Siku, jedwab i unijne załączniki

Matko, ten tydzień zleciał tak szybko, że nie zauważyłam kiedy zrobił się piątek! Upał, sauna, gorąco jak nie wiem, co a tu tyle wrażeń!

W środę, przed wyjściem do Dziubasowej pracy postanowiliśmy, że jednak oddajemy te lampy, które kupiliśmy jakiś tydzień temu. Te, które wybieraliśmy od pół roku. O które walczyliśmy na każdym dziale oświetlenia w każdym supermarkecie budowlanym.

Normalnie dziwię się, że nie mamy zakazu wstępu do większości tych sklepów, a nasze zdjęcia nie są rozsyłane do sieci w całym kraju.

Tak więc kiedy już lampy wybraliśmy i wydawałoby się, że poszło dość gładko, okazało się, że mamy nie to, co potrzeba, bo – uwaga!- nie posiadają w środku flaków pasujących do naszego WŁĄCZNIKA ŚWIECZNIKOWEGO. Czy coś w ten deseń.

Okazało się, że na dzień dzisiejszy żadna lampa go nie posiada, gdyż Unia Europejska zakazała tego diabelskiego nasienia ze względów bezpieczeństwa podczas montażu.

Bosko.

Następnym krokiem jak mniemam będą niezapowiedziane wizyty inspektorów unijnych w celu sprawdzenia, czy posiadamy w łazience maty antypoślizgowe, żeby nie zrobić sobie krzywdy przy wychodzeniu spod prysznica.

Miły pan, który przez dwie godziny dzień po dniu! (Tak, spędziliśmy cały weekend wybierając lampy!) skakał po drabinie ściągając je z półek i dobierając do nich żarówki, na nasz widok zrobił minę, która sugerowała, że chce natychmiast stąd uciec przez najbliższą szybę wystawową, rzucić pracę, zażyć fiolkę relanium i zamknąć się w szafie na tydzień.

Innym razem, idąc do dentysty przez rejon miasta, którego nie znoszę (oj, bo pracowałam tam kiedyś i źle mi się kojarzy…) postanowiłam nie rzucać się w oczy, żeby przypadkiem nie spotkać kogoś, z kim musiałabym rozmawiać, przesunęłam się na drugą stronę chodnika i starałam się wyglądać incognito.

Oczywiście nie bardzo wiedziałam jak się to robi, więc po prostu przyspieszyłam.

Kilka sekund później, w ramach nie rzucania się w oczy, skakałam po ławce z półtorametrową miotłą w ręce, zrzucając dziewczynce piłkę z drzewa.

WCALE nie było mnie widać.

W poczekalni u dentysty dowiedziałam się z jakiegoś designerskiego magazynu, że istnieje jedwab bananowy. Do tej pory myślałam, że jedwab to jedwab – z pup gąsienic, a tu proszsz. Oczywiście musiałam od razu sprawdzić co to takiego i czemu dywany z tego są takie ekskluzywne. A Dziubas na przykład w ogóle nie był ciekawy.

I proszę jaka ignorancja w kwestii trendów w urządzaniu domu!

W zamian poszedł „obsikać temat flizowania”, jak to obrazowo ujął, i od kilku dni siedzi w garażu układając na ścianie płytki.

Dzięki temu jestem taką słomianą wdówką, że ta słoma zaczyna mi wyłazić z butów.

Czy dobrze mi się wydaje, że jutro już weekend?

Wstawaj nie udawaj!

Chyba coś się komuś pomyliło.

Albo ja coś przeoczyłam.

Choć wersja najbardziej prawdopodobna to ta, że powiedziałam dziś wieczór głośno „Ok, Bobo poszedł spać, to ja sobie teraz ODPOCZNĘ.”

Nie dałam się sprowokować sielską-anielską wizją targania kosiary po wyboistych stokach naszego pseudo-ogrodu.

Ani staniu nad Dziubasem w garażu kiedy on będzie malował ścianę folią w płynie (Daję słowo, do niedawna nie miałam pojęcia, że folia plus woda nie oznacza złotej rybki niesionej do domu z zoologicznego…).

Nie skusiło mnie też 743509 pranie w tym tygodniu. Tak, jestem świadoma faktu, iż mamy wtorek. W tej strefie czasowej.

Nie.

Postanowiłam, że biorę prysznic, jem kolację o stosownej porze, a potem oglądam Dzwonnika z Notre Dame, bo nigdy tej bajki nie widziałam i nie mogę przestać o niej myśleć odkąd usłyszałam ścieżkę dźwiękową.

I wtedy się zaczęło.

Najpierw do domu wszedł Dziubas – ten sam Dziubas, który wyszedł z niego 30 sekund wcześniej i oświadczył, że kąpania nie będzie, bo on coś robi z rurą (mam nadzieję, że nie tańczy na niej wieczorami w garażu, bo w sumie spędza w nim ostatnio dużo czasu i wraca dość zmęczony…) i musi wyłączyć wodę.

