Ruch drogowy czyli pospolite ruszenie

Na codzień bardzo się staram nie przeklinać. Podkreślam słowo „staram”, bo wiele mnie to czasem kosztuje – psychicznie i fizycznie. Dziubas nie lży i jest wysławia się poprawną polszczyzną i długimi pięknymi zdaniami, co czasem, w zestawieniu z nim, cofa mnie do epoki, w której ludzie mówili „krowa-jeść!”.

Najwięcej inwektywów leci w miejscu, w którym spędzam póki co nie tak wiele czasu, ale zdarza mi się. Od czasu do czasu. Raz na kilka dni. Mniej-więcej.

Otóż uwielbiam prowadzić samochód. No normalnie uwielbiam! Nic na to nie poradzę, jest to dla mnie jak nałóg i kocham te chwile kiedy Bobas siedzi z wielką zmarszczką na nosie w stylu „Samo Zło”, jadę ku zachodowi słońca odebrać Dziubasa z pracy a z głośników radia leci jakieś Linkin Park. Ogromna frajda, wielka przyjemność i uczucie wolności i ogólnej zajebistości. Endorfiny na wyższym levelu. Plus 5 do many.

Niestety te cudowne chwile zakłócają mi ludzie zwani powszechnie INNYMI KIEROWCAMI. No ja wiem, bez kierowców na pustych drogach to nie wchodzi w grę. I oczywiście, duża część jeździ poprawnie politycznie, ba, czasem nawet podziwiam u niektórych styl prowadzenia. Jednak pozwoliłam sobie na małą segregację tych, którzy potrafią wycisnąć ze mnie Niagarę przekleństw i podnieść ciśnienie trzysta razy.

Panie i panowie, spotykamy ich na codzień! Nienawidzimy ich! Gardzimy nimi! Chcemy rzucić w nich kawałkiem przeterminowanego mięsa! Tadam!

Kierowca Buc – Często po 50-tce, z nadwagą i wąsem. Wyjeżdża Ci wprost przed maskę z drogi podporządkowanej bądź z miejsca parkingowego. Nagle i znienacka. Mijając Cię rzuca Ci spojrzenie tak pełne nonszalancji, że Krzysztof Krawczyk w białym garniturze z lokiem na środku czoła nie może się z nim równać. Wzrokiem mówi Ci: „Pfff! Widzisz, babo? Ja umiem prowadzić, ty nie. Tak się jeździ, o!”. Wybaczamy z racji wieku i statusu wagowego. Także dlatego, że pamiętamy dobre stare przysłowie mówiące, iż u starego myśliwego torba dłuższa niż fuzyja. Niech ma tę chwilę triumfu tylko dla siebie. Ulitujmy się nad nim w środku, w duszy.

Kierowca Przedwczesny Wytrysk – Raczej niski przedział wiekowy, bądź kończący się w granicach kryzysu wieku średniego, kiedy to kupuje się auta z silnikiem pierdzącym głośniej niż chłodziarko-zamrażarka w Kefirku. Zawsze stoi za Tobą. Czai się. Kiedy światło w ciągu nanosekundy zmieni odcień na żółty aby zaraz zakwitnąć na zielono, on tam jest. Kiedy nagle zamigota zielona strzałka, on tam jest. Kiedy wpuścisz kogoś przed siebie w korku, tak, ON tam jest. Trąbi. Rozkłada ręce nad kierownicą pokazując ci, jaka z ciebie miękka fajka. Że „Boszszsz, no co ta baba wyprawia!!!”. Omija, wymija, wyprzedza i stuka się w czoło. Ustąpcie mu. Niech pohasa jeszcze wesoło na swym asfaltowym łonie natury dopóki nie trafi na kogoś dużego z bejzbolem pod siedzeniem starego żuka, kto nie będzie tak litościwy w dialogu.

Kierowca Pipa – Postać z serii „Zesrała się bida i płacze”. Siedzi to w tym swoim aucie, świat jest taki wielki a on taki malutki. Nie wie jak się tu znalazł, pewnie przygnało go tornado wraz z Dorotką i jej psem, tylko ona dotarła do Oz a ten zgubił się w okolicach Ząbkowic. Chcesz pomóc, bo gdzieś w sercu na dnie czujesz misję pomagania słabszym, ale on w swej żałości nie umie skorzystać z tego wielkiego daru. Przepuszczasz go zatrzymując się na głównej, żeby wjechał sobie na boczną. Zwalniasz. A on nic. Migasz mu światełkiem. Stoi. Pokazujesz ręką: jedź, jedź, spłoszona sarno! On Ci odmachuje i próbuje przepuścić Ciebie. Skutkuje to tym, że pusta droga, która była do tej pory za Tobą zamienia się w sznur aut wku…niezadowolonych z twego odruchu uprzejmości, więc machasz mu szybciej zamieniając adresata z sarenki w barana. Uwaga, Kierowca Pipa, choć nazwa może być myląca, to najczęściej mężczyzna.

