…Znów będą wakacje?

Otóż i minęły dwa miesiące, podczas których działo się tak wiele, że trudno wszystko ogarnąć jednym małym móżdżkiem.

Wyjechaliśmy na wakacje. Nasze pierwsze wakacje z Bobasem.

W sumie Bobas odpoczął.

My tak średnio, ale oderwanie się od codzienności było rewelacyjne.

Na wakacjach Bobas bujał się w nosidełku zaczepionym na Dziubasie, a ja bujałam się z torbą mieszczącą cały Bobasowy ekwipunek. Byliśmy w lesie, na skałach, pod ziemią, pokłóciliśmy się podczas burzy, jedliśmy najlepsze jedzenie na świecie we Wrocławiu i wróciliśmy późną nocą z marudzącym Bobasem przyklejonym kuprem do fotelika samochodowego.

W tak zwanym wolnym czasie (?) rozkokosiliśmy się na dobre w nowym gnieździe. I to kokoszenie się występuje w stu procentach i zabiera całą wolną przestrzeń naszego domu.

Otóż byli tacy, którzy mówili: „Jak się ma dom, to jest więcej miejsca, więc bałagan nie robi się tak szybko jak w małym mieszkaniu.”

Błąd.

Robi się szybciej. Okazuje się, że jesteśmy w trójkę mistrzami totalnego zasyfienia każdego wolnego kawałka domu. Wszystkim. Czymkolwiek. Tu wisi pielucha rzygnięta Bobo Fiutem, tam stos kolorowych zabawek, pantofle, skarpety, talerze z resztkami, suszary z praniem a w środku my.

Żyjemy w chaosie, nieporządku, ale o dziwo, jak się już posprząta to chaos nie znika. Tak więc posługuję się teorią „Bałaganiąca rodzina, szczęśliwa rodzina”. I wszyscy są zadowoleni.

Większy Bobas – od niedawna ze względu na powagę swego wieku, całych siedmiu miesięcy, zwany Bobem – to też więcej zajęć i ciekawostek z dnia na dzień. Powiem wprost: trza się więcej nalatać, bo oto odwracasz się droga matko na jedną setną sekundy a on już po drugiej stronie pokoju ryczy, bo sturlał się z koca i zimno mu od podłogi w mini ratki.

No to latam. Huśtam, zabawiam, mamlam, pierdzę w brzuch, robię głupie miny i wydaję dźwięki jak ranny borsuk. Miłość do tego stwora zalewa mnie falami tsunami, więc generalnie gie mnie obchodzi, czy ktoś patrzy i słucha, byle Bob był szczęśliwy. No i mam wymówkę, bo ja wcale nie gadam sama do siebie.

Na koniec dnia, po serii zabaw w stylu Gorilla Panic, przenoszeniu rzeczy z jednego miejsca w inne miejsce i nieustannym praniu hałdy brudów (Boszszsz…zamieniam się w szopa praca…zapuszczę pazury, popodbijam oczy i będzie jak znalazł…) nogi wchodzą mi do rzyci.

I tak się zastanawiam ile tych nóg w tej mojej de się zmieści. Bo jak wejdzie za dużo to zacznie się pewnie niebezpiecznie rozrastać.

Normalnie teraz siedzę i czuję jak mi pulsują łydy. Jakby wołały „Łóż-ko! Łóż-ko!”. Ale póki co jem kukurydzę, którą moja matula ugotowała mi około południa, wedle stylu „Wyżeram co złapię”, który zdążyłam przez ostatnie pół roku opanować do perfekcji. Zastanawiam się poważnie nad zainstalowaniem jakiejś pajęczyny.

A tymczasem Dziubas macha wałkiem na górze (To nie to co myślicie) i maluje jeden z dwóch pokojów na Soczystą Morelę, czyli kolor, który sobie wybrałam do swej ostoi. I wyobrażam sobie ją codzień.

Będzie tam tak babsko, że zawstydzę samą Hiacyntę Bukiet.

I tak.

Będzie tam stała moja menora ;)