Roswell czyli Mąż w Dom – Poradnik

Te, które noszą obrączki, zapewne wiedzą, że faceci to kosmici. Stwory z innej planety, obcy, E.T. i Alfy w jednej osobie, z którymi przyszło dzielić nam swe dole i niedole. Mężatki wiedzą też zapewne, że w relacjach małżeńskich nie ma miejsca na zawahanie – bo przeciwnik jest zawsze czujny, na swym stanowisku, gotowy do zakrzyknięcia „Ha!” kiedy tylko na sekundę opadnie nam powieka.

Po rozmowie z Szalikową, która przechodzi właśnie dokładnie przez etap małżeńsko-rodzinnej wolnej amerykanki, stwierdziłam, że tak być nie może. Że co to, to nie! Że jak to – my, Matki Polki, Żony i Gospodynie, córy rewolucji, mamy zamilknąć, podczas gdy mąż śpi spokojnie obok jednocześnie wpychając się coraz bardziej na naszą połowę łóżka?!

Zatem oto moja dzisiejsza teza – wszyscy mężczyźni są tacy sami.

Zanim stado dorosłych samców rzuci się na mnie jak na padlinę, od razu wyjaśniam: czytajże chłopie ze zrozumieniem, a potem zastanów się dwa razy nad kolejnym atakiem. Spokojnie, relax, take it easy.

Pierwsze primo: „A gdzie jest…?”

Drogi męczyzno, puchu marny! Podobno w terenie orientujesz się lepiej ode mnie, więc udowodnij! Twoje wszystkie bety nie trafiły wcale w randomowe miejsca, a Twoje onuce od ostatniego roku nie wywędrowały same (tylko dlatego, że żona Ci je pierze), więc potraktuj to jak zabawę logiczną: zapamiętaj gdzie co jest. Tym bardziej, że podczas układania ich w szafie, na pytanie żony odnośnie jakichkolwiek preferencji, odpowiedziałeś „Obojętne”. Mapa w dłoń, azymut na gatki i jedziemy z koksem! Żona to nie GPS. I ciesz się z tego, bo gdyby była GPS-em często lądowalibyście autem w jeziorze albo w polu rzepaku na drodze krajowej.

 Drugie Primo: „Trzeba.”

Osobniku pełci męskiej – żona wie, że trzeba. Że trzeba umyć jeszcze pod grzejnikiem, że trzeba następnym razem inaczej wsadzać widelce do zmywarki, że trzeba wynieść niepotrzebne pudła do garażu et cetera, et cetera…

Kochani, uświadomię Was raz jeszcze: MY W I E M Y.

I uwierzcie nam, bardzo byśmy chciały ustawić się do baczności i automatycznie spełnić Wasze polecenie odnośnie ulepszenia domowych porządków. Jest tylko kilka „Ale”: czasem chcemy zjeść, umyć się, popełnić szaleństwo typu obcięcie paznokci albo ogolenie nóg, albo po prostu na chwilę zamknąć oczy, żeby nam dynia nie eksplodowała i nie zapaskudziła brand new farby na suficie.

Skoro zaraz po „Trzeba” następuje przeważnie „Tak tylko mówię…” – mam pomysł! Weź sporządź sobie listę takich rzeczy i odhaczaj w swoim wolnym czasie. Albo nie listę – tabelkę w Excelu z kolorowym wykresem. Potraktuj to jako projekt. Naprawdę, będziemy BARDZO wdzięczne.

Trzecie Primo: „Zaraz.”

Nie znam chyba ani jednego małżeństwa nie dotkniętego ZARAZą. On zaraz to zrobi, tylko skończy oglądać ten filmik na jutubie. Zaraz pozmywa, tylko najpierw powwierca te 10 półek w garażu, bo „wypadałoby to w końcu zrobić.” Zaraz zje te owoce/warzywa, które żona podstawia pod nos, powycinane w całe kolorowe zoo, żeby tylko przyswoił coś innego niż boczek albo kiełbasa. Zaraz „tam” zadzwoni, zaraz pójdzie uspokoić dziecko, zaraz wyniesie śmieci i tak dalej. Stare powiedzenie mówi, że zaraz to taka duża bakteria.

