Czas, start!

Intensywnie mijają dni kiedy posiada się tylko dwie ręce i dwumiesięcznego Bobasa. Łóżko, którego nienawidzę nagle staje się bramą do raju, prysznic nieziemskim relaksem a depilacja nóg albo malowanie u nich paznokci niedoścignionym luksusem zarezerwowanym jedynie dla sułtanatu.

No i przypuśćmy jest sobie taki dzień jak dziś, co nie? Jadę z Bobasem do mojego osobistego Lekarza od Spraw Wewnętrznych i cała drogę myślę o tym jak później stamtąd wyjadę tyłem nie miażdżąc jakiejś części Szprota. Rozmiar Szprota jednak okazał się być na tyle łaskawy, że pozwolił mi na szybkie zawrócenie po krawężniku domu lekarza i wyjechanie stamtąd przodem. Szybkie, bo Bobas zostawił w poczekalni aż zanadto sugestywną woń, a ja, zła-matka-siad!, nie zabrałam ze sobą żadnej pieluchy bo po co? Skoro ja tylko na godzinkę a to nie Bobasowa pora na takie zachcianki.

Wracając do domu załadowałam Bobasa w wózek i bujam żeby zasnął. Szkity majdają coraz szybciej i szybciej, ryk na końcu nosa, więc przyspieszam wózek. Jednym okiem patrzę w telewizor, gdzie jakaś przypadkowa pani domu z nieco mniej perfekcyjnie umalowanym okiem robi jakiś deser, na widok którego kiszki zaczynają grać mi marsza i przypominam sobie, że niczego nie jadłam…w sumie od wczoraj. Kiedy rozpuszcza czekoladę w kąpieli wodnej zaczynam się zastanawiać kiedy nasz Bobas miał ostatnio kąpiel wodną. Nie mogę sobie przypomnieć dokładnej daty, więc automatycznie w głowie robię notatkę krzyczącą na czerwono, że trzeba go dziś umyć.

I wtedy TO się stało. Trafiła mnie szaleńcza myśl i już nie opuściła. Opętała mnie idea zrobienia obiadu. Złożonego z dwóch dań.

Kiedy tylko uśpione szkity wiotczeją i przestają wymachiwać, zaczyna się wyścig z czasem! Lecę do kuchni nie zważając na przeszkody po drodze.

I oto jedną ręką przyprawiam zupę, drugą mieszam sos, jedną nogą wrzucam do wody makaron, drugą podsmażam mięso z indyka (podobno – przemielone tak, że samo by już nie pamiętało czy gdakało czy kwiczało), trzecią nogą…damnit trzecia noga! Nigdy cię nie ma kiedy jesteś potrzebna!

W ferworze walki ścieram na tarce warzywa z rosołu tworząc Paskudną Pożywną Sałatkę Warzywną (nazwa wymyślona w trakcie, ha-ha) i niepotrzebnie z rozpędu dodaję do niej gotowaną cebulę. Jedząc ją mam wrażenie, że przeżuwam powietrze z pokoju staruszka. Come on! Na pewno wszyscy się ze mną zgodzą, że u starszych osób w domach ZAWSZE pachnie gotowaną cebulą!

Tak oto gotowa już jest zupa, sałatka i spaghetti po bolońsku, które należy już tylko posypać tym genialnym dojrzewającym serem, co tak sobie leżakuje u nas już kilka miesięcy. Po otwarciu pudełka niestety okazuje się, że ser osiągnął dojrzałość płciową większą niż ja, więc używam plebejskiego radamera. Już trudno, nasze burżujskie podniebienia żywione na promocjach w Biedrze jakoś to przełkną.

W międzyczasie latam do pokoju jakieś 454757841 razy sprawdzając, czy z wózka nie sterczą w górze wymachujące szkity. Nie sterczą. Kiedy myję stos garów nasłuchuję czy Bobas się nie budzi, bo wtedy mogłabym powiedzieć „Dziubasku, Bobas płakał i już nie zdążyłam, pozmywasz??”. Cisza. No to szoruję.

Na sam koniec przypomina mi się, że kilka godzin temu podgrzewałam w mikrofali krokieta i teraz leży tam samotny i zapomniany. Bo mam nadzieję, że nadal tam leży a nie wyszedł z niej o własnych siłach po tak długim czasie pobudzony dawką promieniowania. Na szczęście nadal tam jest, więc jem go. W ciszy. Mając cały obiad gotowy. I pisząc tę notkę.

Synu, jeśli kiedykolwiek to przeczytasz (choć nie jest to ogólnie rzecz biorąc najbardziej zachęcająca i poprawna politycznie lektura parentingowa), to wiedz, że jesteś najspokojniejszym Żabem na świecie! I postaraj się budzić raczej w momentach kiedy zmywam, nie kiedy mam zamiar jeść.

Peace!