Postanowiłam, że przeczekam, zajmę się czymś innym. Zadzwoniła Szalikowa, więc na fajnej (i długo wyczekiwanej) rozmowie czas miło zleciał.

Wchodzę do pokoju, wyciągam piżamę i ładuję się do łazienki.

Wchodzi Dziubas i prosi, żebym mu odkręciła jeszcze raz tą wodę, bo on zakręcił i nie wie czy coś nie kapie.

Odkręcam, nie kapie.

Wracam do łazienki.

Udaje mi się wziąć prysznic, chociaż nie udaje mi się wziąć więcej niż jednego ręcznika z szafy po drodze, więc wycieram się jak mogę takim nieco większym od ścierki. Góry od piżamy też nie mam, a nie ma mowy, żebym chociaż na sekundę założyła tą „zużytą” po całym dniu koszulkę. Jedyny dostępny ręcznik w formacie A4 mam na głowie. Mokry. Od włosów.

No to zakrywam się jak mogę i wychodzę do pokoju po coś do zarzucenia. Wszystkie rolety podniesione, okna otwarte, jeszcze jasno, ludzie spacerują z dziećmi, a ja kucam jak partyzant i przegrzebuję szufladę goła do połowy, bo nagle okazuje się, że nie ma w niej nic. Coś mi wzięło i zeżarło wszystkie podkoszulki.

Ostatecznie znajduję i zadowolona wstaję i zarzucam go na siebie, zapominając już, że okna, że dzień, że jasno i ludzie, więc pewnie już zyskałam sobie opinię wiejskiej jawnogrzesznicy. Pfff, zyskałam. PODTRZYMAŁAM. Zyskałam jakiś czas temu, kiedy pół wsi lampiło się na mnie w kościele, bo miałam na sobie czerwoną szminkę i biżuterię. Nie kwiecisty wór pokutny jak reszta kobiet w wieku 30 plus.

Trudno. Życie.

Zrobiłam kolację, siadam.

Włączam Dzwonnika.

Dzwoni telefon.

Nasza Specjalistka od Obejścia.

15 minut nie moje, bo robi się akurat bardzo rozmowna (jak nigdy dotąd).

W międzyczasie Dzwonnik leci sam dla siebie, ja tęsknym okiem patrzę na jedzenie a za oknem nagle pojawia się Dziubas i prosi o nożyczki.

Matko…dom wariatów.

SIADAM. Decyduję, że po 21 mój telefon już zawsze będzie wyłączany, na oczy zakładam kapki i wkładam do uszu stopery.

Wchodzi Dziubas. Żebym pomogła zwinąć taką jedną siatkę, bo sam nie da rady.

Siatka zwinięta, zadania wykonane, uprzejmie oświadczam wszem i wobec, że odmeldowuję się już, koniec, kropka, nie ma mnie.

Drogi Pamiętniczku, jest 21.40 chociaż jak zaczynałam odpoczywać była 19.40.

Życie jest niesprawiedliwe.

A w TV znowu leci film z Seagalem.

A ja siedzę na kanapie i nerwowo spoglądam to na drzwi, to na telefon i zaczynam mieć pierwsze objawy paranoi i poważne stany lękowe.

Chyba się położę i będę udawała, że śpię, dopóki Dziubas nie zalegnie koło mnie.

Bo wtedy, zamiast spać, zawsze włącza mi się tryb konwersowania…Zemsta nadchodzi! ;) 

Gardłowa sprawa

Jakże cudowny początek tygodnia, zaczynający się nieodmiennie poniedziałkiem (nie chce być inaczej…) przywitałam bólem gardła nie z tej ziemi.

Przeziębiłam się w upale.

Po prostu rewelacja.

A w zasadzie to nie przeziębiłam, tylko odwodniłam i zmęczyłam. Dziś rano wstałam z objawami konkretnego kaca. Oczywiście nie przypominam sobie żebym piła cokolwiek alkoholowego. Chyba, że na imieninowym obiedzie u Mamy-Wu ktoś wlał mi jakiegoś burbona do zielonej herbaty.

Od biegania za przeróżnymi rzeczami bolą mnie wszystkie mięśnie. Boli mnie też chyba skóra głowy. Jeśli to możliwe.

Przegrzaliśmy się całkowicie, przemęczyliśmy i w związku z tym poszliśmy spać wczoraj o dwudziestej. To nic, że było jeszcze całkiem jasno.

Oczywiście wstaliśmy niewyspani.

Wyglądam dzisiaj jakbym piła przez ostatnie 3 dni, mam podkrążone oczy, rumieńce na twarzy i półprzymknięte oczy.

Po prostu cud, miód i orzeszki.

Do tego sterczą mi spięte włosy, bo wczoraj, w ramach traktowania ich w sposób humanitarny, spaliłam je lokówką. Po tym upiększającym (?) zabiegu stworzyłam sobie na łbie takiego pudla, że oczywiście musiałam to jakoś upiąć. Te części, które zwisnęły, przypominały bardziej progi niż fale.