I co, nie wstyd Wam, że jesteście nosicielami?

Czwarte Primo: „Jestem zmęczony”.

Powyższe zjawisko występuje przeważnie wspólnie z ZARAZem. Najczęściej, kiedy żona po całym dniu spędzonym na murzyńskiej harówie na Waszym wspólnym (jakby nie było!) ugorze, chce żebyście chociaż ten jeden jedyny malutki raz wywiesili pranie. Albo, co gorsza, porozmawiali. O czymkolwiek. In-ter-ak-cja! To podobno podstawa kontaktów międzyludzkich. Czy czujesz się, drogi mężu, amebą albo innym pierwotniakiem?

Nie. Jesteś mężczyzną. Groźnym niedźwiedziem. Głową rodziny. Polującym na zwierzynę, podtrzymującym domowe ognisko w jaskini. Walczącym na wojnie i konstruującym maszyny inteligentniejsze od ludzi.

To weź się ogarnij!

Tak! Dla żony to jest ważne, żebyś na chwilę skupił swój umęczony wzrok, wytężył umysł, i odpowiedział na kilka pytań związanych z planem na dzień kolejny, żeby nie doszło z Twojej strony do sytuacji opisanej w podpunkcie Drugie Primo. I ciesz się, że żona w ogóle Cię pyta! Inaczej miałbyś w domu zasłony w kwiatki, zastawę w secesyjne zawijasy, włochate dywany i ściany w tajemniczym kolorze ecru. Spójrz więc na to z tej perspektywy: Twoje zdanie mężu liczy się dla Twej żony.

Happy now?

Piąte Primo: „Ale o co Ci chodzi?!”

Tak, tak, wiemy. Starsi nauczyli nas, kobiety, że mężczyzna się nie umie domyślić. Ale na litość, kiedy wykładamy to jak łopatą, skup się!

Kiedy żona prosi, żebyś zabrał ją raz na ruski rok na romantyczną kolację albo kupił kwiatka, nie nokautuj jej od razu zwrotami typu „Ale przecież o Ciebie dbam!”.

Męże – doceniamy Waszą ciężką pracę. To, że niejednokrotnie utrzymujecie finansowo cały nasz dom i nas same. To, że od razu wiecie, że to co piszczy w aucie to klocek hamulcowy. To, że potraficie bez wahania otworzyć kubeł farby i pomalować cały pokój.

Ale na litość, żona też człowiek!

Od czasu do czasu powiedz jej, że wygląda ładnie, nawet jak ma pod oczami takie wory, że mogłaby w nie zapakować cały Wasz dobytek i wlec go po ziemi przez pół miasta. Te wory ma między innymi dla Ciebie. Bo zamiast w swojej wolnej chwili wywalić się kuprem do góry i malować paznokcie, wyprasowała Ci stertę ciuchów, żebyś nie wyglądał w pracy jak bezdomny. Uwierz mi, będzie szczęśliwa. Bo dla kobiet liczą się drobne gesty.

Przynieś jej czasem kwiatka z Biedry za pięć złotych, tak bez okazji.

Powiedz, że ładnie jej w tej sukience, przytul, cmoknij w czoło.

To nic nie kosztuje, zabierze Ci z Twego cennego żywota jedną nano-sekundę, a będziesz miał u boku uśmiechnięte i zadowolone stworzenie. Chyba nie muszę przekonywać, że warto.

Szóste Primo: „Obojętne.”

Mało jest słów na tym świecie, które potrafią kobietę doprowadzić do takiej agresji i totalnej awarii systemu.

