Bobas Alert

 I dzieje się to, czego się z Dziubasem obawialiśmy najbardziej – nasz Bobas postanowił, że może to już pora podbić świat.

 Od wczoraj zostałam zmuszona do leżenia, łykania końskiej dawki hormonów i „przeczytania zaległych lektur” żeby czasem swoją nadmierną aktywnością nie zachęcić Bobasa do dalszej wędrówki.

 W międzyczasie okazało się, że mój puls bije wszelkie rekordy, chociaż czuję się zupełnie normalnie. W moim Paszporcie Polsatu położna wpisała mi – uwaga! – „Palpitacje serca”!

 Normalnie szok. Do tej pory wydawało mi się, że o palpitacje może mnie jedynie przyprawić klaun-zabójca w mojej szafie, stado dzikich os albo widok któregoś z polityków nago.

 Tak więc siedzę. I nadrabiam zaległości w czytaniu przeróżnych rzeczy obstawiona jedzeniem i piciem.

 I naprawdę staram się nie myśleć o tym, że nasz Bobas waży dopiero 1,5 kilo. I że do terminu jego narodzin zostały jeszcze całe dwa miesiące. Ani o tym, że nie mogę mu przekazać, żeby się tam cieplutko gnieździł i jeszcze nigdzie nie wybierał. A w międzyczasie patrzę na zapas jego ciuchów i innych bobasowych akcesoriów, które zajmują więcej niż nasze rzeczy z Dziubasem razem wzięte i w głowie tłuką mi się myśli, że tak naprawdę nic ode mnie nie zależy.

 Matko, chyba przyjdzie mi tu zwariować…

Martwe owady

 Standardowa scenka rodzajowa jakich u nas wiele: Wychodzimy z Domu.

 Czyli wiadomo – ja ubrana stoję przy drzwiach, Dziubas zalicza kolejne okrążenia po mieszkaniu roztrząsając jakiś Problem Wszechświata. Do założenia przez niego butów jeszcze daleko.

 Kiedy ja rozpinam kurtkę widząc, że jeszcze trochę to zajmie, Dziubas decyduje się zmienić podkoszulek od piżamy na taki służący do wyjścia na zewnątrz. Ananas znika w jego czeluściach aby za chwilę się wynurzyć z miną conajmniej zniesmaczoną.

 - Co się stało Dziubaśniku? – Pytam odwijając szalik z szyi.

 - Bo ta koszulka jakoś tak…śmierdzi!

 Stoję nadal w przedpokoju przy drzwiach i się pocę. Bo jak mawia Dziubas, ostatnio „jem za dwóch a pocę się za trzech”. Obserwuję jak Dziubas naciąga kołnierzyk koszulki i zaciąga się nim piąty raz.

 - Powąchaj! – Nakazuje wpychając mi koszulkę do nosa.

 No więc wącham, no bo co mam robić? Taka już rola żony – wąchanie czy część garderoby mężowskiej już śmierdzi, czy jeszcze można chodzić. Ma się rozumieć, że nie czuję nic. NIC. A węch mam w ciąży jak posokowiec bawarski.

 - Dziubaśniku, ale ja nic nie czuję! Jest czysta, wyprana, prosto z szafy! – Oburzam się, no bo halo! Ja tu piorę, wywieszam, prasuję i wkładam mu do szafy, a on podważa moje kompetencje!

 Dziubas spogląda na mnie nieufnie i znów się zaciąga. Coraz głębiej. Zaczynam się bać, że dostanie halucynacji, więc odkładam na półkę torebkę.

 - Niemożliwe! – Woła Dziubas. – No sama zobacz! – Mówi znów podtykając mi koszulkę pod nos.

 Nadal nic. Robię wielkie oczy i minę sugerującą, że w ciągu tych trzech sekund nic tam nie zdechło i się nie zmieniło.