Wymyśliłam sobie do tego kocie oko eyelinerem, który co rusz w tym upale się rozmazywał, więc co jakiś czas musiałam sprawdzać czy nie wyglądam jak panda albo ofiara przemocy domowej.

No bo co jak co, ale niestety makijaż w wersji minimum muszę mieć. Bez zakrytych rumieńców i z niepodkreślonym okiem wyglądam jakbym kilka ostatnich nocy nie spała, tylko przeryczała.

Co najlepsze, zaraz po powrocie do domu muszę wszystko zmyć bo wydaje mi się, że mam na twarzy kilo tynku i moje komórki umierają bez dostępu powietrza.

Whatever.

Tak czy inaczej, z utęsknieniem czekam na to, aż ten dzień się wreszcie skończy, ktoś wyciągnie mi te szpile z gardła i kupi mi coś słodkiego, bo w domu wszystko słodkie się skończyło.

No dobra, nie wszystko, ale w szufladzie jest czekolada, którą kupiłam Dziubasowi na dzień ojca, więc wiadomo, że jej nie otworzę.

Ech…

Włochate myśli

Muszę koniecznie zapuścić włosy!

Pomyślałam tak od razu, kiedy wyszłam od fryzjera. A raczej mojej fryzjerki. W zasadzie nie tylko mojej – NASZEJ, bo liczba chodzących do niej dziewczyn z mojego grona zwiększa się chyba z dnia na dzień.

Oczywiście już od miesięcy czekałam na ten moment, kiedy nareszcie usiądę w fotelu i B. uruchomi swoje latające nożyce żeby pozbawić mnie jakichś 20cm włosia. Myślałam o tym codziennie, marzyłam wieczorami, przeglądałam mnóstwo zdjęć i w końcu zdecydowałam się na tą jedną jedyną fryzurę. Nie za długo, nie za krótko, w sam raz.

Nie chodzi bynajmniej o to, że jestem z tej hmm…”usługi” niezadowolona. (Boszszsz…właśnie przypomniało mi się, jak ostatnio na hiszpańskim powiedziałam mojej super lektorce, że jestem książką a następnie zapytałam „Komu tańczysz?”…Naprawdę, NAPRAWDĘ nie powinnam obcować z ludźmi…). Fryzura 100% jak ze zdjęcia, tylko ja w niej wyglądam jak pół dupy zza krzaka.

Chociaż tym razem nie musiałam niczego przyklepywać po wyjściu z salonu. Bo zazwyczaj B. mówi, że „podnosimy włosy!” i kiedy spoglądam w lustro mam wrażenie, że wyglądam jak hrabia Dracula albo inna narzeczona Frankensteina.

W zimie sytuacja jest prosta, bo mam ze sobą czapkę. Ma się rozumieć, że zakładam ją w konspiracji, kiedy już oddalę się trochę od salonu, żeby nie było, że B. się nade mną napracowała a ja niszczę dzieło sztuki.

Inne pory roku sprawiają, że przemykam po cichu ulicami przylizując się na każdym kroku, bo mam wrażenie, że wszyscy dookoła się gapią i szeptają do siebie pokazując na mnie palcami „Boże, widziałaś ją? Ale ma włosy, nienormalna jakaś!”

Tak, wiem. WIEM. Mam problem. No i co z tego?

Chociaż podobno przyznanie się do tego, że posiada się problem, to pierwszy krok do sukcesu.

Dziubas natomiast problemu nie widzi.

Może to i dobrze? Pewnie lepsze to, niż gdyby skomentował moją nową fryzurę np. „O matko, coś Ty ze sobą zrobiła?!” albo „Kim jesteś i czemu zeżarłaś moją żonę?!” (To w wersji, w której fryzura dodaje mi tez kilogramów na twarzy)

Dziubas za każdym razem na moje eksperymenty z włosami reaguje tak samo: Najpierw patrzy od niechcenia nieobecnym wzrokiem, a potem pyta „Jesteś zadowolona?” – wtedy ja odpowiadam (jeszcze pełna uniesień po nawdychaniu się tych różnych odżywek i lakierów), że tak, na co on rzuca hasło ostateczne, kończące rozmowę: „To najważniejsze”.

Dziubas problemów ze swoimi włosami nie ma. To niesprawiedliwe. On obcinanie włosów traktuje tak prozaicznie jak tankowanie samochodu. Co w oczywisty sposób dowodzi, po raz kolejny zresztą, że mężczyźni mają łatwiej.

Ostatnio, kiedy wieczorem starałam się wyciągnąć z niego komplementy i usłyszeć jakąś świetlaną wizję nas razem w przyszłości, zapytałam go:

- I jak to będzie Dziubas, zestarzejemy się razem?

- Zestarzejemy! – Zakrzyknął bez chwili wahania obolałym głosem. – Ja pierwszy osiwieję!

