Wlew-wylew

Pewnego pięknego dnia, kiedy Dziubas wziął wolny dzień z pracy, postanowiłam wyjść z domu. No dobra, wcale nie był to piękny dzień – było szaro, buro i wyjątkowo pizgało lodem. Niemniej jednak mogłam WYJŚĆ. Na zewnątrz. Do ludzi. Więc to bardziej o taki rodzaj piękna mi chodzi.

Jako, że ostatnio jechałam Dziubasowozem po długiej przerwie w prowadzeniu i w nic nie przygrzmociłam, pomyślałam, że tym razem, jadąc bliżej, też się przejadę. Bo chodzenie jest przereklamowane. Szczególnie 2 tygodnie po porodzie kiedy chodzi się jak kaczka, bo wszystkie kości w krzyżu, które wcześniej się rozchodziły, teraz postanawiają się zejść z powrotem.

Oczywiście nic nie może być proste i normalne. Możnaby rzec „Coś poszło nie tak” – cytując Dziubasa, który ostatnimi czasy wybudza mnie tymi słowami ze snu podczas swojej zmiany karmienia Bobasa. Ma się rozumieć, że kiedy słyszę te słowa włosy stają mi dęba i generalnie następuje koniec sielankowego snu, bo słysząc, że „Coś poszło nie tak” od razu widzę Bobasa bez głowy albo Dziubasa z jakąś jego kończyną w ręku. No nic na to nie poradzę, mój strach o pierworodnego podsuwa mi najgorsze wizje.

Tak więc Dziubas owego przedpołudnia chętnie oddaje mi kluczyki i dowód, po czym zastrzega, że muszę zatankować.

Aha. A więc tu jest haczyk! – Chce mnie wypuścić w ramach swojej teorii, że od czasu do czasu musi mnie postresować, bo według jakiegoś chorego eksperymentu naukowcy zaobserwowali, że myszy kopane prądem, przeżywając duży level stresu, dłużej żyją. Luz. Obawiam się, że to powoli staje się jego filozofią małżeńską.

Ogólnie rzecz biorąc samo tankowanie niespecjalnie mnie przeraziło. Mina mi zrzedła, kiedy przypomniałam sobie anatomię korka wlewu paliwa w Dziubasowozie.

Podczas gdy Dziubas robi sprawne „cyk!”, odkręca go i tankuje, ja mocuję się z nim kręcąc w lewo i w prawo, przekręcając w nim kluczyk i kurwując na czym świat stoi.

Ostatecznie po tym wymuszeniu ruszyłam na stację benzynową. Wysiadam, otwieram bak, wkładam kluczyk i zaczyna się macarena.

Na zewnątrz piździ złem, chyba zaczyna prószyć śnieg a moja czapka została w aucie, a ja kręcę. W lewo, w prawo, po przekątnej, wyciągam i wkładam kluczyk. Proszę, błagam, przeklinam i recytuję Inwokację, a ten bydlak dalej tkwi w miejscu i śmieje mi się w twarz.

Rozglądam się dookoła zrozpaczonym wzrokiem w poszukiwaniu wybawcy.

NIKT nie tankuje.

No błagam!!!

Nagle dostrzegam kątem oka zaparkowaną taksówkę.

O, szczęśliwa godzino!

Pan taksówkarz chętnie pomaga i sprawnie odkręca korek. Co sprawia, że sama czuję się jak korek, ale spoko. Najważniejsze, że benzyna leci do środka a ja chcę powiedzieć „Nie odchodź taksówkarzu! Trzeba jeszcze zakręcić!” ale on, chyba przeczuwając, ucieka szybko i odjeżdża na jakieś fikcyjne wezwanie.

No więc zabieram się do zakręcania, bo a nuż Wszechświat się nade mną zlituje.

Wszechświat to zdzira.

Po 5 minutach mocowania się z bydlakiem zauważam, że do dystrybutora obok podjechał Miły Młody Człowiek więc macham gorączkowo z obłędem w oku.