Halo, mężczyzno! Skoro Cię pytam, gdzie chcesz, żebym to położyła, odpowiedz NORMALNIE. Bo za chwilę będziesz mi robił Pierwsze Primo. Skoro pytam czego chcesz się napić, to powiedz NORMALNIE na co masz ochotę, bo następnym razem bez ogródek żona chlapnie Ci w szklankę wodę destylowaną do żelazka i gęgo ją to będzie obchodziło co się z Tobą stanie. To, że żona Cię o coś pyta, to element dbania o Ciebie. O to, żebyś był zadowolony. Żebyś mógł w swej głowie kliknąć sobie prawym na „preferencje”, rozwinąć pasek, i wybrać odpowiednią dla siebie. I korzystaj z tego mężczyzno, bo potem koledzy będą mówić, że jesteś pantofel, bo żona stawia Cię przed faktem dokonanym i nie daje wyboru. A podejmowanie decyzji to podobno domena męska. Więc PODEJMUJ. Bo ja już nie mam siły…

Siódme Primo: „Daj, ać ja pobruczę, a Ty poczywaj!”

Boszszsz…no i ok. My wiemy, że Wy zawsze chcecie dobrze. O to często się kłócimy. O pomoc w obowiązkach. Ale zasada jest jedna – jeśli nie wiesz – pytaj żonę!

Bo my już wiemy, że po takiej pomocy będziemy musiały uprać pościel jeszcze raz, tym razem nie z czerwoną skarpetą w środku bębna pralki. Albo wywiesić pranie od nowa, nie nawarstwiając na siebie pięciu koszul, „bo nie ma miejsca”, które będą się nam kisić na suszarce przez dwa miesiące zanim wyschną.

Jeśli zaś chcecie nam pomóc w zajmowaniu się dzieckiem, żebyśmy w końcu mogły wyskubać te brwi Leonida Breżniewa, to błagam na wszystkie świętości, pozwólcie nam zrobić to w spokoju! Nie pytajcie nas przez drzwi łazienki gdzie coś jest, jak to zrobić, albo czy możemy podejść i Wam to podać.

Nie możemy.

Na spokojny bezstresowy prysznic czekałyśmy tydzień. Przez resztę tygodnia wyłączałyśmy wodę kilkanaście razy w trakcie, bo zdawało nam się w mózgach, że dziecko ryczy. Z poślizgiem i mokre leciałyśmy na złamanie karku do pokoju sprawdzić, czy śpi/żyje/oddycha/nie dławi się czymś.

A już na pewno zakazane są wszelkie formy „Długo Ci to jeszcze zajmie?!”.

Tak, całą wieczność.

Ale jak wyjdę z tej łazienki okaże się, że nie posiadam już włosów na nogach ani pod pachami, mam czyste włosy a moje pięty nie wyglądają jakbym przed chwilą ugniatała nimi jakiś czarnoziem.

Zainwestuj w tą chwilę dla żony, a sam będziesz zadowolony. Rama rama, om om.

I kiedy drodzy mężowie zaproponujecie nam coś, na czego dźwięk śpiewają nasze serca niewieście, sprawcie, żeby trwało to długo. Nie spieszcie się, działajcie powoli i dokładnie.

Bynajmniej nie mówię o pożyciu. Chodzi mi o spacer z dzieckiem.

Nie wracajcie do domu po 15 minutach, „bo ryczy”, albo „Już przeszliście tam i z powrotem i co jeszcze macie robić?!”

Kiedy my wychodzimy, uprawiamy włóczęgostwo abyście Wy, drodzy mężowie, mieli chwilę spokoju w Waszej zwierzęcej ostoi.

Traktujmy się fair!

Kiedy zabieracie dziecko na spacer i wracacie za 5 minut, czujemy się tak, jakby ktoś odebrał nam wymarzoną zabawkę od świętego Mikołaja i napluł do zupy.

Podsumowując – każda z nas, żon, zapewne dopisałaby tu jeszcze kilkanaście swoich podpunktów rodem z życia codziennego.

Ale jako, że i my jesteśmy wszystkie takie same, chodzi nam o to, abyście mężowie ułatwiali nam i samym sobie tę wspólną wędrówkę po ziemskim padole.

Więc baaaaczność!

I od dziś jeden miły gest dziennie dla swej kobiety.

Naprawdę warto, drodzy mężowie!

Wykończenie

Nadszedł ten wielki dzień. Po wielu „To już prawie” i „No już byśmy chcieli” przeprowadziliśmy się.