Ech…Idę pooglądać zdjęcia hippisów.

Kuchenne rewelacje

To, że nie nadaję się do życia wśród ludzi, wiedziałam od zawsze.

Być może stąd właśnie pragnienie życia w dziczy.

Od kilku dni też łaskawy los przypomina mi, że inni ludzie to akurat najmniejszy problem. Bo co jak co, ale zaufania do samej siebie ostatnimi czasy mieć nie mogę.

Czasami wydaje mi się, że w tym ogólnym chaosie wystarczyłoby mnie zakręcić dookoła własnego domu kilka razy i mogłabym nie trafić już nigdy do środka.

Ha! Dopiero by było!

Już sobie wyobrażam te pomieszczenia zasłane skarpetami, narzędziami i powywlekanymi rzeczami ze wszystkich szafek dostępnych Bobowi. Istny armageddon!

Bo Dziubas, przykładowo, jest bardzo porządny i zorganizowany. W tych aspektach, które oczywiście on uważa za istotne.

I tak oto, jedzenie czegokolwiek poza stołem odpada całkowicie, ale za to skarpety wiszące na krzesłach czy kanapie, ewentualnie mokry ręcznik wciśnięty na świeżo pościelone łóżko nie stanowią dla niego żadnego problemu.

Ja natomiast, ze swoim niemieckim pedantyzmem muszę mieć wszystko zapięte na ostatni guzik, bo inaczej się uduszę i nie zasnę, jeśli na ziemi leżałyby skłębione onuce, chociaż padałabym na pysk ze zmęczenia.

I wydawałoby się, że nadal trwam sobie w tym moim idealnym, masochistycznym i uporządkowanym świecie, a tu proszszszszsz – jaka niespodzianka!

Otóż wszechświat staje ostatnio na głowie, żebym nie musiała niczego piec. Daje mi to delikatnie do zrozumienia, sugeruje, dźga pod pachą, a ja bezczelnie go ignoruję. No i po co? Sam mnie prosi, żebym zamiast pieczenia wybrała jakąkolwiek formę relaksu, a ja się sprzeciwiam. Pfff, doprawdy, nie poznaję samej siebie…

Najpierw biszkopt, który z założenia miał skopać tyłek wszystkim innym stworzonym do tej pory, urósł na całe 5 centymetrów a po wyjęciu nadal opadał. Nie wiem, może chciał mi zademonstrować wizualnie co znaczy osiąganie depresji.

Jako, że miałam go uratować jakąś genialną masą, którą miał zostać przełożony, wrzuciłam do elegancko ubitej śmietany MROŻONE owoce. Oczywiście nie musiała minąć nawet sekunda, żebym została z michą lejącej się wody, z miną, która mogłaby miażdżyć głazy w kamieniołomach.

Potem przyszedł czas na muffinki, których zapomniałam posłodzić, więc w smaku przypominały chleb. W przypływie euforii postanowiłam zrobić na wierzch słodki krem z bitej śmietany (boszsz…no ja w ogóle, nic a nic, nie uczę się na własnych błędach!), który nonszalancko po nich spłynął, jako, że były jeszcze ciepłe. Jakieś niezlokalizowane ośrodki podkorowe kazały mi to wrzucić do lodówki, żeby nie topniało. Po godzinie muffiny przypominały konsystencją kamienie, a smakiem niedogotowane ziemniaki.

Samo gotowanie też stało się dla mnie jakiś niezrozumiałym wyzwaniem, więc to, że coś przesolę, albo w ogóle nie posolę, przypalę albo nie dogotuję, to ostatnimi czasy normalka. Dziś, kiedy udało mi się w końcu zrobić normalny obiad, okazało się, że szklane naczynie żaroodporne się kruszy, więc nie wiadomo czy trochę szkła nie wpadło do mięsa.

Boszszsz…co to w ogóle ma być, ja się pytam?!

I pewnie normalnie nawet bym się przejmowała, ale od niedawna wyznaję zasadę, że wszystkie rzeczy dzieją się z jakiejś przyczyny i żeby słuchać tego, co wszechświat stara się nam przekazać.

I dochodzę do wniosku, że następnym razem podgrzeję jakiegoś gotowca, a w zamian wyłożę się na dywanie koło bawiącego się Boba i będę podziwiać swoje paznokcie. Albo sprawdzać, czy końcówki mi się nie rozdwajają.

Dziubas na pewno będzie zachwycony.

Ale jakoś mu to wytłumaczę.

Co prawda jeszcze nie wiem jak, ale może coś wymyślę.

A jak niczego nie wymyślę, to może chociaż wzbudzę w nim poczucie winy? Na przykład: Chciałam Ci ugotować obiad, ale w trakcie prawie zemdlałam! A to wszystko dlatego, że powietrze u nas w domu jest bardzo zanieczyszczone, bo nie mamy nic zielonego, co mogłoby je filtrować, a Ty ostatnio nie pozwoliłeś mi kupić tej paprotki!