Miły Młody Człowiek jest bardzo sympatyczny i pomocny i przez pierwsze kilka minut nawet nie klnie kiedy korek się nie kręci albo kręci się za bardzo. Wiatr piździ. Wali śniegiem z deszczem. Moja czapka nadal jest bardziej w aucie niż na mojej głowie i wywiało mi wszystkie kudły więc jestem przemarznięta i wyglądam jak zużyta szczotka do kibla.

Miły Młody Człowiek z ogromną satysfakcją otwiera wlew mówiąc z uśmiechem „Udało się! Ale proszę mnie nie pytać jak to zrobiłem!”

Decyduję się poinformować go, że chodziło mi o ZAMKNIĘCIE wlewu, nie o otwarcie.

Miły Młody Człowiek okazuje się mieć na czole pulsującą żyłkę. Ale męska duma i uprzejmość zarazem nie pozwala mu najwyraźniej zostawić rozczochranej sieroty przy dystrybutorze. Po serii tekstów „A myślałem, że to ja mam francowaty wlew…” następuje przerwa w działaniu, kiedy Miły Młody Człowiek nagle się prostuje i rozgląda wokół siebie krzycząc: „Co jest kurwa? MAMY CIĘ?!”

Ostatecznie bydlak wskakuje na swoje miejsce a ja dziękuję kłaniając się w pas Miłemu Młodemu Człowiekowi i dojeżdżam do sklepu z ciśnieniem 200, jakbym wciągnęła jedną dziurką od nosa baniak espresso i zagryzła kilogramem guarany.

Spokojne zakupy poszły się wiadomo-co a ja parkowałam na 5 razy pomimo zeżarcia na uspokojenie batonika na sali.

Stąd moje pytanie, które postanowiłam zadać także później na jakimś losowym forum motoryzacyjnym: Czy NAPRAWDĘ nie można zakleić dziury na paliwo plastrem?!

Dream On

Moje odwieczne problemy z bezsennością zniknęły jak ręką odjął. Po tym jak pojawił się Bobas i trzeba było go początkowo karmić co 2,5 godziny.

Mój sen nagle stał się tak twardy i mocny, że przesypiam wszystkie ustawione w telefonie budziki. Mając telefon koło poduszki, tuż obok ucha. Nie pomaga zmiana melodii na bardziej krzykliwą czy głośniejszą.

Wyjść z podziwu nie może za to Dziubas. Jest to dla niego rzeczą niepojętą, że nie słyszę kiedy Bobas zaczyna kwękać. On słyszy za to każdy odgłos, włącznie z opadającymi liśćmi fikusa, którego nikt nie podlewa…Może dlatego opadają. Powiedział mi nawet w szoku, że „Myślał, że jednak istnieje jakiś instynkt” w odniesieniu do mojej postawy jako matki. Luz. Najwyraźniej nie istnieje albo on go przejął. Albo zniknął po pierwszej pół-przespanej nocy.

Urojenia, które mój sen ze sobą przynosi nie mają sobie równych.

Pierwszej nocy obudził mnie stojący nade mną Dziubas. Kojarzę jakimś zakamarkiem mózgu, że coś mówi, ale jestem zbyt zaspana żeby wiedzieć o co mu chodzi. W końcu wyłapuję „To może weź go do łóżka koło siebie?”. Decyduję się odpowiedzieć, iż mieliśmy go nie przyzwyczajać do spania z nami w łóżku. Zamiast tego mówię: Mieliśmy go nie CIIAMCIAMCIAMCIAM”.

Mina Dziubasa bezcenna.

Noc druga. Znowu stoi nade mną Dziubas i próbuje mnie dobudzić. Ja twardo śpię na plecach trzymając ściśnięty w rękach na klacie konkretny zwój pościeli. Chyba wydaje mi się, że trzymam Bobasa, bo mówię zbolałym głosem „Dziubasku, mógłbyś go wziąć?”

