało to całe wieki, a pani co rusz uśmiechała się pod nosem. Mam wobec tego nadzieję, że bank nie posiada naszych nagich zdjęć.

Po wyjściu wystawy sklepowe przypomniały mi, że chyba już od miesiąca trwa letnia wyprzedaż, no bo wiadomo – zima już za pasem. Nadchodzi wielkimi krokami i nie można sobie pozwolić, żeby nas zaskoczyła jak drogowców.

Nic dziwnego! Sama ostatnio wypaliłam przy śniadaniu, że JUŻ za pół roku Boże Narodzenie. Dziubas zareagował na to jedynie lekkim uniesieniem jednej brwi. Pfff, teraz się tak dziwi a za chwilę nie będzie się mógł wyrobić z kupieniem prezentów!

Punktem kulminacyjnym mojej wyprawy była spontaniczna wizyta w księgarni, gdzie  nagle miliony wspomnień runęły mi na głowę jak fortepian w kreskówkach Looney Tunes.

Studia, leniwe weekendy spędzane w kawiarniach i księgarniach, spacery po starym mieście, jesień, opadające liście i smak gorącej czekolady, zapach nowych książek i tych starych, wypożyczanych z biblioteki nieopodal. Zapachowe świeczki, grzane piwo, Frank Sinatra i babskie wieczory u Dzikiej.

Chłonęłam zawartość księgarni przez osmozę, zachwycając się większością rzeczy leżących na półkach. Wyraz twarzy musiałam mieć jak ćpunka, bo ludzie usuwali mi się z drogi.

Pomimo tego, że jestem posiadaczką czytnika e-booków, nie przestaję kupować książek. Nie umiem, nie chcę, nie wyobrażam sobie nie kupić raz na jakiś czas książki, usłyszeć szelestu przewracanych kartek i poczuć tego cudownego zapachu, którym mogłabym się zaciągać w nieskończoność. Tylko papierowa książka jest w stanie jakoś tak prawdziwie mnie wciągnąć, no nie umiem tego wyjaśnić.

Tak więc w ramach postanowienia przeczytania jakiejś lekkiej wakacyjnej lektury, zakupiłam „Wyznania spod szubienicy”.

To tylko jeden z licznych przykładów ukazujących moją żelazną konsekwencję i logikę czynów.

Oprócz tego dorzuciłam sobie jedną dotyczącą sytuacji Żydów w czasie II wojny światowej i „Młot na czarownice”.

Po tym wszystkim chyba będę potrzebować paczkę antydepresantów i butelkę szkockiej.

Póki co umieram z głodu i czekam, aż zrobi się ciemno, bo wtedy Dziubas wróci z garażu żeby zjeść kolację.

Po ciemku, jak podkreślił.

Nie wiem czy nie chce patrzeć na mnie w piżamie i bez makijażu czy woli nie widzieć co ma na talerzu.

Jeść!

Resume

Zainspirowana przez Nielubiącą Brukselki (albo Nie Lubiącą – nawet Google nie wie jak jest poprawnie!) doszłam do wniosku, że przyszedł też czas na moje podsumowanie.

W końcu wielkimi krokami zbliżają się moje 30 Urodziny – The Sequel, a zatem to dobry moment na tego typu wynurzenia.

No to zaczynamy!

1 – Od zawsze panicznie boję się węży. Od niedawna Javiera Bardena. Moja fobia miała swój początek na najnowszej części Piratów, kiedy to dziękowałam Bogu i Latającemu Potworowi Spaghetti, że nie poszłam na seans 3D, bo miałabym jak w banku problem z nietrzymaniem moczu. Po obejrzeniu „Rezydenta” mój strach się utrwalił.

2 – Jestem złym, złym, kiepskim kierowcą. Nigdy niczego nie widzę we wszystkich lusterkach naraz. Za bardzo się rozpędzam po to, żeby zaraz przyhamować. Stojąc w korku zdarza mi się „śpiewać” ku „uciesze” innych uczestników ruchu, którzy nagle mimo upału czują potrzebę zamknięcia wszystkich szyb. Kiedyś nawet przejechałam moją mamę. No dobra, nie przejechałam. Bardziej docisnęłam ją do innego auta przy cofaniu, bo z jakiegoś powodu znalazła się tuż za moim tylnym zderzakiem. Boszszsz…za każdym razem kiedy sobie to przypominam mam ochotę się spoliczkować, zakryć kołdrą i udać na pokutną pielgrzymkę. Dziubas nie wie. Bo pewnie zabrałby mi kluczyki w obawie, że jego mamę też dojadę.

