Trudne Pytania

Po kilku dniach zamknięcia i izolacji w domu spowodowanej chorobą Boba, nareszcie (wczoraj) nadszedł piątek. Oczekiwałam wieczora z utęsknieniem i wyobrażałam go sobie na milion sposobów. Jakbym conajmniej szła na randkę z jakimś filmowym macho-superstar a nie pod prysznic i do spania.

Wieczór nadszedł. Dziubas wrócił do domu. Moje obolałe mięśnie zawyły z radości, bo oto już nie będę musiała więcej nosić tam i z powrotem Boba. Odpoczną przeciążone kolana, przetrącony kręgosłup i bicki jak u facetki-kulturystki. Przysięgam, że po tych codziennych spacerach farmera z Bobem w jednej ręce, spokojnie mogłabym podrzucić w górę Pudziana i okręcić go sobie kilka razy nad głową.

Sytuacja, Panowie i Panie, idealna. Bobo śpi. Ja już prawie w objęciach Morfeusza. W sumie to chyba zaczyna mi się śnić jakieś focze rodeo czy inna zwierzęca abstrakcja, kiedy w drzwiach staje Dziubas:

- Dziubaśniku, chodź! Przykręciłem półki, doceń męża!

Boszszsz…znaczy, że co? Że mam W S T A Ć ?! Z cudownego pachnącego cieplutkiego łóżeczka?

- No chodź, Dziubas, no musisz zobaczyć! Doceń!

Matko jedyna…no to wstaję. A raczej zwlekam się. Jednym okiem się zwlekam i chyba stoję tam w tym pomieszczeniu i coś tam widzę.

- Pięknie! – Odpowiadam i odwracam się na pięcie.

Wtedy Dziubas rozpoczyna Nocną Serię Trudnych Pytań:

- Dobrze wygląda? Ale nie, przyjrzyj się! Na pewno? Podoba Ci się? Ale nie wydaje Ci się krzywo? Bo wiesz, chyba jest krzywo…No, jest! Bo ja to robiłem tak żeby było równo z podłogą a tu podłoga jest wieeeeesz…szuuuu! Krzywa! Ale widać, czy nie? No jest krzywo..no krzywo! I niepotrzebnie Ci mówiłem, że krzywo!

Wydaje mi się, że te wszystkie zagadnienia dochodzą do mnie gdzieś spoza naszego układu słonecznego. Bo w sumie to śpię i nie jestem pewna czy stoję czy leżę. Jedyne bodźce, jakie do mnie docierają to zimno w stopy. Patrzę tym jednym okiem na Dziubasa, odpowiadam coś w stylu „Hnffffff” i wracam do łóżka jak na autopilocie.

Okazuje się, że czeka nas noc pełna atrakcji, bo w związku z katarem/ząbkowaniem czy cholerawiadomoczym, Bobo postanowił bardziej nie spać, niż spać. W sumie po raz pierwszy odkąd się urodził. No to wstaję. Znaczy zwlekam się tym okiem. Dziubas zaczyna Serię Drugą:

- Dziubas, co mu jest? A jak myślisz? Dzieje mu się coś? Może mu trzeba posmarować czymś dziąsła…mamy maść na ząbkowanie? Musimy kupić maść…dasz mu jeść? A może chce się napić? A gorączki nie ma? Dajemy mu ten lek?

No nie wierzę. Schemat jest ten sam – Dziubas mówi, ja gdzieś stoję, jedno oko, zimna stopa. Ostatecznie bitwa z Bobasem wygrana, kładę się.

Zasypiam. Ogarnia mnie ciepło. Jest mi jakoś różowo, jasno, przytulnie i chyba umieram, bo czuję taki ogrom cudownych uczuć w związku z opatuleniem się moją kołderką. Widzę jakąś radosną krainę małych zajączków…wtedy Dziubas niespodziewanie atakuje Serią Trzecią:

- A jak się NAZYWA ta maść?