Zszokowany Dziubas mruga kilka razy, a potem pokazuje palcem na bobasowe łóżeczko odpowiadając ostrożnie „…Ale on jest tam”.

Pominę już moje sny, w których wciąga mnie szambo albo na dachach wieżowców stoją jakieś czarne papieże.

Ja nie wiem, może mój organizm stara się wycisnąć maksimum z tych kilku godzin snu z przerwami i postanowił usypiać mnie jakbym była na jakimś morfinowym haju. Albo coś mi się pomieszało w mózgu po bólu porodowym i rządzą mną jakieś nowe tajemnicze hormony. W końcu niecodziennie odkrywa się, że swój wyimaginowany próg bólu nie istnieje i że siedząc na tej metaforycznej skoczni spadam od razu z tego progu na ryj i turlam się pod same stopy wiwatującej publiczności.

Tak czy inaczej nad Bobasem czuwa w nocy Dziubas i konsekwentnie o 4.30 dopytuje mnie, czy na pewno wstaję.

Instynkt tacierzyński. A jednak istnieje.

A new beginning

I nareszcie nadszedł ten dzień, który zakończył serię chaosu złożonego z wieczorów wypełnionych oglądaniem dokumentów o piżmowcach (Dziubas), czytaniem klasyki polskiej literatury (ja) oraz milionów telefonów pytających CZY TO JUŻ?!

Przysięgam, że nigdy nie miałam tak ogromnej ochoty na utopienie telefonu w najgorszej z publicznych toalet.

Tak oto 26 lutego na świecie pojawił się nasz Bobas i świat nagle stał się jakiś pełniejszy i piękniejszy…

Zaraz po tym, jak spędziliśmy w szpitalu prawie tydzień konspirując jak podpieprzać mleko z oddziału, żeby Bobas nie musiał żywić się kranówką.

Bo oto okazuje się, że OBYWATELKO KARMIMY PIERSIĄ! I nie ma, że nie dasz rady, bo cycki puste. Pielęgniary mleka nie dadzą, bo powinnaś próbować!

 Boszsz, normalnie przeżyłam horror laktacyjny. Zostałam zdyskryminowana ze względu na mój cyckowy suchostój i zastanawiałam się przez chwilę, czy nie zabrać Bobasa do McDonalda na jakieś mięcho. Potem, kiedy już podpisałam papier, że na własne życzenie nie chcę karmić piersią (XXI wiek!!! OMG!!!), pielęgniary się na mnie poobrażały i udawały, że mnie nie widzą.

 Nie no, generalnie to wydawało mi się, że nawet jakbym nie chciała karmić cycem, to tylko i wyłącznie mój biznes i nikomu nic do tego, ale okazuje się, że sorry. Póki jestem w szpitalu mój cyc jest dobrem wspólnym i nie mogę sama o nim decydować.

Relację z samego porodu pominę milczeniem, wspominając jedynie, że nie wzięłam znieczulenia, więc możecie sobie sami wyobrazić jak było. Ogłuszyłam cały szpital, obudziłam chyba parę osób w śpiączce na innych oddziałach, a Dziubas tam cały czas ze mną był i nie przejmował się, że wrzeszczę mu w krocze albo w brzuch, który akurat był na wysokości łóżka. Po tym wydarzeniu powinnam dostać etat na stałe w słuchowisku „Chaos w dżungli”. Bo nie wiedziałam, że człowiek może wydać z siebie takie odgłosy i że coś może boleć AŻ TAK. Dzień ów zakończyło zdanie „Nigdy więcej”.

A teraz, siedząc w swoim łóżku w ten piątkowy wieczór i patrząc na mojego małego kurczaka śpiącego pod kocem z owcą wiem, że mogłabym chcieć jeszcze 15 takich i kochać je wszystkie tą nienormalną matczyną kwoczą miłością.

 Matko, chyba mam nie po kolei w głowie…