Stoi na stacji lokomotywa…

Ktokolwiek stwierdził, że skurcze Braxtona-Hicksa są niebolesne, ma w ryj. I założę się, że ten fakt ustalił facet, który nie miał o tym bladego pojęcia. Chętnie skurczyłabym mu macicę, żeby poczuł jak to fajnie.

Końcówka ciąży już mi ciąży i czuję się jak wielki mors, którego wyrzuciło na brzeg i nie może się poruszyć. Toczę się po domu i wyżeram, co złapię. Przewinęło się w ostatnich czasach przez nasze mieszkanie dużo ludzi, a osobnicy pełci męskiej zasypali mnie bombonierkami, które oczywiście już pochłonęłam. Jako, że nie powinnam. No ale trudno postawić przede mną, słodkożercą, paśnik z cukrem i powiedzieć „Nie rusz!”. Albo „Zjedz tylko jeden kawałek!”. Wiadomo, że nawrzucam w swą czeluść wszystko naraz, bo inaczej to byłaby tortura. Wiedzieć, że coś tam dalej zostało i kusi. Taka taktyka – zjem całe od razu i wtedy udam, że tego nie było.

Poza tym dotarł ostatnio do mnie pocztą zamówiony w sieci laktator i poczułam się, jakbym zamówiła dojarkę. Jeszcze nożyce do kopyt i lizawka solna i mogę się pakować do szpitala.

I uzależniłam się od suszonego mango, które wczoraj przyniosła Linda. Właśnie skończyłam przeżuwać ostatni kawałek. Życie znów jest szare.

Dziubasowi natomiast udzielają się moje ciążowe sny. Ostatnio w środku nocy obudził mnie pytając z ogromnym zaciekawieniem:

-Czy masz na sobie drzwi???

Na mój szok i wyduszone:

 -…CO?!

Odpowiedział ze stoickim spokojem:

- A nie, nic…Bo wydawało mi się jakbyś miała na sobie drzwi.

Spoko, luz, nie mam więcej pytań.

PS. Jako, że to Dziubas ostatnimi czasy ładuje pralkę, musi robić po drodze coś nie tak. Bo wszystkie podkoszulki nagle skurczyły mi się na brzuchu…

Wiórki kokosowe

Powoli mija 35 tydzień mojego wielorybiego stanu. TRZYDZIESTY PIĄTY.

To dość niesamowite jak czas szybko leci, bo wydaje mi się, że jeszcze wczoraj był lipiec a ja płakałam, że nie ma w sklepie mojej szczoteczki do zębów. A potem płakałam, bo na zewnątrz było 40 stopni a ja miałam ochotę zwymiotować całe uniwersum, jeść czipsy i wyrzucić z mojego domu wszystkie zapachy, a najlepiej amputować sobie nos.

Parę tygodni temu wydawało mi się, że wszystko mnie boli. Otóż natenczas onegdaj boli BARDZIEJ. Chodzę jak kaczka po 24-godzinnej sesji anal-sado-maso, toczę przed sobą kandzioł a palce u rąk chyba ktoś mi pewnej nocy przetrącił. I wiem, że to nie Dziubas, bo ostatnio śpi snem twardym i sprawiedliwym.

Dni mijają na badaniach, pobieraniu krwi (przysięgam, że upuścili mi jej tyle przez całą ciążę, że mogłabym zasilić jakiś magazyn…) i podpinaniu mnie do pasa szachida zwanym KTG. Nefretete (moja położna) bardzo spodobała się wizja wkroczenia w tym do autobusu. Tym bardziej, że urządzenie to oprócz pasów zapinanych na balonie posiada też guzik do trzymania w ręce przypominający detonator. No dobra, wiem, może to średnio zabawne, ale jak się leży podpiętym tam przez pół godziny i słychać tylko pikanie to różne myśli przelatują przez głowę. Od tych „Powinnam przemalować pokój na taki kolor” do „Matko, czemu moje pory w skórze nadgarstka są tak widoczne?!”.

No i chce mi się wić. WIĆ, nie WYĆ. Wiłabym to nasze dziubasowe gniazdo, zrywała wykładziny, pastowała podłogi i wytrzepała dywany sąsiadów. Mam ochotę wstać, zatańczyć, podskoczyć na jednej nodze i zadeklamować fragment polowania z Pana Tadeusza. Wtedy próbuję przekręcić się na drugi bok w łóżku i uświadamiam sobie, że sorry Winnetou, ale jednak nie tym razem.

Dziubas zaczął pojawiać się w domu częściej, do czego początkowo musiałam się przyzwyczaić. Bo nagle okazało się, że nie dogadujemy się w ogóle, wcale i w żadnej kwestii a ja będę ryczeć. Po jakimś czasie oswoiłam się z nową sytuacją, czyli Dziubasem w domu i nawet nie chcę go udusić! Co więcej, odkąd zaczęłam z powrotem jeść słodkie, niespecjalnie się czymkolwiek przejmuję. Ciekawy zbieg okoliczności, czyż nie?

A na koniec sytuacja z ostatniego wieczoru!

Dziubas chodzi w gatkach po domu, krząta się, myje gary i przy okazji coś mi opowiada. Odwraca się do mnie przodem i opiera plecami o blat kuchenny, na którym są jeszcze rozwalone pierdółki przeznaczone do pieczenia ciast. Słuchając Dziubasa w skupieniu zauważam ten cały bajzel leżący za nim, więc rzucam nagle:

 - Dziubas, schowaj wiórki kokosowe!

 Na co Dziubas nagle milknie, wytrzeszcza wielkie na mnie wielkie oczyska i…spogląda z zaniepokojeniem na swoje krocze.

 THE END!