Boszszsz. CO?! Mężu mój przenajdroższy, fontanno mego szczęścia, kamieniu kamieni, JAK SIĘ NAZYWA TA MAŚĆ?! Serio, pytasz mnie o to o DRUGIEJ CZTERDZIEŚCI PIĘĆ? Jak się NA-ZY-WA? A jakie to ma znaczenie?!

- Dentinox – Odpowiadam jakoś bez pomocy ośrodków podkorowych. Sen, błogość, ciepło…

- Jak??

Mamo. Nie mogę.

- DENTINOX.

Cisza. Ok. Już nie muszę dziś nic więcej wiedzieć. Odwracam się kuprem. Ciepło, raj, szczęście, małe kaczuszki, niebiańska muzyka…

- A jakie ona ma działanie??

Nosz do ch*ja pana i reszty sofistów. No nie. Kumbaja my Lord. Normalnie czuję jak siwieje mi pół łba i jakieś ukryte włosy na karku stają dęba. Puszka Pandory otwarta. Atomówka na Nagasaki. Czarnobyl płonie. Dziewczynka z Ringu wychodzi z telewizora.

- Takie, że go nie boli.

Odpowiadam, chociaż zgrzytam zębami tak, że ciary chyba chodzą po plecach sąsiadom z końca ulicy.

- Ale nie, co ona robi?

O, Wszechświecie…normalnie będę ryczeć, albo nie wiem. Czuję, że posiadam jakąś tajemniczą żyłę w skroni, która nagle dudni jak murzyńskie bębny. I przekrwione oko.

- Ma działanie ściągające na rozpulchnione dziąsła i odrobinę znieczula.

No! Odpowiedziałam fachowo! Teraz już na pewno zasłużyłam na sen! Niestety przez kolejne długie minuty, które ciągną się jak guma w majtach, Dziubas dopytuje a czemu znieczula, a jakie ma składniki i że co? Lignokaina? Aha.

Drogi Pamiętniczku, dziś jest sobota. Chyba. W zasadzie nie wiem, bo jestem gdzieś poza świadomością.

Wiem jedno – od dziś na noce instaluję sobie zatyczki do uszu i opaskę na oczy. W razie ataku Zgaduj Zgaduli zrobię to, co powinno się zrobić w starciu z niedźwiedziem: Udaję martwą.

Cheers!

Jesienne chronotypy

Szanowni Państwo, już niedługo Boże Narodzenie. Otóż nagle i niespodziewanie rozpętał się listopad i po gwałtownym sprzątnięciu zniczy z promocji w hipermarketach, zaczynają pojawiać się tu i ówdzie przyczajone czekoladowe Mikołaje. Póki co „Last Christmas” jeszcze nie usłyszałam, więc chwilowo wstrzymuję się z rozwieszaniem świątecznych dekoracji.

W szale wychowywania obudziłam się (?) właśnie dziś, w listopadowy dzień. Choć patrząc na mój ostatni wpis, poszłam spać w sierpniu. Nie wiem jak to się dzieje, kto mi kradnie mój zen, kto zasysa moje kontinuum czasoprzestrzenne i nie wiem też kto zrył w ciągu ostatniej nocy jedyne przyzwoite kilka metrów kwadratowych naszego pseudo-trawnika.

I właśnie uświadomiłam sobie, że jestem miksem delfina z niedźwiedziem. Bo w chwili wolnej od matczynych obowiązków, dowiaduję się właśnie wszem i wobec, że każdy z nas posiada swój chronotyp odpowiadający określonemu zwierzęciu. No więc nie mogę zdecydować, czy wolę być niedźwiedziem czy delfinem. Luz. Nawet nie chcę się zastanawiać jakby to mogło brzmieć na zewnątrz.

Otóż okazuje się, że kiedy znajdzie się swoje wewnętrzne zwierzę, istnieje idealne lekarstwo na aktywację i dopasowanie się do rytmu dnia. Niezależnie od tego czy mentalnie siedzisz w gawrze i dokarmiają cię turyści, czy skaczesz przez obręcze i wydajesz ultradźwięki.

Czas start!

„6: 30 – wstań i zrób ćwiczenia.”

No i już mamy problem.

