Po-Trzeba matką rozpraszania.

Próbowałam dziś się skupić na pracy w domu ale wszystko mnie rozpraszało. Zaraz po tym jak zasiadłam przy laptopie żeby pisać, co chwilę musiałam wstawać. (Może takie siadanie i wstawanie chociaż rzeźbi jakieś mięśnie???) Tak więc próby ponawiałam raz za razem ale…

1.) Pranie trzeba włączyć/wyłączyć/rozwiesić/ściągnąć.

2.) Trzeba zjeść chociaż wydawałoby się, że przed chwilą jadłam.

3.) Trzeba odkurzyć bo nie wiadomo skąd nagle na przedpokoju pojawiły się tumany kurzu.

4.) Wypadałoby poćwiczyć pilates bo znowu mnie łupnie a wtedy będę musiała się rehabilitować. Próbowałam więc nowych ćwiczeń, po których mnie oczywiście z deka łupnęło w krzyżu, a pan prowadzący mówiąc co chwilę ROZLUŹNIJ SIĘ tylko mnie denerwował. Kiedy doszedł do „pojednania się ze swoją energią” wyłączyłam nagranie.

5.) Dziś wizyta u ortodontki więc trzeba lecieć już, natychmiast, bo korki! W prezencie dostałam dodatkowy element mojego zestawu, a mianowicie sprężynki po bokach szczęki. Patrząc na te wszystkie zameczki, śrubeczki i inne druciki mam wrażenie, że jakby to rozmontować i złożyć poza jamą ustną, możnaby z tego ułożyć jakiś silnik albo aparaturę do pędzenia bimbru.

6.) Trzeba by cicho, bo znowu ktoś puka a o tej porze to na pewno nic ważnego ani pożądanego.

7.) Trzeba zamknąć okno, bo nagle, nie wiadomo skąd, pod oknami na osiedlu pojawiła się ORKIESTRA DĘTA i gra. Czasami się zastanawiam jak to jest, że takie rzeczy zawsze przytrafiają się mnie. W totka za to nigdy nie wygrałam.

8.) Trzeba natychmiast spilingować stopy, bo o matko, co to w ogóle na nich jest?!

9.) Trzeba otworzyć okno i podlać kwiatki.

10.) Trzeba zetrzeć wodę, która wylała się z kwiatków, bo wlałam za dużo.

11.) Trzeba się rozebrać, bo w domu nagle zrobiło się gorąco, a za chwilę ubrać, bo znów zimno.

12.) Trzeba ponownie zamknąć okno, bo zamiast zapachu moich cudnych kwiatów wdycham dym z papierosów sąsiadów z dołu i słucham ich techno.

 Taka lista może nie mieć końca, więc oszczędzę sobie i innym cierpienia i skończę w tym miejscu, bo właśnie przyszedł Dziubas i oświadczył, że dzisiaj zje kanapki, a tak w ogóle to w sierpniu jedziemy na Mazury.

 Chyba potrzebuję melisy…

Krótka rozprawa o zachowaniu przy stole

Piję przeważnie herbatę z jakimś zagęszczonym sokiem. Szklane butle soków zatem przemijają wraz z upływającym czasem i jedna kolejno zastępuje drugą.

Tak i tym razem przynieśliśmy do domu butelkę soku, którą zaraz spróbowałam otworzyć.

 Zagadana z Dziubasem nie zauważyłam, że kręcę nakrętką w kółeczko chyba dziesiąty raz i nic się nie otwiera. Zaczynam się z nią mocować, ale po chwili przychodzi mi do głowy, że po pierwsze to i tak sama nie dam rady, a po drugie dam swojemu mężuchowi drogiemu poczuć satysfakcję z odkręcenia nakrętki dla swej biednej słabej niewiasty.

 Dziubas kręci w kółko tam i z powrotem, sapie i parska mrucząc pod nosem, że „twarda skubana!”. W końcu nakrętkę odcina nożem i włala – gotowe!

 Nalewam zadowolona soczku do herbatki i odstawiam butelkę na kuchenny blat.

 - Ale Ty NIE OBLIZAŁAŚ BUTELKI! – Rzuca w moją stronę Dziubas oskarżycielskim tonem.

 Sztywnieję, bo nie wiem co powiedzieć ale czuję, że szczenę mam już na podłodze.

 - Dziubasku… – zaczynam powoli i ostrożnie. – Ale czy to znaczy, że Ty…znaczy, że Ty…???

- Ja bym Ci nigdy! – Odpowiada stanowczo Dziubas z pokerową miną.

Trzymajcie mnie…

Postnie.

No i strułam się tak na poważnie.

 Przy tej wspaniałej okazji musieliśmy rano z Dziubasem stawić się w banku, żeby omówić szczegóły zawieranej umowy, która miała tysiąc pięćset stron. Pan omawiał skrupulatnie punkt po punkcie, Dziubas zadawał jak zwykle rzeczowe pytania a ja siedząc obok zastanawiałam się czy słychać jak mi burczy w brzuchu. W momentach, w których pan bankowiec na chwilę wychodził pokładałam się na stole bo było mi duszno, niedobrze i w ogóle to chciałam już do domu.

 Z rozmowy pamiętam niewiele, bo byłam na lekach. Wyłapałam jedynie pytanie Dziubasa o to, czy jak się mu coś stanie w głowę, to będzie mógł kopać rowy.

 Nie wiem, nie pytajcie. Mogłam coś przekręcić.

 Odkąd wróciłam do domu snuję się tam i z powrotem, robię sobie herbatę, a potem wracam do kuchni sprawdzić, czy na pewno ją zalałam wrzątkiem. I za każdym razem tak samo. Jako, że niespecjalnie mogę coś przełknąć, przychodzi mi ochota na wszystko, czego jeść nie mogę. Z desperacji rozmroziłam sobie kilka ciastek, które robiłam w zimie.