Albo: Poślizgnęłam się na skórce od ziemniaka, którego obierałam do TWOJEGO obiadu, bo nie mam nowych butów!

Nie, na to chyba nie pójdzie…

Matko…czy są jakieś karnety do barów mlecznych?

Bo chyba czas kupić menażkę i ustawić się w kolejce po kilo ruskich…

Nad wyraz (!) wakacyjne wspomnienie

Po całym dniu spędzonym w sposób aktywny, a wręcz nadpobudliwy, docieramy do miejsca docelowego, z którego zamierzamy wyruszyć na krótką przejażdżkę rowerową.

Jako, że w amoku wakacyjnego „wypoczywania” i „relaksu” jesteśmy w drodze od rana, kiszki grają nam marsza (Matko, co za głupie określenie…kiedy jestem głodna jeszcze nic mi nigdy nie zagrało. Dosłownie i w przenośni. Występuje wówczas jedynie szybka przejażdżka po stadiach głodu: Zmęczenie-Senność-Apatia-Agresja-Depresja-Morderczy Głód-ToWszystkoTwojaWina,TrzebaByłoZjeśćWtamtymMaku5KilometrówWcześniej).

Naszym oczom ukazuje się ciąg PGR-ów przerobionych na pokoje do wynajęcia dla turystów. Z zewnątrz widać, że tutaj czas zatrzymał się na wyborze Edwarda Gierka na prezydenta RP Ludowej. Spodziewam się, że wewnątrz także nie wiszą kryształowe kandelabry oświetlające marmurowe podłogi.

Na środku owej konstrukcji widnieje napis sugerujący obecność jedzenia.

Zawijamy Boba pod pachę i podchodzimy do wejścia.

Pod ścianą tego przybytku siedzi trzech dżentelmenów w wieku średnim, sącząc powoli piwo ze szklanek. Na pierwszy rzut oka widać, że to kilku kumpli, którzy przyjechali tu oderwać się od rzeczywistości. Kilkudniowy zarost, humory dopisują. Piwo, jak łatwo zauważyć, też nie pierwsze dzisiaj, ale są bardzo kulturalni, pozytywni, uśmiechnięci i bardzo otwarci.

Informują nas, że wynajmują pokoje w tym właśnie kołchozie (bosz…no wybaczcie, ale naprawdę nie wiem jak to nazwać) stąd wiedzą, że kuchnia już zamknięta, kucharka wyszła i nic z tego nie będzie, ale jak chcemy, to podzielą się z nami kiełbasą i piwem.

Z uśmiechem odmawiamy, okazując oczywiście wdzięczność, bo wiadomo – dzielenie się pokarmem tego typu sugeruje ogromne poświęcenie.

Zamieniamy jeszcze kilka zdań, ja poprawiam sobie Boba na ręce, Dziubas zamyślonym wzrokiem rozgląda się dookoła. Podziwia budynek od prawej do lewej i z góry na dół.

Chcąc zmienić temat rozmowy a jednocześnie ją podtrzymać, Dziubas raz jeszcze spogląda na PGR, na panów i nagle, ni z tego ni z owego, wali prosto z mostu:

- Czyli jest tu też jakaś NOCLEGOWNIA, tak?

Boszsz…..

„Busy hands are happy hands?”

Na nic ostatnio nie mam czasu.

A kiedy już mam czas, to nagle okazuje się, że w sumie wcale go nie mam…jakkolwiek filozoficznie to zabrzmi.

Kiedy w końcu spędzam w domu pierwszy cały dzień od tygodnia, okazuje się, że hałda prania zeżarła kosz (bo nie widać go wcale, a zgaduję, że gdzieś w tych czeluściach musi być), podłogi się kleją, lodówka jest pusta (jeśli chodzi o coś normalnego do jedzenia) a zarazem pełna (produktów przeterminowanych, starych, zepsutych, śmierdzących, a także w stanie starczego uwiądu). Trawa znowu urosła o kolejne centymetry, więc Dziubas znowu ma w planach koszenie.

Pomijam fakt, że wczoraj Isabel (nasz doradca do spraw obejścia) kazała nam wpuścić na trawę gościa z traktorem, żeby nam to wszystko najlepiej ZABRONOWAŁ.

Nie no, luz.

Pomijam już fakt, że mogła nam to powiedzieć jakoś na wiosnę, kiedy śniegi stopniały, a nie teraz, kiedy uzyskaliśmy nareszcie efekt trawnika a nie pobojowiska z chwastami.

Już się cieszę na samą myśl posiadania kwadratu przeoranej ziemi za oknami.

Szczególnie po deszczu.

Trzeba będzie zaproponować któremuś sąsiadowi wydzierżawienie naszego ogródka jako wielkiego aquaparku dla świń, bo szkoda, żeby takie fajne błoto się marnowało.

Kto wie, może po jakiejś serii ulew zrobi się z tego prawdziwe bagno i pojawi się też odpowiedni rodzaj robactwa?

