Pakiet Office

Ostatnio dużo czasu spędziłam w różnej maści biurach i urzędach. Bo załatwienia jedno po drugim plus niespodziewana rozmowa o pracę.

 Najpierw odbyłam długą i zaplątaną podróż przez zakamarki urzędu miasta, kierując się enigmatycznym „Pójdzie pani w lewo, w lewo, jeszcze raz w lewo, potem do starego budynku, do windy i przez przełączkę”.

 Jak już zapewne wspomniałam nieraz, orientacji w terenie nie posiadam wcale. Nadal nie zdecydowałam się wracać do domu z innego przystanku, bo się boję, że się zgubię.

 Kiedy już dotarłam na drugą stronę lustra okazało się, że sprawę udało się załatwić niespodziewanie szybko i bezboleśnie. Natomiast pierwszy raz w życiu zobaczyłam żywy przykład osób, do których rodzice pewnie mówili w dzieciństwie „Nie ró takiej miny bo ci tak zostanie!” Podtrzymuję swoją opinię, że urzędnik to jakieś pominęte ogniwo.

 Rozmowa natomiast poszła jak po maśle i wyszłam stamtąd podbudowana ilością pochwał i komlementów od pana, który mnie rekrutował. Opowiadając wokół wrażenia o tym, jaka to niby jestem elokwentna i inteligentna, M. stwierdziła zniesmaczona:

 - O matko! To jaki musiał tam być poziom! To znaczy wiesz…wyobraź sobie jacy ludzie tam musieli być przed Tobą!

 Mama-Wu zaś skomentowała:

 - A może on cię tylko tak podpuszczają???

Chyba muszę się napić…..

 A Dziubas od wczoraj gra w Quake`a i mówi mi, że jestem Kuperkowcem Amsterdamskim.

 Na dodatek na zewnątrz spadł śnieg, kiedy prawie witałam wiosnę…

 Niech już będzie maj!

Blue Monday

Na szczęście najgorszy miesiąc w roku zbliża się do końca, a wraz z nim nastał koniec moich noworocznych postanowień. Otóż wszem i wobec postanawiam nie robić postanowień noworocznych. Jak stwierdził neurolog, który walił mnie młotkiem po kręgosłupie, to wszystko przez moje ćwiczenia. Które oczywiście były wynikiem postanowienia na 2015, bo w końcu trzeba zacząć ćwiczyć.

 Zresztą zanim trafiłam do lekarza, obdzwoniłam 28 innych, którzy albo nie mieli terminów albo nie mieli ochoty nikogo przyjmować. Myślę, że moment, w którym moja szczena znalazła się w okolicy kostek to wysłuchanie monologu niezadowolonej pani doktor, która stwierdziła „jutro? Jutro to ja mam SWOJE sprawy do załatwienia ale skoro pani BAAARDZO zależy to mogę podjechać.” No nie, NAPRAWDĘ?! Ależ dziękuję! Nie posiadam się ze szczęścia!

 Doprawdy przeklinam ten dzień, w którym pomyślałam, że skoro umawiam się na wizytę prywatną, lekarze będą mi rozwijać czerwony dywan i częstować szampanem w poczekalni.

 Rozglądam się teraz za jakimś rehabilitantem ale po tym wcześniejszym doświadczeniu aż się boję na kogo trafię. Jedna znajoma zaproponowała mi świetną rehabilitantkę, która może nawet przyjechać do domu, jest bardzo dobra, sprawdzona i skuteczna a poza tym OTWIERA JAKIEŚ CZAKRY.

 No i masz.

 Jak dotąd nie wiedziałam że w moim organiźmie znajdują się czakry. A teraz nagle się okazuje, że nie dość, że mam, to jeszcze są zamknięte! I to pewnie jest ten problem!

 Szybko postanowiłam, że jednak nie skorzystam z jej usług po tym, jak miałam wizję rytualnych śpiewów i zakładania nóg za głowę. Mam nadzieję, że nie kończyłoby się to składaniem ofiary.

 Co gorsza mam nauczyć się pływać. Dziubas jest tym pomysłem zachwycony i już ma dla mnie cały plan „jak oswoić mnie z wodą”.

 Pomijam już nawet jak to brzmi.

 Już widzę siebie na basenie. W czepku. Stojącą po szyję w lodowatej wodzie.

 …Chyba zacznę biegać.