Po pierwsze wstań. O 6:30. Jak rozumiem, dobrowolnie. Tak jakby samo wstawanie nie było już ciężkim cardio połączonym z dźwiganiem ciężarów. I jeszcze ćwiczenia? Rozumiem, że mam odrzucić ciepłą kołdrę, stanąć na ziemi z rozmamłanymi oczami i potarganymi włosami i zacząć energicznie pompować albo robić pajacyki.

Już widzę minę Dziubasa, który otwiera jedno oko i patrzy czy wzywać uprzejmych panów w białych kitlach. Check!

Dalej – „Zaplanuj swój dzień lub pracuj nad rzeczami kreatywnymi.”

Tak więc kiedy już wszyscy siedzimy przy śniadaniu, na sam środek kuchni przywlokę tablicę z wykresami i obmyślę co w którą tabelkę umieścić: czy najpierw mleko a potem zmiana kupy? Czy może w międzyczasie pranie albo latanie po ziemi za Bobem. Rezczywiście fascynujące. Potem, w ramach pracy kreatywnej, ułożę dziś naczynia w zmywarce całkowicie odwrotnie niż robiłam to do tej pory. Check!

„Jeśli czujesz się zmęczony, wyjdź na krótki spacer.”

Oczywiście, że czuję się zmęczona. Tak więc, w ramach relaksu, przez następne pół godziny będę ubierać Boba w kolejne warstwy ubrań, podczas gdy on będzie wierzgał, wrzeszczał i uciekał z pola bitwy. Po tych 30 minutach, kiedy cała zlana potem posadzę mu kuper w wózku, zrelaksuję się na krótkim spacerze. Krótszym, niż cała faza wychodzenia z domu. W ramach tego relaksu będę pchać te 8 kilo w wózku, co chwilę poprawiać kocyk, czapkę na uszach, sprawdzać, czy nie za gorąco/zimno/sucho/mokro, czy słońce nie świeci mu w oczy, czy nie jest głodny/śpiący/whatever. Check!

Punkt kolejny – „Pracuj nad trudnymi zadaniami.”

No doprawdy, czuję się urażona. Niby wiadomo, że opieka nad dzieckiem to nie astrofizyka, ale błagam. Są dni, kiedy zastanawiam się, czy rozbrajanie bomb albo sprowadzanie na ziemię samolotów nie jest zajęciem mniej stresującym. Punkt ów pominę milczeniem.

„Medytuj lub uprawiaj jogę.”

No to medytuję – czy internet został opłacony, czemu znowu kończą się pieluchy skoro dopiero co kupowałam paczkę, kiedy zmienię opony na zimowe, czy kolejne pranie zmieści mi się na suszarce…i tak w nieskończoność. Owa medytacja niestety nigdy nie kończy się nirwaną albo osiągnięciem jakiegoś złotego środka. Jogę uprawiam codziennie. Zaczynam od pozycji Wschód słońca – z wrzaskiem o brzasku, przechodzę w ciągu dnia przez wszystkie wyluzowane kurwajegomać lotosy na środku jeziora, kończąc na polewaniu swoich czakr prysznicem około 21.00 żeby potem wsadzić je nareszcie do łóżka.

„Wyłącz wszystkie ekrany, poczytaj książkę lub idź spać.”

O, to lubię. Szczególnie, że pora spania Boba równa się u nas włączeniem wszelakich ekranów jakie mamy w domu, bo oto nagle nastała wolność, wiedzie lud na barykady z odsłoniętym cycem, więc lecimy za nią, łapiąc po drodze wszystko, co napotkamy. Gdyby ktoś nas kiedyś umieścił na płótnie jako interpretacja własna dzieła Delacroix, stalibyśmy za tym małym chłopcem z giwerami i wymachiwali wszystkimi laptopami i kindlami.

Chyba nie nadaję się z moim lajfstajlem do wpisania w żadną konwencję. Jestem chronotypowym hipsterem. Niedźwiedziem z kuprem wilka i łbem delfina. Poza mainstreamem.

Idę zatem pomedytować nad garem spaghetti i pomyślę o założeniu karty stałego klienta do Starfucksa i zakupieniu nerdowskich okularów. Just in case.