Kierowca Torba – Pani designerka. Lalunia, dżaga, fifi-rifi w Ray-Banach narzuconych niedbale na włosy w modnym ombre. Auto obklejone kwiatkami, rzęsy nad reflektorami, z tyłu na półeczce położony szereg zwierzątek uzbieranych na promocji w Żabce. Jedzie 20 lewym pasem żeby pisać smsy i wrzucać zdjęcia na insta albo lajkować na fejsie. Jeszcze nigdy nie wygrała żadnych darmowych ajfonów, ale kto wie, może tym razem szczęście się do niej uśmiechnie?Najprawdopodobniej zaparkuje obok Ciebie zostawiając Ci 20cm miejsca na wejście do samochodu. Współczujemy. Tu nie ma innej dobrej reakcji. Na jakikolwiek sprzeciw z naszej strony naburmuszy się psując najnowszy botoks, rozpłacze albo postraszy bogatym tatusiem wymachując kubkiem ze Starfucksa.

Kierowca Niedzielny – Wesoły Staszek, co to wyciąga raz w tygodniu swą Zastawę z garażu szwagra po to, żeby przylansować się na mieście. Podziwia widoki zajeżdżając Ci drogę podczas kontemplacji natury. Świat jest piękny, życie wspaniałe, a Halina zadowolona, bo w kiosku znów sprzedają jej ulubione rajstopy z klinem. W radiu na full „Kawiarenki” i jedziemy! Na takich uważamy szczególnie. Są nieprzewidywalni w swej radości i afirmacji życia. Pozwólmy im na to wybierając trasę z daleka od nich. W końcu mają tę radochę tylko raz w tygodniu.

Panie i Panowie, to tylko niewielka część tej gigantycznej dżungli panującej na drodze. A czy Wy znaleźliście już swój ulubiony typ?

Bo tak sobie myślę…

…Jedząc „kanapkę” z chrupkiego pieczywa usłaną liściem sałaty w myśl zdrowego żywienia i zrzucenia balona…

…Że nagle w domu jest cisza! Jem i słyszę własne chrupanie! Bobas nie krzyczy. Dziubas nie idzie w moją stronę zaciągając „Dziubaśnikuuuuu?” ani nie dzwoni telefon. A ja JEM. Nieprzerwanie i nie w stresie! I matko! Ile myśli nagle kłębi mi się pod czaszką!

Na przykład: Że w sumie to nie stać mnie ani finansowo ani czasowo na takie zdrowe żywienie. Na pewno jakaś Ania Lewandowska powiedziałaby, że tego się nie je, bo to pszenica, gluten i biała śmierć. No i git. Przyznaję, że ja generalnie nie umiem funkcjonować według dzisiejszych zdrowotnych hipsterskich konwenansów, bo nie spożywam żadnego wegańskiego-crossfitowego-voo-doo jedzenia. Nie stać mnie też na atrakcje typu jagody beri-beri czy inne tse-tse, więc jem chrupki prostokąt owinięty liściem sałaty, która już powoli zaczyna cierpieć na starczy uwiąd, więc zjeść trzeba. No i skąd wziąć czas na przygotowywanie tych wszystkich modnych przekąsek? Już sobie wyobrażam, że godzinami kroję te wszystkie pierdółki po to, aby uzyskać 1/3 miseczki ścinków, które zaleję przyjaznym środowisku jogurtem z ekologicznej farmy Babci Lodzi za jedyne 25,99 na promocji. W eko-kubeczku pochodzącym z recyklingu pudełek po margarynie, żeby Mać Natura nie ucierpiała.

Poza tym myślę też, że Józek Od Kuchni (to nie nazwa świętego) zadzwoni na pewno w momencie, kiedy będę mieć w twarzy kumulację jedzenia. Tak, że nie będę mogła obrócić, a nie dopiero przełknąć pokarm i odebrać telefon.

Przypomina mi się też moment, kiedy na taniej odzieży szukałam spodni o dwa rozmiary większych niż dotychczas (Boszszsz…Ubi sunt?! Gdzie są niegdysiejsze śniegi?! Kiedy nosiłam rozmiar xs…) i minęłam dwie starsze panie, które kłóciły się o to, co zrobią ze swoimi ciuchami kiedy któraś z nich umrze: spalą, przechowają czy wyrzucą. Luz. Taka rozmowa przypomina, żeby cieszyć się życiem.

