Night fever!

Żeby było nam weselej i czas szybciej zleciał podczas świątecznych porządków i przygotowań, rozchorowaliśmy się oboje. Najpierw rozłożyło Dziubasa w dzień jego urodzin, co znacznie utrudniło mi przygotowanie mu niespodzianki. Na szczęście ciasto upiekłam wieczór wcześniej i przechowałam je w pudle ze skarpetkami więc została mi tylko masa. Tak czy inaczej zamierzonej niespodzianki nie było, bo musiałam zakazać mu wstępu do kuchni na pół godziny. Ale z Dziubasem to normalne. Zrobienie mu niespodziewajki graniczy z cudem, bo Dziubas albo zawsze przypadkiem zgadnie co dla niego mam, albo poczłapie dokładnie w to miejsce, w którym coś przed nim chowam, jakby miał wbudowany jakiś radar.

Podczas choroby jest oczywiście niesubordynowany, człapie po domu tam i z powrotem i marudzi, że czuje się źle, ale 99% czasu spędza przed monitorem grając ( Ja nie wiem jak on tyle wytrzymuje, mnie by oczy wypłynęły…) a wmuszenie mu lekarstwa jest praktycznie niemożliwe. To mniej więcej taka sama procedura jak podawanie tabletki kotu, więc rozważam następnym razem owinięcie go ręcznikiem i wciśnięcie mu pigułki prosto w gardzioł. Jak dotąd musiałam jedynie stać nad nim i monitorować, czy na pewno połyka a nie chowa pod językiem.

Potem, kiedy rozłożyło mnie, już nie bardzo mogłam go doplinować, ale na szczęście powoli oboje zdrowiejemy. Dziubas nadal chodzi po domu z nastroszonym anansem i woła mnie, żeby z nim oglądać w telewizji reportaże, dziś rano na przykład o ptaku kiwi. Przy tym zaganiał mnie do pokoju z takim przekonaniem, jakbym conajmniej miała przegapić wiadomości stulecia.

Poza tym uruchomiłam produkcję jedzenia na święta i po nagrzmoceniu dwóch ciast w stylu Rafaello chyba znienawidziłam kokosy. Na dzien dzisiejszy mam chyba do nich jakiś wstręt, a jeśli jeszcze gdziekolwiek w domu znajdę jakiś wiórek kokosowy, to chyba się nim zabiję.

A na razie relaksuję się czekając aż moje śledzie wymoczą się w mleku. I to nie jest żaden kod.

* * *

Życzę wszystkim Wesołych Świąt, spędzonych w gronie najbliższych. Życzę Wam kolorowych prezentów, pachnącej lasem choinki i wielu radosnych chwil. I nie przejmujcie się kaloriami choć przez jeden wieczór – Święta są tylko raz w roku a mamy i babcie i tak Wam nie odpuszczą! :)

Grudniowe zniecierpliwienie

Pewnie nie powiem nic oryginalnego ale kiedy, na litość, zrobił się grudzień?!

Wydaje mi się, że ostatnie kilka tygodni spędziłam głównie w autobusach jadąc na kurs językowy albo z niego wracając. Moje intensywne dokształcanie przyprawiło mnie jedynie o ból głowy a mądrzejsza się od tego wszystkiego wcale nie zrobiłam.

Czuję się zmięta, rozkojarzona a przede wszystkim wiecznie niewyspana. Ostatnio na przykład śniło mi się, że uciekam z tonącego wraku Concordii więc obudziłam się wykończona. Oczywiście najwięcej winy leży po stronie Dziubasa, który przez całą noc chodzi po mieszkaniu, czyta Kindla albo po prostu wierci się i wierzga. On twierdzi, że to absoultnie nie tak i że mamy zupełnie inną percepcję rzeczywistości. I że to ja mam problemy ze spaniem.

No bo on nie! On nigdy! Co to, to nie!

Prawda jest zupełnie inna. Otóż kiedy ja już jakimś cudem zaczynam usypiać, Dziubas wyrywa mnie z odpływania prośbą o opowiedzenie jakiejś ciekawej historii o Bizancjum albo dopytuje dociekliwie o łacińskie końcówki w poszczególnych koniugacjach i deklinacjach. Tak więc kiedy ja wytężam umysł z całych sił, Dziubas odwraca się i mówi, że usypia i mnie nie słucha, ale jak chcę, to mogę mówić. Ma sie rozumieć, że po takim rozbudzeniu nie mogę zasnąć przynajmniej przez następną godzinę.

Dziś na przykład obudził mnie w środku nocy zadając mi pytanie „Czy może być Gucio?!”

Wywodzi się to z naszej niedawnej intensywnej pogadanki o tym, że imiona, które Dziubas wymyśla dla naszych ewentualnych dzieci są, delikatnie mówiąc, okropne i nieprzyjemne. A w zasadzie jedno imię, bo uparł się jak osiołek, że da naszemu synowi na imię Władysław. I nikt ani nic nie jest w stanie wybić mu tego z głowy! Boszsz, ja nawet nie chcę myśleć, że ktoś mógłby zrobić dziecku coś takiego no ale luz, póki co wynegocjowałam, żeby otworzył swój umysł na chociaż dwa inne imiona. Tak więc dziś nad ranem wpadł w jakiejś książce na Gustawa i postanowił czym prędzej mnie o tym fakcie powiadomić.

Niewiele pamiętam z naszej nocnej dyskusji. Jedynie tyle, że powiedział „Ale otworzyłem umysł!” na co ja odpowiedziałam „Tylko czemu jak zwykle nie w tą stronę?!”. Ostatnie co kojarzę to naburmuszony Dziubas odwracający się do mnie swoim obrażonym kuperkiem.

Poza tymi bezsennymi niuansami, staram się za wszelką cenę obudzić w sobie świąteczny nastrój, więc słucham piosenek o Rudolfie i Mikołaju, oglądam filmy z Gwiazdką w tle i piekę różne rzeczy z cynamonem, żeby w domu nam ładnie pachniało. Ostatnio tak się rozpędziłam na zakupach, że oprócz różnych skórek pomarańczowych i innych mandarynek, kupiłam też pomarańczowy Brise do łazienki i kostkę toaletową o zapachu igliwia.

Wczoraj, kiedy z zachwytem oglądałam wszystkie świąteczne dekoracje w sklepach i stwierdziłam, że mogłabym się w tym wszystkim wytarzać, Dziubas  z niepokojem stwierdził, że mam Christmas Issues.

Pfff!

Mam i mieć będę. Koniec, kropka!

Cały czas mam wspomnienie z dzieciństwa jak cieszę się pierwszym sniegiem, kwiatami wymalowanymi przez mróz na szybach i tym świeżym zapachem zimy. Pamiętam przeróżne choinki z kolorowymi lampkami, jedne sztuczne a inne prawdziwe, pachnące lasem. A najbardziej lubiłam tą przedświątecznę krzątaninę mojej babci i te cudowne zapachy dochodzące z kuchni.

No i masz! Całą jesień już czekam na ten grudzień, żeby wchłaniać tego typu rzeczy przez osmozę.

I chyba pójdę teraz zapakować prezent na Dziubasowe urodziny, które wypadają za tydzień. Który oczywiście kupiłam prawie miesiąc wcześniej.

Szkoda, że nie przepisują nic na niecierpliwość…