M jak Malowanie, M jak Menora.

Jako, że weekend to świetna okazja do odpoczynku, postanowiliśmy z Dziubasem kontynuować remont, który już od jakiegoś czasu siągnie się i wlecze i końca nie widać.

No ja nie wiem, ale chyba pojmujemy „relaks” zupełnie inaczej. Zresztą przestałam się temu dziwić kiedy Dziubas stwierdził, że „urlopu to on nie bierze po to żeby odpoczywać”. To najwyraźniej jedna z tych różnic damsko-męskich, o których można perorować bez końca.

Tak więc po przebraniu się w seksi stroje robocze – ja, bo Dziubas zapomniał i malował w swym wyjściowym (?) podkoszulku – Dziubas postanowił rozdzielić prace. Jak zawsze, bo ja to zazwyczaj stoję na środku i macham rękami.

- Dziubaśniku, obklej rogi taśmą malarską! – Rozkazał pewnym głosem Dziubas ku mojemu niezadowoleniu.

- Dziubas, ale nie! Ale ja nie chcę! Proszę! Mogę wszystko tylko nie to! – Zawołałam rozpaczliwie.

- Tak tak, wiem, możesz wszystko tylko nie wszystko.

Ooo, to już przesadził! To ja mu pokażę, że to kobiety rządzą światem! Ja nie umie? Ja nie moge? Ja wszystko moge! Challenge accepted!

Już po kilku sekundach poddałam się walkowerem, kiedy rozwinięta taśma zwijała się z powrotem sklejając się bezpowrotnie i owijając swoim toksycznym klejem wszystko, tylko nie wyznaczone rogi.

Zdzira. I to jaka perfidna!

Udało mi się obkleić kilka elementów ale ilość jadu wydostająca się wówczas z mojego organizmu spowoduje na pewno przedwczesne starzenie i wydalenie sporej ilości kolagenu, więc pewnie zrobią mi się zmarszczki i cellulit i to wszystko będzie wina Dziubasa, bo kazał mi kleić.

Zdecydowanie lepiej bawiłam się machając wałkiem, chociaż Dziubas powierzył mi zadanie specjalne, czyli malowanie takich kątów, w krótych nic nie widać jak się zrobi źle. Nie powiem, żebym specjalnie protestowała, chociaż i tak stwierdził, że widzi smugi. Białej farby położonej na białej. Do tej pory myślałam, że to kobiety dramatyzują w kwestii kolorów. Najwyraźniej się myliłam.

Niezrażona skakałam na krzesło i z krzesła, podczas gdy Dziubas przypominał:

- Tylko pamiętaj o wałku! Często mocz wałek!

- Tak, wiem, częstomocz! – Odpowiadałam pochłonięta malowaniem i zachwycona w miarę jak przybywało pomalowanej powierzchni.

Malowałam ściany, moczyłam wałki, myłam je, składałam i przenosiłam drabinę a w międzyczasie karmiłam wrzeszczącego Bobasa.

WCALE nie miałam zakwasów na następny dzień. W OGÓLE.

W ramach odpoczynku od remontu kupiłam sobie jakieś designerskie magazyny M jak Mieszkanie czy inne Paznokcie i Terakota. No bo wiadomo – jak remont to i urządzić to jakoś trzeba.

No to przeglądam te pięknie wysprzątane mieszkania. Że niby faktycznie zamieszkane a nie wybudowane na potrzebę sesji zdjęciowej magazynu.

I tak oto dochodzę do akcesoriów. I szczena opada mi z łoskotem z kanapy na podłogę.

Najwyraźniej oglądam wnętrza mafijne albo królewskie, bo widzę wałek do ciasta za 300 złotych. I inne suszarki do naczyń za tysiąc-pińćset.

Kurwa mać (Pardon my French) WAŁEK ZA TRZY STÓWKI!

Nie wiem co musiałoby mi się stać w mózg żebym mogła wydać tyle na kawałek drewna do spłaszczania ciasta.

W międzyczasie uświadamiam sobie, że te czasopisma były najmniej trafionym zakupem minionego tygodnia. Łącznie kosztowały dziewięć złotych.

W głowie przelatują mi obrazki „co mogłabym kupić za 9 złotych”. Ciasto na niedzielę. Mokre chusteczki do wycierania Bobasowego kupra. Kilka biletów autobusowych. Zestaw plastikowych misek piknikowych w Biedrze.

Sfrustrowana rzuciłam w kąt gazety i w moim umyśle zaczął się wyścig z czasem. Nadal nie wiem co mogłoby stać na tym zacnym wyimaginowanym stoliku tuż przy drzwiach, gdzie niedbale będę rzucała klucze, drobne a wazon na nim stojący zawsze będzie pełen świeżych kwiatów.

I wtedy właśnie kupiłam menorę.

Oj, bo ja nic na to nie poradzę! To było moje ukryte wstydliwe marzenie, o którym nigdy nikomu nie mówiłam!

To jedna z tych rzeczy-antyków, którą zawsze widziałam stojącą w moim wymarzonym domu. Menora – element domowej sielanki przywołujący na myśl ciepłą chałkę, ognisko domowe i tę cudowną klezmerską muzykę. W mojej wyobraźni zobaczyłam siebie, roześmianą, z gromadką dzieci wycinających ze mną ciastka kolorowymi foremkami. Nucimy sobie jakiś fragment „Skrzypka na dachu” a za oknem pada śnieg.

