Sztuka szybkiego kompromisu

 Jadąc z Dziubasem samochodem prowadzimy gorącą debatę na temat, który pojawił się dość spontanicznie: używanie metafory w pracach naukowych – tak czy nie?

 Lecą minuty i kilometry a my spieramy się zażarcie i żadne nie chce odpuścić, bo oto nagle dwa osiołki trafiły na ścianę i nie ma zmiłuj.

 Po pół godzinie, podczas której zdążyliśmy dotrzeć do celu, zaparkować i obejść cały sklep, wykładamy zakupy na taśmę w kasie i zastanawiamy się jak tu rozwiązać nasz spór. Nasz zawzięty ośli spór przeplatany stwierdzeniami „NIE ZGADZAM SIĘ Z TYM!”. Bo albo ktoś zakończy go za nas żelaznym argumentem albo skończy się duszeniem na parkingu przed sklepem.

 - Musisz mi znaleźć taką książkę naukową, w której zostanie użyta metafora! – Mówi Dziubas wyciągając z koszyka parówki.

 - Ale ja mogę szukać i szukać! Nawet do końca życia! A może akurat na taką nie trafię?! – Mówię sięgając po jednorazowe reklamówki gdzieś w parterze.

 - Do końca życia?!

 - Do końca życia! …Ale ja mogę żyć z tym już do końca, że mam rację!

 - …Też mogę żyć do końca życia wiedząc, że jesteś w błędzie!

 I oto nagle nastała cisza.

 I tym sposobem Panie i Panowie kompromis został magicznie osiągnięty zanim do pani kasjerki dojechała ostatnia wiązka szczypiorku.

 Uprzedzając pytanie – nie. Nie umiemy się kłócić.

 PS. Zaliczyłam ostatnio: chrzciny, konferencję i w oko Nokią Dziubasa. To ostatnie bolało.

Rzecz o chrumkaniu

Dziubas wraca z pracy wyjątkowo późnym wieczorem. Kończy jeść kolację i energia go rozpiera, więc buja się na prawo i lewo w kuchni nawołując:

 - Co robimy-co robimy-co robimy?!

 Niezłomnie odpowiadam, chociaż wydaje mi się, że reakcję znam:

 - Możemy iść Cię chrumknąć!

 - Dobrze, ale tylko minutkę! – Zastrzega Dziubas a mi szczena opada, bo jak to możliwe żeby się zgodził?!

 Tutaj wyjaśniam pojęcie „Chrumkanie” – przysysam się do szyi Dziubasa i wydaję odgłos przeciągłego chrumknięcia, podczas gdy on cały pokrywa się gęsią skórką (a w tym wypadku kaczym pancerzem) i próbuje mnie zrzucić jak na rodeo. Ubaw po pachy – w sensie dla mnie – bo Dziubasa można łaskotać na odległość, więc takie chrumkanie cieszy mnie jak dziecko.

 I tak prowadzę Dziubasa na kanapę, pcham i szturcham, bo mówi, że czas JUŻ się liczy i że zostało mi 30 sekund. Krzyczę za jego plecami, bo widzę, że specjalnie zwalnia tempo:

 - Szybciej Dziubas! Szybciej!

 - Robię co mogę! – Odpowiada Dziubas zwalniając jeszcze bardziej i starając się pokazać mi kawałek szafki z lustrem w przedpokoju w celu odwrócenia uwagi.

 Docieramy na kanapę, Dziubas zasłania się poduszką i zaczyna się walka wyglądająca mniej-więcej tak:

- Dziubaśniku, ale Ty mi się wcale nie dajesz a obiecałeś!

 - Ale już-już-już wystarczy!

 Starcie dotychczas kończyło się kontuzjami wszelakimi, bo Dziubas niekontrolowanie kopie i wierzga i ciężko go okiełznać. Tym razem było pokojowo. Poważnym tonem oświadczył:

 - No już koniec! Bo Bobas! I ja nie mogę Cię nawet zrzucić!

 Finał stanowią moje zarzuty brzmiące zazwyczaj:

 - Bo Ty mi się nie chcesz dać!

 - Ale jak to ja Ci się mam tak po prostu DAWAĆ?! Nie bronić się wcale?!

 Konkluzję tej naszej rozrywki (…nie wierzę, że mamy TYLE lat…) stanowi fakt, że jesteśmy otoczeni sąsiadami. Ze wszystkich stron. Którzy prawdopodobnie mogą już sporządzić wykres tego ile razy Dziubas miał mi dać, bo obiecał, a potem mi nie dał.

 Od jutra chodzę w papierowej torbie na łbie…

Mgliście

No i doigrałam się pierwszych poważniejszych dolegliwości a mianowicie odezwały się moje zaprzyjaźnione nerki. Byłoby spoko, gdyby mnie w brzuchu nie kłuło przy każdym kroku, ale udaję, że wszystko ok i lecę do przodu. Lecę z małymi przerwami na siku, bo przy tak intensywnym nawadnianiu mój harmonogram dnia składa się głównie z picia i sikania. Wydaje mi się, że wyrabiam normę kilku osób.

 W ciągu ostatniego tygodnia dwie pary moich spodni na gumce zrobiło się za ciasnych, więc sobotnie popołudnie spędziłam w przymierzalni mierząc chyba 6 różnych par dżinsów z gumą sięgającą pach. Na polecenie Dziubasa, który dzielnie donosił coraz to nowe rozmiary i modele. Dzielnie zniósł też moją płaczliwą minę kiedy z całej półki rajstop nie znalazłam tych, których szukałam,a także mój wybuch paniki kiedy przytachaliśmy do domu wózek, z którego ciężarem i składaniem nie mogłam sobie poradzić.

 Dziubas cierpliwie też pomaga w domu, składa i rozkłada łóżko, odkurza, wstaje wieczorami i w nocy po moje picie i nie marudzi w ogóle kiedy ja marudzę. Przysięgam, że powinien dostać jakiś medal za ten swój bezkresny ocean cierpliwości.

 Ja za to od kilku dni się snuję po domu, bo oto niespodziewanie wszelakie domowe obowiązki zaczęły mi sprawiać przyjemność. Z prasowaniem włącznie. To prawdopodobnie dlatego, że mam do napisania kilka projektów i robię wszystko, żeby się za to nie zabrać. Wymówką nr 1 jest to, że siedzenie przed monitorem jest niezdrowe…Tak jakbym pisała tą notkę na czerpanym papierze przy świetle świecy.

 I czasem jest nudno, ale jednocześnie jakoś sielsko…Przestałam się przejmować deadline`ami, niedokończonymi projektami i tymi, których jeszcze nie zaczęłam. Przestałam odczuwać presję i dobrze mi z tym, że nic mi się nie chce.

 PS. Ostatnio znalazłam martwą Dziubasową onucę pod ławą w dużym pokoju. JEDNĄ. Teraz po nocach przyjdzie mi się zastanawiać gdzie pogrzebał jej bliźniaczkę.