W tym miejscu zgłaszam swe ubolewanie w kierunku producentów spodni – czy wy macie w mózgu już tylko rurki i nic więcej? Ja wiem, że teraz jeszcze modne dzwony z tak wysokim stanem, że sięga pach i z nogawkami tak długimi, że musiałabym je skracać o połowę. Że w pasie 30cm a na długość dwa metry. Wiem, bo pani w sklepie na moje pytanie o krótsze odpowiedziała patrząc na mnie jak na upośledzoną „Panie sobie skracają.” Luz. Po to będę kupować dzwony za półtorej stówy żeby od razu nieść je do krawcowej i prosić o obcięcie. Najlepiej powyżej kolan. Ale halo! Kochani! Nogawki proste – PRO-STE! Tak chociaż od czasu do czasu wypuście taką linię. I bez dziur i śladów poplamienia farbą albo innymi podejrzanymi substancjami.

Moje rozważania przerwały nagłe i niespodziewane ruchy perystaltyczne. A więc tak działa zdrowa żywność? Oczyszczająco? Na moje gorące namawianie do spróbowania chrupkiego chleba Dziubas nie dał się nabrać. Odpowiedział, że „To właśnie o to chodzi, żeby pieczywo ciężko siadło na żołądku a nie przeleciało jak trociny.”

Jest o wiele mądrzejszy ode mnie. Nie wątpiłam w to ani przez chwilę.

Until it sleeps

Ostatnio dzień mój podzielony jest na zajęcia, które mogę czynić kiedy Bobas zaśnie. Drzemki owe należą raczej do krótkich, gdyż Bobas wraz ze swym wzrostem snu potrzebuje coraz mniej, więc nie jest zbyt łaskawy w obdarowaniu mnie jakimś wolnym czasem.

Śniadanie czasem zjem o 8, czasem o 12 w południe, bo trza bujać wózek w tę i z powrotem, a i trajektoria bujania staje się potomkowi memu nudną, zatem trzeba randomowo zmieniać trasy obijając się o framugi mieszkania. W międzyczasie w kuchni cień rzuca Kilimandżaro złożone z garów w miejscu, gdzie kiedyś był zlew, w łazience zamieszkał jakiś Szary Cwel i stado borsuków, a niewyprasowane sterty w trakcie tworzenia odrębnej cywilizacji kończą kłaść szyny pod kolej żelazną. Na to wszystko Bobas znów wypluwa smoczek manifestując swe zniesmaczenie i otwiera bezzębną czeluść coraz szerzej i głośniej.

Obiadem stało się kilogramowe lasagne z Biedry, choć czas potrzebny na rozgrzanie piekarnika a potem podpieczenie tej breji i zjedzenie jej jest niewystarczający, bo Bobas właśnie robi kupę zaraz po tym, jak przed chwilą robił kupę, więc matka trze mały kuper lawendowymi chusteczkami, których zapach zmieszany ze zwierzęcą wydzieliną przywołuje na myśl relaks nad gnojówką w Piździszewie.

Kolacja stała się słowem, którego używają na codzień inni ludzie. Ja mam wówczas żer. Jest to pora, kiedy Dziubas wraca do domu z pracy a więc witaj, lodówko! Matka Polka wygrzebuje w niej to co znajdzie i pochłania nasłuchując czy to Bobas znów skrzeczy, czy sąsiadowi z drugiego po prostu skrzypnęły drzwi do kuchni. W czasie żeru, przeżuwając jakieś resztki śledziowe z plastikowej wanienki, trzymam Bobasa pionowo w kącie pokoju, bo tam jest jego Święty Kinkiet, w który patrzy od niedawna z taką fascynacją, jakby widział tam stado walkirii galopujących ponad tęczą na skrzydlatych jednorożcach. Obrócić się nie lza, bo Kinkiet! Matka, KIN-KIET! Widziałaś Ty?!

Pomimo tej diety bobasowej mam kandzioł. Normalnie fałda wystaje mi zza spodni i opina się w miejscu, gdzie podkoszulek zazwyczaj powinien jakoś seksi wisieć czy coś. Kiedy przymierzyłam spodnie o 3 rozmiary większe niż przed ciążą i okazały się dobre, nabyłam Postanowienia. Że niby zacznę ćwiczyć, bo wstyd z takim mięśniem piwnym wyjść do ludzi.

Pierwsze, co przyszło mi na myśl to niezastąpiona Chodakowska. Tak! Ewa! Ewa mnie uratuje! Po włączeniu filmika instruktażowego szczena opadła mi z łoskotem na podłogę już podczas przyjmowania pozycji do ćwiczenia. Nie wiedziałam, że ludzkie biodro może się tak wygiąć, bo moje tak nie robi. No więc zarzuciłam te próby, skoro nie umiem nawet się odpowiedni ustawić, a nie dopiero ćwiczyć tego co trzeba. Wróciłam więc do swoich starych ćwiczeń typu pilates i po serii przysiadów spuchła mi kostka.

Resztę dnia spędziłam z paczką zamrożonych pierogów ruskich owiniętych nad stopą.