Matrix: Rewelacje

Kilka dni temu w domu pojawił się znienacka pies. Co dziwniejsze, za sprawą Dziubasa. Bo Dziubas uznaje w dwoim środowisku inne istoty żywe, nawet je toleruje, ale żeby się tym zająć to chyba nie wie od której strony zacząć.

 Otóż zagubiona psina zawitała do restauracji, w której pracuje siostra M. Decyzja o tymczasowym przechowaniu psa zapadła momentalnie i M. Od razu zadzwoniła do Dziubasa czy można u nas. Dziubas jak to Dziubas, wzięty z zaskoczenia i zasypany stertą argumentów „Bo tylko wy nie macie żadnego zwierzęcia w domu” zgodził się natychmiastowo. Chwilę potem zadzwonił do mnie z wieścią „Wiesz co, będziemy dziś w nocy mieli psa, zgodziłem się ale w sumie może powinienem był cię zapytać?”.

 Gdybym nie stała właśnie we własnej łazience, w ręczniku i zapienioną szczoteczką w ryłku, pomyślałabym, że ukryta kamera.

 Dopóki pies nie przyjechał, wydarzyła się u nas w domu burza mózgów. No bo okazuje się, że psa trzeba czymś nakarmić. I najlepiej zrobić to z jego miski. Której, jak i samej karmy, nie mamy. Poza tym dobrze jest psa wyprowadzić na smyczy. Której nie mamy. Pies też czasem lubi sobie pomamlać jakąś zabawkę. Której co? A tak! NIE MAMY!

 Pomijam te moje przerażające wizje, w których niczym Bridget Jones zostaję żywcem zjedzona przez owczarka alzackiego.

 Dziubas chodząc w kółko lamentował, że on to już nic nie wie, on nie umie być asertywny i że to ja jestem mądrzejsza i powinnam załatwiać takie rzeczy zamiast niego. Ja za to chwaliłam go za jego niekończącą się umiejętność zaskakiwania mnie – bo w sumie to bardzo dobrze, że w naszym małżeństwie nie ma rutyny. Jedyna jaką posiadamy na stanie to ta zawarta w opakowaniu Rutinoscorbinu.

 Po serii wykonanych przez nas kółek kuchnia-pokój-przedpokój, zadzwonił domofon.

 Dziubas szybko jeszcze przemyślał kwestię gdzie się takiego psa ZAMYKA. Może w łazience???

Matko jedyna, przysięgam, że nie wiem co mu się czasem roi pod tym ananaskiem ale strach pomyśleć…

 Nocy oczywiście nie przespaliśmy. Ale nie z powodu psa. Z powodu Dziubasa, który co chwilę mnie budził kolejnymi zagwostkami:

  Dziubaśniku śpisz? Bo ja nie mogę. Bo on takie odgłosy wydaje…

- Dziubaśniku, bo ja nie mogę spać. Bo ja czuję jakby była tu z nami jeszcze jedna osoba.

- Dziubaśniku, słyszysz?! Bo on jest jakoś cicho. Myślisz, że to źle? Myślisz, że coś kombinuje?!

- Dziubaśniku! Bo on się nam zesikał na dywan! Co ja mam z tym zrobić?!

 Na drugi dzień czułam się jak po alkoholowej libacji połączonej z serią ćwiczeń na poligonie.

 Psi właściciel znalazł się zresztą wieczorem, a ja wyparzyłam się pod prysznicem i nałożyłam sobie maseczkę. Taką redukującą zaczerwienienia, po której mój pysk wyglądał jak Winnetou na wojennej ścieżce. To najwyraźniej kosmetyk z TEJ serii. Z TEJ samej, do której należą wszystkie szampony dla włosów tłustych natłuszczające je jeszcze bardziej, delikatne podkłady, które zostawiają na twarzy trwały ślad nie do usunięcia albo antyperspiranty nie zostawiające śladów, po których ciuchy można najwyżej spalić rytualnie. Chociaż J. Ostatnio podobno nałożyła maseczkę ściągającą, która tak ją ściągnęła, że musiała zszorowywać ją z twarzy gąbką.

 Mam ochotę w takich momentach wrócić do natury, smarować się torfem i sokiem z pokrzywy i nago biegać po łące.

 Żeby było weselej i żeby z przytupem wejść w ten Nowy Rok, tak sobie zaczęłam ćwiczyć, że coś sobie przesunęłam w kręgosłupie i chodzę jak 90-letnia babcia.

 Jak nie urok, to przemarsz wojsk.

 Mam ochotę obejrzeć kolejny horror…