 Jestem senna, pół-przytomna i w ogóle nieproduktywna…chociaż zdążyłam wyprasować trochę wypranych ciuchów i tym razem nic a nic się nie oparzyłam.

 Nie wiem, nie znam się, nie kojarzę…

 A wczoraj w restauracji, ku zdumieniu kelnerki, zapytałam mojego znajomego rozweselonym głosem „To ILE ZA JEDNĄ NOC?!” mając na myśli cenę za nocleg na jego polu kempingowym…

 No naprawdę, klasa sama w sobie.

 Niech mnie ktoś obudzi jutro rano…najlepiej talerzem czegoś dobrego :)

…Trzynastego?!

 Jest dopiero południe a ja się zastanawiam czy nadciąga jakiś koniec świata albo inny kataklizm, który mogłam przegapić jako, że nie oglądam telewizji. Od samego rana czegokolwiek dotknę, wybucha mi w twarz. Na chwilę obecną boję się gotować obiad.

 Dopiero co zaczęłam się przyzwyczajać do miejskiej dżungli po powrocie z dziczy i to TUTAJ, nie TAM, wszystko chce mnie zabić! Spędziliśmy tydzień z Dziubasem na totalnych zadupiach, częściowo pod namiotem, częściowo w pokojach gościnnych. W tym czasie przejechaliśmy na rowerach niezliczoną ilość kilometrów, zaliczyłam oparzenie słoneczne na udzie, nauczyłam się, że las nieopodal jest moją toaletą, nie trzeba się codziennie myć i zmieniać ubrań tak często jak robię to w domu (może dlatego wykonuje jakieś 30 cyklów prania tygodniowo…). Przystawiał się do mnie głodny łabędź, zaskroniec zajął cały brzeg nad jeziorem i pozbawił mnie porannej kąpieli i przyczepił się do nas pies, który przebiegł za naszymi rowerami jakieś 20 kilosów i trzeba było odwozić go autem do domu (!).

 I zdecydowanie wolę taką formę wypoczynku i kontakt z przyrodą niż z ludźmi, po tym, jak na poprzednim wyjeździe przy śniadaniu w cudnym pensjonacie, właściciel opowiadał nam o tym, że wszyscy umrzemy na raka bo jemy pszenicę, a potem wymieniał ile osób zna, które mają raka przez to jedzenie, które wszyscy dziś jemy. Dodając skromnie „Przykro mi, że muszę Państwa tym karmić”.

 Dziś od rana za to wyszłam pospiesznie z domu na spotkanie, którego miało nie być. Po tym stwierdziłam, że w takim razie przejdę się do biblioteki. Po dotarciu na miejsce okazało się, że otwierają za ponad godzinę. Po dotarciu na moje osiedle chciałam przy kasie dokupić jakąś rzecz jednej babci, której na nią zabrakło pieniędzy. Oczywiście nie zgodziła się, przez co pół sklepu patrzyło na mnie jak na dziwadło. WCALE nie było sceny. W drodze powrotnej zjadłam loda, po którym właśnie rozbolało mnie gardło. Stojąc obładowana pod drzwiami z zakupami i lodem na patyku w ręku, nie mogłam otworzyć drzwi, bo czasem zacina nam się jeden zamek, więc musiałam rzucić wszystkim o ziemię i ubabrać resztę lodem. Z kluczami włącznie. Ostatnią rzeczą ( choć na pewno nie ostatnią DZIŚ, ostatnią na ten moment…), która mnie spotkała to pukanie do drzwi jakiegoś dwumetrowego gościa. Jako, że wyznaję zasadę, że będąc sama nie otwieram komuś, kto mógłby dać mi w ryj i mnie ogłuszyć, uciekłam na balkon, bo akurat rozmawiałam z mamą przez telefon i nie chciałam, żeby mnie usłyszał. Po tym, jak powiedziałam mamie na balkonie, że „Oczywiście, że nie otwieram nieznajomym, dlatego wyszłam na balkon, może pomyśli, że nikogo nie ma!”, dotarło do mnie, że to zapewne sąsiad z dołu, który mieszka pod nami i właśnie robi remont. Prawdopodobnie przyszedł ostrzec, że nie będzie przez chwilę wody w pionie. Oczywiście dotarło to do mnie, kiedy stałam w łazience z ręką zapapraną mydłem i pustym kranem. Plus pięć punktów dla mnie za to, że mieszkając pode mną na pewno nie słyszał, jak mówię, że chowam się na balkonie i nikogo nie wpuszczam.

 Dochodzi nam zatem kolejny sąsiad uważający mnie za nienormalną. No cóż – jeden w tą czy w tamtą już chyba nie zrobi żadnej różnicy…

 Najgorsze jest to, że muszę jeszcze dziś wyjść z domu na jedno spotkanie, więc może założę na siebie tablicę z napisem NIE ZBLIŻAĆ SIĘ i wykupię smsem jakiś szybki pakiet ubezpieczenia. Szczególnie od zdrowia psychicznego…

UPDATE: Jest już wieczór, a ja od tej pory zdążyłam dostać konkretnej niestrawności (gotowanie dzisiaj to jednak był błąd…), ubić sobie palec o parapet podczas podlewania kwiatków na balkonie a odkręcony kran okichał mnie wodą. Przy okazji Dziubas, słysząc moją historię o pukającym remontującym sąsiedzie stwierdził, że pewnie chciał od nas klucz żeby ten pion zamknąć ( bo zawór jest w naszej piwnicy), a skoro wody nie było, to pewnie się tam WŁAMALI.

…Help?!