Już trudno. Kupię ubrania o rozmiar większe…

Tangled

Minął marzec, mija kwiecień, potem maj…i znów ta jesień co rozciągnie melancholii mglisty woal. Cytując Kabaret Starszych Panów w skrócie donoszę – jak ten czas zapierdziela!

Od czasu ostatniego wpisu wydarzyło się tak wiele, że nie wiadomo od czego zacząć i w co ręce wsadzić (Tu przychodzi na myśl jedynie Rżewski i jego cięte riposty, na które spuszczam zasłonę milczenia).

Przeszliśmy przez horror wieczornych kolek Bobasa, które doprowadziły do tego, że Dziubas nosił go po domu kilka godzin ze stoperami w uszach. A ja nie skorzystałam, bo chrapałam jak domowej roboty piła mechaniczna na olej rzepakowy. A tyle mogłam ugrać zadając Dziubasowi różne pytania zaczynające się od „Dziubasku, a czy mogę…?” i uznając, że milczenie oznacza zgodę. No cóż, trudno. Następnym razem naćpam się kawy i wykorzystam te chwile słabości. Co więcej, kiedy nagle Bobasowe kolki ustały, chodziłam w kółko po domu z pieluchą tetrową zarzuconą na ramię i byłam niesamowicie zdziwiona i zbulwersowana, że kryzys nie nastąpił. Bobas śpi. Normalnie i bezczelnie sobie śpi kiedy ja nie wiem co robić, bo on nagle nie wrzeszczy!

Od tamtego momentu musiałam też odłożyć część ubranek do pudła, bo Bobas się w nie już nie mieści. A więc to już koniec. Już rośnie, zaraz zapuści brodę, skończy studia i opuści starą matkę. A wtedy będę musiała sobie zrobić tatuaż na ramieniu, kupić skórzane spodnie i zacząć hodować węże albo iguanę żeby zagłuszyć syndrom pustego gniazda, które dopiero co wiłam.

Odwiedziliśmy też w międzyczasie Zakopane, gdzie Dziubas słuchał mądrych rzeczy na konferencji a my z Bobasem zwiedzaliśmy Krupówki, Gubałówkę i zakamary naszego hotelu, który był tak wypasiony, że aż dziwnie było tam zmieniać brudne pieluchy. Daję słowo, w takim hotelu zdanie „Dziubas, Bobas zrobił kupę” ewoluuje do „Zacny Mężu, Pan Syn zrazu oddał stolec”. Ten sam Pan Syn, który trzymał nieświadomie w wózku między nogami paczkę frytek z Maka, podczas gdy ja jadłam je jedną ręką a drugą pchałam wózek pod górę po przesadnie wybrukowanych ulicach.

Opanowałam też przez te sześć tygodni technikę wychodzenia z Bobasem z domu. Mniej-więcej. Już wiem jak ma taki rytuał wyglądać, udaje mi się osiągnąć wyjście bez większego Bobasowego marudzenia, ale ja jestem przy tym cała mokra. Dosłownie – leje się ze mnie ciurkiem perlisty pot i pojawia się w miejscach, o których nie śniło się największym filozofom. Otóż do tej pory pociłam się jedynie jak samotna dziwka w kościele. Teraz już pocę się jak horda dziwek na pielgrzymce do Ziemi Świętej. Wszystkim maciom, które wychodzą z domu z dwójką dzieci – SZACUN! Nie wiem jak to robicie fizycznie, psychicznie i logistycznie ale należy Wam się Nobel.

Na koniec, żeby było ciekawiej, słownik w moim telefonie najwyraźniej systematycznie się rozwija a ten, kto go projektował zapewne ma ciekawe życie. Oprócz kwiatków takich jak „SZUKAŁAM KOKI” zamiast „szukałam komina, który by Ci pasował”, jedno wydarzenie spędza mi sen z powiek i przyprawia o głupawkę do dziś: Jakoś w Święta dostałam pięknego smsa z życzeniami od jednego z kuzynów, który długo już się nie odzywał. Podpisał go „X z rodziną”. Pomyślałam, że fajnie, bo teraz ja też mogę tak napisać! Naprodukowałam się więc banałów w odpowiedzi, swój wywód kończąc zdaniem „Radosnych Świąt Wielkiej Nocy życzy Dziubasowa z rodziną”. Już miałam nacisnąć „Wyślij” kiedy w moim móżdżku uaktywniła się jakaś nieznana dotąd czerwona lampka. Odruchowo przejrzałam swoją wiadomość raz jeszcze aby odkryć następującą sentencję: „Radosnych Świąt WIELKIEJ NA CYCACH życzy Dziubasowa z rodziną”.

Mając nadzieję, że Wam, drodzy czytelnicy, święta wielkiej na cycach minęły radośnie, udaję się na chwilę zasłużonego odpoczynku przy lekturze…

Nie ufajcie cyborgom!