Jednak sam ten fakt niewiele znaczy, gdyby nie wziąć pod uwagę procesu o jakże znaczącej nazwie WYKAŃCZANIE. Nazwa ta, jak się okazuje, nie bierze się znikąd…

Na sam początek ekipa, która ma ułożyć podłogi i wylizać ściany wkracza do akcji dziś. Po kilku miesiącach okazuje się, że w sumie panowie nie są tu codziennie, a stojący koło domu toi-toi chyba napełnia się magicznie. Jak ten stoliczek co się sam nakrywa. Tak samo jak magicznie pojawiają się coraz to nowe śmieci w kontenerze. Wcale nie podrzucane przez lokalesów. W OGÓLE. Bo przecież wiadomo, że wśród odpadów typu wiaderka i folie wszelkiej maści zawsze znajdzie się komplet zużytych opon zimowych.

Panowie wykończeniowcy w zetknięciu z pełcią przeciwną potrafią jedynie powiedzieć „O nieeee, ja się tego nie podejmuję! Pani! Ja tego w ogóle nie robię!”

Co ciekawe, po telefonie wykonanym kilka godzin później przez Dziubasa w tej samej sprawie, pan przyjeżdża na drugi dzień i robi to, o czym była mowa. Luz. Uprzedzenie? Frustracja? Zemsta? Co nimi kieruje, chyba nie dowiem się nigdy.

Ale dobra, dobra, załóżmy, że ekipa jest, żyje, jakoś tam działa. Przechodzimy do działu zamówień. I tu zaczynają się schody.

Bo oto okazuje się, że rzeczy stojące w sklepach nie są do kupienia.

Nie, nie, bynajmniej!

Możemy je sobie zamówić i jak dobrze pójdzie, będą na jakiś listopad-grudzień za dodatkową opłatą.

…No ja rozumiem, że towar wystawowy typu kanapa, na których co rusz ktoś sadza zad, nie jest pożądana w ognisku domowym, ale na litość! Spodziewałam się raczej, że sklepy meblowe posiadają też twór typu magazyn, gdzie można to przechować! Jak widać moja szalona wyobraźnia znów pogalopowała za daleko. Bo teraz to jest jakaś moda, że wszystko się sprowadza. A że jest jeden pan Zenek, który ręcznie odlewa sprężyny w swej pracowni, to musi to i potrwać i kosztować.

Tak oto ta ogromna przyjemność z wybierania sobie sprzętów kończy się za każdym razem machnięciem ręki i rzuceniem w powietrze stanowczego „Aaaa chuj!”. W ten oto sposób przeważnie ma się na stanie kolekcje mebli, które są a) zupełnie nie w naszym stylu, b) nie w kolorze, który chcieliśmy, c) za drogie, d) nijak nie zgadzające się wymiarowo.

W tym oto momencie mija drugi dzień odkąd podłoga nasza jest zasłana (żeby nie użyć tam w środku „er”) kartonami, bo jedynie Ikea ma to, co chcemy, w cenie, która nie jest porównywalna do najnowszego Maserati. Tak więc drugi wieczór Dziubas skręca komodę, która ma 56847835 szuflad. Witryna i półka dalej leżą i kwiczą. I kiedyś tam pewnie się je skręci. Póki co dobrze się na tych kartonach siedzi i stawia kubek.

Przede mną jeszcze wyzwanie typu dywan i na samą myśl już mam w gardle nerwową gulę. Spodziewam się, że te wiszące w sklepie są tylko atrapami, a na prawdziwy będę musiała poczekać do maja, bo tylko wtedy w Andach lenią się jaki, z których sierści ręcznie tkają taki dywan tybetańscy mnisi.

Boszszsz…oszaleję!

Tornado

Właśnie dostałam maila z serwisu, że przez miesiąc nie dodałam żadnej notki.

MIESIĄC.

Jak to jest możliwe?! Gdzie? Kiedy? Kto mi zajumał ostatnie cztery tygodnie?!

Cztery tygodnie. TY-GO-DNIE.