Teraz już wiem, że Dziubas wyrzuci mnie z tym z domu.

Będę bezdomną z workiem gaci i żydowskim świecznikiem.

Może ktoś z Was mnie przygarnie?

Naturalnie

Jakoś tak nie umiem się dziś na nic zdecydować.

Niby coś bym porobiła, ale jednak mi się nie chce. Bobas śpi a ja wyjadam z puszki masę krówkową. Łyżką. Bo po wczorajszej tarcie, którą robiłam w ramach niespodziewajki dla Dziubasa, zostało za dużo żeby ją zjeść a za mało żeby ją do czegoś wykorzystać. No to jem.

Co chwilę wstaję, bo mam ochotę coś porobić. Cokolwiek. Ale jak już wstanę to mi się odechciewa wszystkiego i siadam z powrotem.

Może to pogoda? Dzień tygodnia? Hormony?

Boszszsz…

Nie wiem czego chcę.

Gary w zlewie, pełno rzeczy do prania a ja siedzę bo mam ochotę na coś bardziej wzniosłego.

Na przykład poczytałabym książkę na leżaku.

Albo przespacerowała się w deszczu po jakimś lesie.

Mogłabym też przemalować mieszkanie na inny kolor.

Ale pranie? Zmywanie? Bez sensu.

Chce mi się łona natury. Takiego pachnącego i zielonego. Bez żadnego tam upału czy insektów typu komar czy mucha. I jakichś owoców na tym łonie. Truskawek! Albo malin!

I żeby Dziubas zabrał mnie na jakąś pieszą wycieczkę.

Powietrza!

Stage of denial

Ja to jednak nie umiem normalnie funkcjonować wśród ludzi.

Kogokolwiek spotykam ostatnio na swej drodze ma dla mnie same niezwykłe mądrości odnośnie mojego wyglądu, postępowania albo wychowania. Ma się rozumieć, że nie noszę na sobie koszulki z napisem PROSZĘ, POUCZ MNIE! Moim marzeniem stała się samotnia i kieszonkowy miotacz ognia.

Poza tym od kilku dni cokolwiek byłoby do załatwienia, okazuje się rzeczą niemożliwą do wykonania. Zgodnie z planem nie idzie nic, telefonów nikt nie odbiera a rzeczy oczywiste okazują się tylko pozorami – jak na przykład ubezpieczenie Szprota, które miało sobie być do listopada tego roku. Nagle okazuje się, że „ktoś polisę wygasił”.

Nie no, luz. Nic się nie stało oprócz tego, że pół roku jeździmy nieubezpieczonym autem. I nie przypominam sobie żadnej prośby gaszenia czegokolwiek, ani w stosunku do byłych właścicieli Szprota, ani Łasicy-komisiarza ani tym bardziej żadnego strażaka.

Wyprodukowałam też ciasto – biszkopt przełożony masą truskawkową, która po zmieszaniu i zmiksowaniu wyglądała jak soczysty paw. Pysznie, sama radość. Być może dlatego, że te truskawki były z puszki i pochodziły z firmy Happy Frucht. No ja doprawdy nie rozumiem, jak coś, co jest niemieckie w ogóle może być happy, tym bardziej zestawione ze słowem happy. Happy Krankenschwester? Happy Schmetterling?

W przypływie dzikiego uderzenia upału w mózg postanowiłam zrobić sobie blond pasemka, które robię sobie co roku. Tym razem na łbie wyszła mi pomarańczowa zebra. Brakowało tylko kogoś w odblaskowej kamizelce ze znakiem stop w ręku, kto towarzyszyłby mi na każdym kroku i przeprowadzał stadko dzieci z tornistrami na drugą stronę mojej głowy.

Bobas za to żyje w zaprzeczeniu. Wszystko robi na odwrót i wszystko wokół niego dzieje się nie tak jak dziać się powinno. Kiedy zasypia, nagle ktoś grzmotnie wiertarą udarową w ścianę albo ja coś zrzucę na ziemię. Kiedy rzygnie, to zawsze na to miejsce, którego akurat 5cm kwadratowych nie było zakryte pieluchą. Kiedy decyduje się na zacną dwójeczkę, okazuje się, że nie mamy mokrych chusteczek. Położony na brzuchu, zamiast podnosić głowę wierzga szkitami jakby chciał pełzać. Odkąd zauważyłam w jego obecności, że krówka robi Muu, wszystkie zwierzątka w jego mniemaniu robią Muu. Nieważne czy to zebra czy panda. Dziubas powiedział, że nie jestem w stanie udowodnić, że panda nie robi Muu, więc teoretycznie Bobas może mieć rację.

Dziubas za to powiedział mi, że zepsułam mu rolkę papieru toaletowego. Bo czytając nazwę Bunny Soft nakreśliłam mu obrazek podcierania się małym białym króliczkiem. I zauważyłam przy okazji, że nazwa papieru musiała powstać, bo widocznie ktoś wie, że taki bunny jest soft w podcieraniu się.

Boszszsz, nic mi nie wychodzi, wszystko się rypie jak dwa kanarki w klatce a ja zamiast kury jem same ziemniaki. I na dodatek pada!

Chcę na wakacje!