 - Bo Ty musisz ją założyć na głowę! – Wpada na genialny pomysł Dziubas i próbuje zarzucić mi koszulkę na twarz, czochrając przy tym moje włosy, które układałam przed lustrem jedynie pół godziny. Na nic zdają się protesty, moja głowa ląduje wewnątrz podkoszulka. Nadal nie wyczuwam niczego podejrzanego, więc decyduję się zadać kluczowe pytanie, które mogłoby mi chociaż podpowiedzieć, z czym mamy do czynienia:

 - Dziubas, ale czym ona ma śmierdzieć???

 - No…tak jakby… – Dziubas myśli przewracając oczami na prawo i lewo, próbując dobrać odpowiednie słowa. – Takimi MARTWYMI OWADAMI!!!

 No. Tylko jak mu teraz wytłumaczyć, że w wolnych chwilach nie tłukę szerszeni jego odzieżą?

Paśnik przy żłobie

 No już, już, już. Dość, wystarczy już tego świętowania, bo naprawdę.

 Okres przedświąteczny minął nam jak zwykle w biegu – a mnie w biegu z przerwami na siku co 5 minut – bo jeszcze trzeba załatwić to i tamo a jutro Wigilia. A my prezentów dla rodziny zero. No więc polecieliśmy przed siebie, Dziubas energicznie, ja trochę jak kulawy pingwin, ale cel został osiągnięty. Co więcej, nawet prezenty okazały się trafione i nikt nie zgłosił reklamacji. Ponadto nasze rodziny były wniebowzięte, bo oto ja, w postaci wielorybiej, zeżarłam wszystko co tylko się dało.

 Matki były zachwycone! Podziw wręcz unosił się w powietrzu kiedy pochłaniałam potrójne porcje jedzenia i jeszcze kazałam sobie zapakować NA WYNOS!

 Zadowolony był też Dziubas wyznający zasadę „Jedzenie Bez Resztek”, bo w ciągu tych kilku dni lodówka faktycznie nam opustoszała.

 Z dumą głaszcze mnie po baloniku nazywając go Kandziołkiem i cieszy się jakim jestem Paśnikiem! Bo od dłuższego czasu woła do mnie w domu „Paśniczku”, mówi, że będzie mnie pasł bo tak trzeba i każe sobie robić Paśniczankę, czyli specjalną wersję herbaty z miodem i cytryną.

 Na moje protesty i próbę zastosowania taktyki nakarmienia tak dla odmiany jego, kazał mi  ”pójść i dokonać aktu samoupasienia”.

Niedługo będą mnie wyprowadzać z domu dźwigiem. Przez okno.

I chociaż podobno wcale gruba nie jestem, to czuję się jak dorodny waleń po obfitej uczcie w McDonaldzie.

Wyglądam wiosny z utęsknieniem żeby w końcu powitać Bobasa na świecie, zarzucić obcisłe dżinsy i pogalopować kilka razy dookoła domu. Tylko dlatego, że mogę.

 A dziś bez najmniejszego problemu zmieściłam się w ciążowe spodnie pożyczone od T., które jeszcze w październiku sięgały mi po pachy i były 50 rozmiarów za duże.

 Chyba nie zjem już nic do końca ciąży…

Patera

 Stop! Halt!

 Zmęczenie materiału nadeszło. Tak po prostu. Mam tyle siły, co schorowana 90-tka po przeszczepie biodra, tyle werwy i energii co zdychający przejechany przez tira opos a przy tym wszystkim łeb mi pęka bo ostatnio przyszła wiosna i raczy nas ciepłym deszczem i wichurami.

 Czas leci, stron worda nie przybywa, chociaż w głowie mam takiego małego popaprańca, który mówi „Aaa widzisz, mówiłem, że nie zdążysz! Będziesz niańczyć wrzeszczące dziecko, zasypiać z cyckiem na jego twarzy i płakać nad laptopem, bo deadline będzie się zbliżał i zbliżał aż tu nagle RYP! I na wszystko będzie za późno!” A potem zyga do mnie palcem i tańczy. Ma wąsy i meksykańskie sombrero. Nienawidzę dziada.