Boszszsz…Działo się tyle rzeczy, że aż się w tym wszystkim pogubiłam…a więc po kolei:

- Przeżyłam serię wypychania mnie z kasy zadem przez klientki stojące za mną zanim zdążyłam spakować swoje zakupy. Matko, ja nie wiem o co w tym chodzi! Nie można spokojnie wrzucić parówek do swojej reklamówki, bo baba tuż za mną leży mi na plecach i już, już, szybko wypycha mnie stamtąd jakby świat miał się skończyć zanim kasjerka przewlecze przez pikacza jej polędwicę sopocką. Nie wiem, nie rozumiem, nigdy nie zrozumiem. Kobity, szanujmy się! Żadna z nas nie jest w takiej Biedrze dla własnej przyjemności – nie oszukujmy się. Dla przyjemności możemy paprać się najwyżej kremami w Rossmanie. Więc pozwólcie spokojnie zapłacić za swoje zakupy i zawinąć je w siatkę. Zdążymy. Nikt nas stamtąd nie wyrzuci, świat się nie skończy, pandy nie wymrą, deszczowe lasy nie zginą. Wyluzujcie!

- Jakiś człowiek wątpliwej proweniencji przy okazji zachwytu nad Bobasem, zapytał mnie w wiejskim supermarkecie czy nie wycieka mi mleko. Luz. Nawet nie chcę tego komentować.

- Odbijaliśmy Bobasowi szkity w masie, żeby babcie miały na pamiątkę. Nigdy nie przypuszczałabym, że to taka harówa, odcisk nie wychodzi, a Bobas wrzeszczy, że trzyma się go za nogę. Horror w opłotkach. Nigdy więcej. Przy kolejnej takiej okazji odbiję dzieciakowi ucho jak będzie spał i po sprawie. Przynajmniej będzie pamiątka niestandardowa.

- Miałam przyjemność parokrotnie korzystać z usług punktu drukującego zdjęcia, w którym siedzi baba z wiecznym PMS-em. Nie sądziłam, że takie jeszcze istnieją. Raczej skłaniałam się ku opcji ukąszenia się we własny język i wyginięcia od zatrucia własnym jadem. Ale są. Mają się dobrze. Czekają na swój czas i są wkurzone.

- Zrobiłam dwa okrążenia do Jysku (na który by the way Juanita, mama po mężu, mówi DRZYZG) po kołdry i pościele. Z Bobasem. Zatem po obu stronach wózka miałam zaczepione siaty z tymi kołdrami XXXXXL. Wyglądałam jak Kolumbijczyk z wyjątkowo objuczonym osłem dźwigającym wory z kawą. Tak. Ludzie patrzyli.

- Menora dotarła do domu kiedy Dziubas wrócił z pracy. No bo WIADOMO. Paczkę schowałam i nie chciałam powiedzieć co to. Po drodze gdzieś tam w aucie wydusił ze mnie, że to świecznik. Od razu spytał ile ma ramion. ON WIEDZIAŁ. Póki co wepchnął mi go na wysoką półkę w szafie, do której nie dosięgam.

- Pewnego wieczoru po spontanicznej wycieczce na wieś musieliśmy wykąpać Bobasa w dmuchanym pontonie z wielorybem (Wszystko jest fajna ha-ha, dopóki nie trzeba WYLAĆ z tego wody. W łazience. Do brodzika.) a Dziubas w pośpiechu prał na zmianę gatki, bo zabrakło rezerwy, a potem suszył je W P I E K A R N I K U. Nie będę dwa razy powtarzać.

 Moje zmęczenie, niewyspanie i ogólne zamotanie doprowadziło do serii rozmów typu:

 Dziubas: Co jest w tych pudłach?

Ja: Stuff.

D.: Jaki stuff?

Ja: Nasz.

D.: Ale co znaczy „stuff”?

Ja: No rzeczy.

D.: Ale JAKIE rzeczy?!

Ja: Nasze!

D.: ……A konkretniej?

Ja: No moje i Twoje!

Oraz gwoździa pewnego usypiającego wieczoru:

Dziubas: Bolą mnie stopy. Od twardego.

Ja: Może źle pogryzłeś?

 Poza tym dostałam zalecenie od lekarza (nieco zbyt przypominającego Hannibala Lectera…) żeby się nie stresować, więc już od jutra będę kwiatem. Na tafli. Wyluzowanym.

 A przynajmniej tego bym sobie życzyła…