Chyba natychmiast potrzebuję drinka…

Z racji tego, że Bobas postanowił niedawno bardziej nie spać w dzień niż spać, pole manewru mam – co by nie mówić – BARDZO ograniczone. Z dwóch godzinnych drzemek zrobiła się nagle jedna 1,5-godzinna.

Mając do dyspozycji 1,5 godziny i WSZYSTKO do zrobienia, o efektach wspominać nawet nie będę.

Jem dalej w biegu. Albo na stojąco. Tak czy tak, w pośpiechu.

Schemat jest przeważnie taki sam: nagle czuję jakiś gigantyczny głód, wiec stoję w kuchni przy blacie i pożeram co mi akurat wpadnie w ręce. Przy tym rozglądam się czy nikt mnie nie widzi. Z naprzeciwka zawsze patrzy na mnie pies i obdarza mnie pojedynczym szczeknięciem. Ewidentnie mnie potępia. Robi mi się wstyd przed psem wiec oddalam się od okna.

Ech…chciałabym usiąść sobie w ciszy na tym wymarzonym tarasie i wypić mrożoną herbatę. Zamknąć na chwilę oczy, posłuchać śpiewu ptaków, poczuć letni wiatr i słońce na twarzy…

 Chce mi się ciszy i spokoju. Chociaż troszeczkę…

Dziubasowa w wielkim mieście

Zdziczałam na dobre.

W okamgnieniu stałam się osobą uczuloną na miasto, komunikację miejską, obecność ludzi dookoła, hałas, zgiełk i smrody wszelakiego pochodzenia.

Ostatnio jestem zmuszona pozałatwiać niektóre zaległe sprawy, więc od kilku dni Bobas spędza kilka godzin z babcią, a ja jeżdżę. Autobusem, tramwajem, Szprotem albo Dziubasowozem.

Z jednego przesiadam się na drugie, z drugiego na trzecie i tak dalej.

W międzyczasie uświadamiam sobie, że to całe jeżdżenie jest totalnie bezproduktywne, bo wszystko, co pozornie udało mi się załatwić, tak naprawdę po chwili bierze w łeb.

I tak na przykład dzisiaj zrujnowałam się finansowo u lekarza, który przepisał mi specyfik ewidentnie dla mnie niewskazany. Jego skład zobaczyłam w domu, wieczorem. 

Nie zapamiętałam dwóch istotnych zdań, które przekazała mi pani w banku, bo w głowie miałam tylko „O Boże, na pewno mam mak między zębami po tej drożdżówce, którą właśnie zjadłam!”.

Prawie zrobiłam jesień średniowiecza z mojego tylnego zderzaka i czyjegoś przedniego, kiedy moja zgrabna i niezawodna stópka nie dość mocno nacisnęła gaz zwalniając ręczny. Oczywiście połowę drogi powrotnej miałam zawał połączony ze stanami lękowymi.

U dentysty w komputerze znalazła się nagle kwota dwustu złotych zaległości, przyprawiając mnie o palpitacje. Szybko okazało się, że to pomyłka, ale zanim to nastąpiło, postarzałam się o kolejne lata, rozdwoiły mi się końcówki i pojawiła jakaś nowa zmarszczka mimiczna.

W sklepie nie było rzodkiewki. Od której jestem uzależniona. Ale były bataty więc uznajmy, że nie jest tak źle.

No i jeszcze autobus, którym jechałam, trząsł się niemiłosiernie za każdym razem kiedy stawał na światłach, a ja chyba siedziałam nad jakimś silnikiem albo czymś takim, więc może przynajmniej porozbijał mi trochę cellulitu.

Po powrocie do domu miałam ochotę zwinąć się w kłębek i zakopać w jakiejś norze. Z dala od ludzi.

Wniosek jest jeden: ja do miasta już nie wracam. Co to, to nie!

Zostaję na mojej wsi.

Będę hodować kury, lepić garnki, założę jakąś świetlicę wiejską albo nie wiem, kolektywną gnojówkę.

A Dziubas z Bobem założą ranczo i wieczorami będą łapać na lasso dzikie mustangi, które będziemy wypasać na naszym podjeździe.

PS. W końcu znalazłam w pokoju miejsce idealne dla biurka – na wprost okna. Wszystko było pięknie do momentu, kiedy zaświeciło słońce, bo dach sąsiada zmienił się w jedno wielkie lustro. Oślepłam w ciągu sekundy. Boszszsz…da się to jakoś zasłonić? Przemalować? Zgłosić do Sanepidu???

Horror z pralką w tle

Pralka, jak ogólnie wiadomo, jest urządzeniem psującym się najczęściej ze wszystkich. W życiu nie zdarzyło mi się tyle razy naprawiać żadnego innego sprzętu tyle razy co pralki – pfff! NAPRAWIAĆ! Wzywać pana od naprawy, bo co ja tam wiem o pralkach, oprócz tego gdzie się pranie wsadza, wyjmuje (i dzięki Bogu to ten sam otwór) i jak przekręcić pokrętło, żeby się wyprało.