 Jest 14.15, siedzę w piżamie z tłustymi włosami, zrobiłam dwa prania i wyprasowałam stertę betów, które nadal wyglądają jak zmięte. Szukam przepisu na jakąś świąteczną sałatkę, bo oto każdy w tym roku wyznaje minimalizm i nie chce nic jeść/piec/gotować/przygotowywać. Już trudno, najwyżej będę obgryzać korę i zapijać deszczówką. Bobas na pewno będzie zachwycony.

 Świąteczny nastrój chyba gdzieś leży w rowie bo pomimo domu przystrojonego milionami ton brokatu – ku uciesze Dziubasa ma się rozumieć – i dźwiękom kolęd i świątecznych filmów, ja SIEDZĘ. Z tymi włosami i w tej piżamie. Bo nie mam na nic siły oprócz jedzenia wczorajszego ciasta. Wieczorami bobas urządza dyskoteki, więc z zasypianiem bywa różnie. Pod choinkę zażyczę sobie tytanową macicę. Obawiam się, że jego kocie ruchy mogą dosłownie wyjść mi bokiem i podczas wigilijnej kolacji jakaś niezidentyfikowana szkita nagle wybije mi oko od wewnątrz.

 A mózg mam jak rozgotowany makaron. Nie wiem gdzie jestem, co tu robię i czemu stoję z tej strony drzwi. Na większość rzeczy odpowiadam „…Hm?”, spóźniam się wszędzie i z niczym nie mogę zdążyć. Nawet z tymi włosami. I z tą piżamą. I z depilacją łydek, które wołają o pomstę do nieba, bo lada dzień Discovery zrobi program o tym, że Yeti odnalazł się w Polsce.

 Kilka dni temu, wyskakując z samochodu na światłach, umówiliśmy się z Dziubasem pod jedną kawiarnią. On miał dorobić klucze a ja kupić nam kawę i drożdżowkę. No to wyskakuję. Przechodzę przez ulicę. Dochodzę pod kawiarnię, pod którą stoi 3-metrowe rusztowanie naszpikowane mężczyznami w strojach Boba Budowniczego.

 ZAMKNIĘTE.

 No tak, typowe. Decyduję się wstąpić do spożywczaka obok, bo coś jeść trzeba.

W międzyczasie uświadamiam sobie, że Dziubas nie będzie wiedział gdzie jestem, bo nie tu się umawialiśmy, nie wiem gdzie zaparkował a telefon został na tylnym siedzeniu samochodu.

Zamiast ataku paniki pochłaniają mnie dwa regały pełne kubeczków, tacuszek, podstaweczek na kubeczki i tacuszki i innych kuchennych pierdółek. Z rozdziawioną twarzą podziwiam te wszystkie cuda nie wiedząc, czy lecieć najpierw od prawej do lewej czy z góry na dół. W tej euforii mija mi jakieś 15 minut plus kolejnych 10 na szukanie drożdżówek leżących tuż za mną. Sklep obchodzę jakieś trzy razy dookoła.

 Wychodzę na ulicę i idę pod kawiarnię, bo a nuż kiedyś się jeszcze tam spotkam z moim mężem, który już na pewno do tej pory pojechał do domu i znalazł sobie nową żonę, bo stara mu się gdzieś zgubiła.

 Pod kawiarnią z komórką przy uchu stoi Dziubas. Zauważa mnie i wymachuje rękami z daleka sugerując „No co jest kurna?!”.

 Ja ze stoickim spokojem docieram na miejsce, uśmiechając się jakbym była na haju, bo „Przecież Dziubasku trzeba było pójść do sklepu po tą kawę i drożdżówkę!”

 Na te słowa Dziubas badawczo przygląda się temu, co trzymam pod pachą.

 I nie, nie jest to kawa. A także nie jest to drożdżówka.

 Pod pachą z wielkim zadowoleniem dzierżę zafoliowaną plastikową paterę na owoce za 15,99.

…Niech już będzie wiosna!!!