3 – Nadaję ludziom różne ksywki. Na przykład nasz wykończeniowiec został okrzyknięty Mariano Italiano. Nasza architektka Isabel Marcinkiewicz. Kiedyś do mojej pracy przychodziła kobita o wyjątkowo sztywnym zachowaniu, wyniosła, dumna, choć niczego sobą nie reprezentująca. Pozostała już na zawsze wśród nas znana jako Madame-Se-Purkła. Tak, wiem, będę się smażyć w piekle. Już trudno. Jeśli myślicie, że to śmieszne, spróbujcie ich tak NIE nazwać rozmawiając z nimi przez telefon. WTEDY zaczyna się prawdziwy problem.

4 – Jestem uzależniona od słodyczy. Zeżarłabym własnego kapcia gdyby tylko był słodki. Dla mnie nie istnieje coś takiego jak cywilizowane zjedzenie jednej kostki z tabliczki czekolady. Uwielbiam karmel. Mogłabym go dodać nawet do steka i na pewno by mi smakował. Co ciekawe, kiedy przestaję jeść słodycze na kilka dni, bardzo szybko się od nich odzwyczajam i wszystko wydaje mi się nagle za słodkie. Pomimo tego obżeram się dalej, bo wyznaję zasadę, że trzeba mieć coś z życia.

5 – Uwielbiam ciucholandy. Zwiedzam każdy na swej drodze i w większości przypadków udaje mi się znaleźć coś super. Mam fioła na punkcie dobrego ubierania się, oglądam czasami jak Trinny i Susannah ubierają ludzi i twierdzę od zawsze, że „jak cię widzą, tak cię piszą”. Jestem zakochana w butach i nic tego nie zmieni. 

6 – Jestem ogromnie niecierpliwa i w gorącej wodzie kąpana. Wszystko muszę mieć, już, teraz, zaraz, NATYCHMIAST! Dziubas jest pod tym względem moim przeciwieństwem, stąd przed wychodzeniem z domu pojawiają mi się nad głową niemieckie napisy. Tak, zdaję sobie sprawę z tego, że są momenty, kiedy brakuje mi tylko karabinu i owczarka przy nodze dla wzmocnienia przekazu. Oczywiście owczarka niemieckiego.

7 – Nie umiem pływać. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której mogłabym zanurzyć łeb pod wodę i zachowywać się jak gdyby nigdy nic. Dziubas kiedyś próbował mnie nauczyć. Przeszło mu, kiedy zaczęłam odstawiać cyrk w wodzie po pas, krzycząc, żeby mnie nie wciągał na siłę, bo będę płakać. Swoje wodne przygody ograniczam do brodzenia w miejscach przeznaczonych dla dzieci. Najśmieszniejsze jest to, że uwielbiam żeglować i wcale się nie boję, że wpadnę do wody. Nawet kiedy jest lekki sztorm i przechyły.

8 – Jestem stuprocentowym mięsożercą. Jednak nie jestem w stanie zjeść żadnych flaków, wątróbek, ozorków ani innych tego typu atrakcji. Na samą myśl mam odruch wymiotny. Taktyka w stylu „powiemy jej co to było jak już zje” nie działa. Nie tknęłabym też tatara, chociaż każdą rybę jestem w stanie wsunąć całkowicie na surowo bez żadnych oporów.

9 – Marzy mi się wycieczka do Stanów, ale musiałby mnie ktoś uśpić i przewozić gdzieś w ładowni w klatce, razem z innymi zwierzątkami. Nie znoszę latać, tuż po zajęciu miejsca w samolocie włącza mi się tryb „OmójBożeWszyscyZginiemy!” i nie umiem się wyluzować w trakcie trwania całego lotu. Nawet kiedy trwa kilka dobrych godzin. Po takim doznaniu jestem wykończona, mam zmęczone szczęki od zaciskania zębów, spięte wszystkie mięśnie i padam na pysk jakbym właśnie stoczyła walkę z najtwardszym zawodnikiem MMA.

10 – Jedną z rzeczy, która śmieszy mnie zawsze najbardziej, jest przekręcanie przez ludzi wyrazów. Do dziś rechoczę, kiedy przypomnę sobie niektóre wypowiedzi mojej Big Sis, która jest w tej dziedzinie mistrzynią. Przy całej tego świadomości, sama zresztą się z tego śmieje. I tak, po serii rewelacji typu „Omen-omen” (zamiast „nomen-omen”), „W Rosji teraz chyba rządzi RASPUTIN” czy „warunkach sanitarnych” (zamiast sterylnych), powiedzmy, że przywykłam. Od jakiegoś czasu pierwsze miejsce zajmuje jednak Mama-Wu, nazywając sklep Jysk – DRZYZG.

To co kobitki? Teraz Wasza kolej!

Wyznajemy, przyznajemy się bez bicia i opowiadamy jak na spowiedzi! :)