Pralka chodzi u nas w domu na okrągło. Gdyby nagle z jakiegoś powodu przestała mielić, nie umiałabym żyć z tą ciszą w tle. Oszalałabym, zaczęła słyszeć głosy i z nerwów ogryzać paznokcie albo wyskubywać sobie włosy z głowy.

I naprawdę pojęcia nie mam skąd u nas w domu tyle tych brudów, bo jesteśmy tylko w trójkę i żadne z nas w wolnym czasie nie wyrzuca zawartości swojej szafy na gnojówkę sąsiada i nie tarza się w tym radośnie w lewo i prawo. Chyba, że o czymś nie wiem, bo akurat śpię. Co jest bardzo prawdopodobne, bo ostatnio nie tyle zasypiam, co zwyczajnie urywa mi się film.

Tak więc ostatnio nadszedł poranek jak każdy inny: Dziubas kroi sałatkę i ścieli łóżko, Bobas rozrzuca dookoła kawałki swojego śniadania a ja ładuję brudy do komory losującej. Nastawiam pranie, wychodzę i zasiadam przy stole. Po chwili rozlega się piszczenie.

Matko jedyna, pralka nie chce prać!

Pędzę na miejsce zdarzenia. Cisza, nic, zero. Na wyświetlaczu enigmatyczny zapis E:16.

Kod rodem z Kodu Da Vinci, bo niby co to ma oznaczać?

Wołam Dziubasa, specjalistę od zarządzania kryzysowego w naszym domu (Chyba, że chodzi o Bobasa albo robaki). 

Dziubas wrzucając pościel w czeluść łóżka sugeruje poczytanie instrukcji.

Boszszsz….no chyba gdybym chciała czytać instrukcję to bym go nie pytała, tak?

Zrezygnowana idę na górę i znajduję pudło z instrukcjami i gwarancjami kilka razy większe od mojej głowy.

Na najwyższej półce.

Oczywiście nie chce mi się wracać na dół po stołek, więc staję na palcach i zaczynam szarpać.

Pudełko spada z głośnym hukiem na ziemię, odpada kawałek pokrywy.

Luz. Najważniejsze, że jest na ziemi.

Dotarcie do instrukcji pralki zajmuje jakieś 578567430954 minut, bo okazuje się, że każdy nasz sprzęt domowy ma ich kilkanaście, w tym każdą we wszystkich możliwych językach świata i grubości Quo Vadis. Boszzszszsz…no już widzę oczami wyobraźni jakieś plemię w Ameryce Południowej siedzące przed szałasem z patykami i studiujące zawarte w owej instrukcji zagadki związane z ustawieniem optymalnej temperatury ich najnowszej inteligentnej lodówki.

Z radością otwieram książkę (księgę! Opasłe tomisko!) do pralki.

Błędy zaczynają się od E:17.

MAĆ, MAĆ MAĆ!

Brakło mi jednej cyferki.

No i co teraz? Zginiemy w hałdach brudów? Będziemy prać u matek? Będzie trzeba kupić sobie tarkę i chodzić do strumienia?!

A może zastosuję rozwiązanie dla E:17 i pralka nie zauważy! W końcu to tylko maszyna! To ja jestem istotą inteligentną, nie ona!

 Czytam E:17.

„Pralkę należy odsunąć, odpiąć coś tam i przeczyścić coś innego”.

Matko i córko…umrę. Powieszę się na ramiączku od stanika.

Schodzę na dół wprost w dżunglę. Bobas wrzeszczy chcąc wydostać się z fotelika, Dziubas ogląda coś politycznego. Hałas jak na dworcu głównym a w tle piszczy pralka.

Nareszcie Dziubas wpada na pomysł, żeby sprawdzić w internecie na stronie producenta.

Zaczyna mnie ogarniać niemały wkurw. Na życie, na okruchy żarcia na podłodze, na wysokie ceny nabiału w sklepach i na ginące pandy. I jeszcze do tego ta pralka!

Dziubas, nadal szukający rozwiązania sytuacji w internecie, nagle zatrzymuje wzrok na telefonie robiąc dziwną minę.

Rozlega się cisza.

Dziubas recytuje:

„Błąd E:16. NIEDOMKNIĘTE DRZWICZKI.”

Boszszszszszszszszszsz………………………………….

Stop!

No więc tak jakby, nagle i nieoczekiwanie, zrobił się czerwiec i nadeszło lato. Tym razem już na serio.

Podobno, bo ja nadal żyję gdzieś poza świadomością. Dziecko dzieckiem, ale to już chyba początki Alzheimera. Wiem, bo jemy za dużo masła.

W związku z tym zamieszczam ową listę, sporządzoną w wyraźnych punktach. Dokładnie taką, jak na zakupy czy „to do” zanim decyduję się cokolwiek zrobić.

