Telegram z teraźniejszości

Ha. Widzę, że w moim kalendarzu zacnych wydarzeń towarzyskich zupełnie pominęłam kwiecień. Bo teraz podobno jest koniec maja. I chyba ten moment wreszcie, kiedy mogę trochę przystopować z odmóżdżającą pracą i zacząć korzystać z tego życia, co to podobno wydarza się w międzyczasie, kiedy snujemy inne plany.

W tym tak zwanym międzyczasie nie wydarzyło się zupełnie nic ciekawego, oprócz tego, że raz zostałam potępiona za mycie zębów w łazience pewnej galerii handlowej ( do dziś pamiętam na swoich plecach wzrok starszej pani sprzątaczki mówiący do swej koleżanki po fachu, że „To nie powinno tak być, że w łazience ROBI SIĘ WSZYSTKO!”.), zmieniłam fryzurę, z której o dziwo jestem zadowolona i przyznano mi uprawnienia do kierowania pojazdami typu B, a więc doprowadzam Dziubasa do nieustannego zawału na drodze.

 Teraz nadchodzi ten czas, kiedy powolnymi krokami zbliża się perspektywa urlopu, a więc mogę wrócić do ćwiczeń (to było oczywiste, że nie dam rady utrzymać tego postanowienia…) i popijać sok ze świeżych owoców, zaciągając się wonią drzew kwitnących dookoła. Żyć chwilą! Tańczyć w deszczu! Uśmiechać się do ludzi!

 I to naprawdę nieważne, że na zewnątrz jest bardziej jesień niż to wypada.

 Czuję wiosnę! :)

 PS. Nie, nie zaczęłam brać psychotropów ani innych antydepresantów. Stop. Staram się nie myśleć o tym, że od ostatniego czasu ludzie na ulicy przyczepiają się do mnie bardziej niż zazwyczaj. Stop. Staram się też nie przywoływać w pamięci tamtego dnia, kiedy wyszłam przyodziana w nowe ubranka a wróciłam w bluzce, której rękaw bezlitośnie okupił mi gołąb ( Wielkości zapewne dorodnego pterodaktyla…matko…czym oni karmią te zwierzęta?!) a w spodniach znalazłam dziurę na tyłku. Stop. Staram się też nie myśleć o tym, że już niedługo kolejna runda słowa na Zet, które wywołuje u mnie drgawki i osteoporozę, czyli ZAŁATWIEŃ. Stop. Funkcja uzbrojenie się w grubą skórę: Start!