Loading…

Jestem, jestem. Oj wiem, bo minął znów miesiąc albo więcej. Ale już wszystko tłumaczę!

 Otóż w naszym domu zamieszkał mały człowiek. W sensie w moim brzuchu, w naszym domu. Hoduję od jakiegoś czasu małego Bobasa, który mnie kopie, wierzga i podskakuje. Oczywiście po tatusiu.

Co więcej, nasz Bobas jest rodzaju męskiego. Też po tatusiu.

 Także jestem, moi drodzy w odmiennym stanie. Chociaż nie znoszę tego określenia, bo brzmi, jakbym się nawaliła o 9 rano, zaraz po śniadaniu. „Ciąża” też brzmi jakoś straszliwie i przerażająco i mam wrażenie, że nijak nie odnosi się do tego, co akurat przeżywam. Bo ciężarem bym tego jak dotąd nie nazwała, a sam wyraz kojarzy mi się ze słoniem. No już trudno.

 Tak więc hoduję. Noszę. Procesuję i przetwarzam, jak kto woli.

 Miesiące mijają jakoś szybko i niezauważalnie a ja powoli przestaję mieścić się w spodnie i noszę jeansy na gumce. Ja! Na gumce! Szczyt seksu i klasy ma się rozumieć. Ale nie narzekam, wygoda stała się dla mnie priorytetem. I uprzedzając pytanie – nie, nie zapuściłam się, dalej się kąpię i czeszę a także nakładam rano makijaż żeby nie straszyć otoczenia.

Ludzie dookoła stali się wyjątkowo uprzejmi – to znaczy wreszcie mnie nie zauważają! Jak dotąd wszyscy się o wszystko czepiali niczym nietoperze na haju, ale teraz stałam się przeźroczysta. Szczególnie w kolejkach. No bo wiadomo, że kasa pierwszeństwa znaczy „Kto pierwszy ten lepszy”, a ja się nie ośmielę zasilić tego szeregu w obawie przed pożarciem mnie przez młodych panów i panie po 40-tce, które zazwyczaj tam stoją.

 Ale, ale! Wcale się tym nie przejmuję, bo siły na szczęście też mam za dwoje. Też, bo na pierwszym miejscu pojawił się wilczy apetyt.

Normalnie mogłabym jeść 2 albo 3 obiady dziennie. Ten trzeci najlepiej tak koło 21.00. Najlepsze jest to, że jak dotąd przytyłam dwa kilo. Mam nadzieję, że tak już zostanie i nie uzyskam efektu wieloryba.

 Dziubas za to jest na etapie oswajania się. Mówi mi, żebym nie nazywała naszego syna Kurczaczkiem i pogodził się z tym, że Władysław na imię nie dostanie. Chociaż tak na wszelki wypadek opłacę kogoś, kto będzie pilnował wejścia do urzędu stanu cywilnego. Trzyma wieczorami rękę na brzuchu starając się wyczuć kopnięcia i marudząc, że nic nie czuje. Bo nasz Bobas tatusia kopnąć nie chce. Najwyraźniej już działa jakaś męska solidarność i za chwilę zostanę osaczona przez zarost, brudne skarpety i inne atrybuty mężczyzn mniejszych i większych. Dziubas mówi, że to dobrze, bo Bobas jak dorośnie będzie kosił trawnik i otwierał mi bramę garażową. Ja za to muszę przyznać, że brzmi to przekonująco.

 I tak oto Panie i Panowie – Dziubasy będą mieć Bobasa!

 Nie możemy się doczekać :)