1. Wydawało mi się, że wzruszenie z byle powodu mija wraz z poporodowymi hormonami. Nie mija. Ryczę na byle filmie, serialu albo (sic!) reklamie. Niagara. Wzruszenie. Albo moje hormony szprycują się jakimś składnikiem, którego dostarcza im moja dieta (byle co, byle złapać w locie) albo nabyły wyjątkowo osobliwej formy ADHD. Opcji, że to starość, nie biorę pod uwagę.

2. Wydawało mi się też, że zatrucie, które przeszedł Dziubas jakiś czas temu, spowodowane było lodami. W ramach poprawy samopoczucia poprosił mnie o kupienie mu lodów w sklepie. LUZ. Okazało się, że to zwyczajne zatrucie to mega śmiercionośny wirus, który rozłożył w niedługim czasie mnie i Bobasa (równocześnie), stłamsił, przeżuł, wypluł, a nawet zaprowadził na kilka długich dni do szpitala.

3. Zapisałam się na hiszpański. Bo niby czemu ja nie mogłabym się go nauczyć? W związku z powyższym latam na kurs dwa razy w tygodniu,a Dziubas przepytuje mnie non-stop jak powiedzieć „Muszę wysłać pieniądze mężowi”. Nie wiem. Boję się zapytać.

4. Moje zdolności taneczno-koordynacyjne nie poprawiły się nic a nic. Ani odrobinę. Ostatnio, kiedy w przypływie radości wesoło kicałam i machałam rękami, wykonując – w moim mniemaniu oczywiście – ognistą sambę, Dziubas spytał, czy suszę paznokcie.

5. Co więcej, moja wdzięczna koordynacja sprawiła, że uderzyłam się drzwiami od auta w ucho (!) tak boleśnie, że następne kilkanaście minut zwijałam się i syczałam. Ucho było czerwone przez następne dwa dni.

6. Dziubas nadal potrafi idealnie wywęszyć swoimi tajemniczymi receptorami moment, w którym siadam po dniu pełnym wrażeń, wołając z drugiego końca domu „Dziubaaaaaaaaaaaaaaaaas??” i podsuwając wieczorne rozrywki typu „Umyjemy okna a potem płytki w łazience?!”. Rozważam zapisanie go na jakieś biegi z przeszkodami, żeby wyżył się wieczorami po całym dniu spędzonym za biurkiem. Kiedy zaś odpoczywa, ogląda kamerkę on-line z bocianim gniazdem, wołając co chwilę „O, mały się zesikał! Chodź, zobacz!”. Pojawia się też nagle kiedy już zasypiam, pełen werwy i ochoty na rozmowę o tematach przeróżnych, podrzucając poduszkę do góry tak, że łapie ją na kilka centymetrów nad swoją twarzą. Albo moją. Idzie spać dopiero kiedy zrobi na koniec „giant dropa”.

7. Moja wizja spędzania tegorocznego lata na tarasie z kawą (nie piję kawy, ale dla tej wizji mogę spróbować) dostała w pysk mokrą skarpetą. Tarasu jak nie ma tak nie ma, nie widać go w naszych najbliższych planach, a po „wyrównaniu terenu” nasz ogród (?) wygląda jak wysypisko śmieci. Zatem wizja oddala się z miesiąca na miesiąc, a ja patrzę z okna na hałdę ziemi z wystającymi z niej patykami i pojedynczymi źdźbłami trawy.

8. Mam obsesję posiadania czegokolwiek zielonego w domu, chociaż jestem w stanie ususzyć kaktusa. Co więcej, nadal nie wiem gdzie miałabym sobie to coś postawić, ale oj tam. Przecież jak juz kupię to miejsce samo się jakoś znajdzie, co nie?

9. Nadal fantazjuję o sprzątaniu bez przerywników. W myślach widzę siebie pucującą podłogę, szafki w kuchni i łazienkę, rozpylającą jakiegoś brise`a w powietrzu. Boszsz…na mózg mi padło. To nie tak oczywiście, że nie marzę o wakacjach w 5* hotelu, biżuterii czy 75847543 parze butów. Po prostu odzywa się moja pedantyczna natura i czasami dominuje tą zwykłą, codzienną.

10. Udało mi się w zeszłym tygodniu wyrwać na chwilowe zakupy do Reserved. Po szorty. I znowu zakochałam się w ich nowej kolekcji. Mogłabym tam mieszkać, zachwycać się, głaskać niektóre ubrania i tarzać się w pozostałych. Co najśmieszniejsze, do zeszłego roku nawet do tego sklepu nie wchodziłam, bo nigdy nie udawało mi się tam niczego kupić. W drodze do sklepu, stojąc w aucie na światłach, dostałam ulotkę zachęcającą do płukania jelita. Dwa dni później Dziubasowóz odmówił posłuszeństwa i odjechał spod domu (windą do nieba) lawetą.

A dziś jest poniedziałek, wyszło słońce i chcę pobiec na zieloną trawkę…

 Odpoczynku mi trzeba!