Robienie na drutach

Nadeszła w końcu ta wiekopomna chwila, kiedy założyłam sobie aparat ortodontyczny. Od razu mówię, że to nie kryzys wieku średniego. Po prostu poddałam się dobrowolnemu drutowaniu szczęki. Bo to zdrowo. Podobno.

 Dziubas kwestiom zdrowotnym jest jak najbardziej przychylny, ale nie omieszka od czasu do czasu zaśpiewać mi za uchem:

 - To on, to on, Szczękoblaszakowiec ŻON!

 Także czuję się jakbym miała w ustach kleszcze, wyglądam jak stacja trafo.

Największą atrakcją tego urządzenia są rewelacje podczas jedzenia. W życiu bym nie pomyślała, że coś, co przeżuwam tylnymi zębami, może wykonać kilkanaście rotacji i jedno salto w przód, żeby w końcu wypłynąć mi gdzieś na przedzie i okręcić się na tym drucie. W efekcie spędzam pół życia w łazience szorując tę misterną konstrukcję milionem rodzajów szczotek i szczoteczek specjalnie do tego przeznaczonych.

 Oczywiście myć to należy po każdym posiłku, więc moją ważącą już jakieś 20 kilo torebkę zasili jeszcze przenośny zestaw czyszczący.

 Chyba zacznę chodzić na codzień z walizką na kółkach, bo szkoda kręgosłupa.

 Poza tym zaczynam rozważać zakup Karchera. Pod ciśnieniem w końcu czyści się wszystko lepiej i nie trzeba będzie dokupywać specjalnych końcówek.

 Robi mi się jednakowoż od razu lepiej na myśl o pięknym efekcie końcowym takiego leczenia. Oczami wyobraźni już widzę swój hollywoodzki uśmiech.

 Za niecałe dwa lata………….

Dwa plus jeden

Chyba czuję wiosnę.

 W nocy nie mogę spać a rano nie mogę się dobudzić, maniakalnie wypatruję słońca i mam ochotę jeść owoce i warzywa.

 Sezon zimowy uznaję za zamknięty z przytupem bo w końcu nauczyłam się jak panować nad nartami. Jakoś do tej pory nie rozumiałam sportu, który polega na tym, że ktoś przywiązuje mi na stałe dwie półtorametrowe dechy do stóp i puszcza na dół ze stromej góry.

 Poza tym w ramach rehabilitacji kręgosłupowej zaczęłam ćwiczyć. Na dzień dzisiejszy już w zaciszu domowym, po tym jak panie rehabilitantki przetyrały mnie doszczętnie. Aż dziwne, że nie doznałam jakieś traumy kiedy wykonywałam serie ćwiczeń przypominające ruchy niedorobionej baletnicy albo superbohatera z psychiatryka, podczas gdy pani krzyczała „A teraz proszę schować OGONEK! No, podkulamy OGONEK!” Jak tak dalej pójdzie będę mogła kogoś zabić moim mięśniem przykręgosłupowym.

 Nawiasem mówiąc jedna z pań opowiadając mi o tym, jak jej mąż przygotowywał się do zakupu psa czytając milion książek a potem wrzucając je na Kindla oraz słuchając psich audiobooków w drodze do pracy, zaczęłam się zastanawiać, czy nie posiadamy wspólnego męża.

 Gdzieś po drodze stopniał śnieg, ksiądz sypnął nam na głowę kupę popiołu (Boszsz, daję słowo! Ja nie wiem co się stało ale w życiu nie miałam na środku łba takiego kopca kreta! Choć najbardziej niewyraźni byli panowie z łysinkami, którzy wracali na swoje miejsca z minami sugerującymi, że właśnie tarzali się w kopalni węgla…) a w naszym domu pojawił się grejpfrut. Wiosna nadchodzi jak nic!

 Dziubas za to ma nową komórkę i nie rozstaje się z nią nawet na chwilę. Uznaję to za normalne w myśl zasady, że elektroniczny gadżet to dla mężczyzny rzecz święta. Śpi z telefonem, wstaje z telefonem, kąpie się z telefonem i z nim rozmawia. Co chwilę dochodzi mnie głos Dziubasa wydający stanowcze komendy w stylu „Zadzwoń do Ukochany Zwierzon!” albo „Napisz maila do kogośtam!”. Oczywiście jako iż nic idealnego na tym świecie istnieć nie może, telefon Dziubasa odpowiada mu damskim głosem „Dzwonię do UKOCHANY ZWIER KOMÓRKOWY”.

 Pfffff, elektroniczna zdzira. Robi mi to specjalnie.

 Osadzona na trwałe w układzie 2+1 (Ja, Dziubas i Komórka) wyczekuję tej pięknej wiosny, pory kwitnięcia i budowy naszego gniazda z daleka od miejskiego zgiełku! Miejsca, w którym będę mogła ryć ziemię w ogródku, uprawiać warzywa i pić kawę na tarasie z widokiem na las…

A na razie wrócę do mojej ziemniaczanej zapiekanki i wyniosę śmieci.

Niech już przyjdzie ciepło, bo zniosę jajko!