Sygnalizowanie potrzeby komplementu

Dziubas przechodzi wieczorny coaching, z racji mojego poczucia niedoboru komplementów w organiźmie. Biedny Zwierzak dwoi się i troi wymyślając coraz to nowe określenia mające mnie dowartościować, a ja je punktuję. Kiedy osiągamy 10 może iść spać.

Z obłędem w oczach i rozszerzonymi nozdrzami z wysiłku, Dziubas wydusza z siebie głosem pełnym boleści kolejny z epitetów tego wieczoru:

- Jesteś taka…taka…STABILNA!

Boszsz, znaczy, że emocjonalnie? Przecież to na pewno nie może o to chodzić…

- Ja? Stabilna?! Ale jak to stabilna?! Znaczy, że jestem gruba? Albo, że mam duże stopy, które sprawiają, że dobrze trzymam się podłoża?!

- Nie! Nie o to mi chodziło! – Wije się w pościeli zbolały Dziubas, który śmieje się przez łzy. – Będą za to jakieś punkty??? – Dopytuje z nadzieją.

- No nie wiem…chyba nie bardzo…

- No nie! – Krzyczy zrozpaczony Zwierzak. – No to…no to…yyy…i nie jesteś wredna!

- „Nie jesteś wredna”?! A co to za komplement!

Dziubas jęczy głośno bo wie, że nie trafił i zabawa jeszcze się nie kończy.

- Nie jestem wredna?! No dobrze, dobrze…w takim razie mamy minus trzy punkty!

Dziubas zaczyna wyć z niedowierzaniem, naciągając kokon z kołdry jeszcze wyżej na uszy i okręca się w nim tak, że wystają tylko końcówki ananasa. Widzę, że nie wycisnę z niego już nic więcej, więc odpuszczam i mówię mu, że go kocham i że jest największym zwierzakiem jaki chodzi po ziemi.

- Też Cię kocham – odpowiada nieufnie Dziubas – I tylko dlatego pozwalam Ci się tak torturować!

;-)

„Zaraz będzie ciemno! (Zamknij się!)”

Halo! Kto wyłączył ogrzewanie?!

Nadszedł ten czas, kiedy znów muszę zakładać na siebie kilka warstw ubrań i czuję się jak Robocop, bo nie mogę w nich poruszać swobodnie rękami.

Jeżdżenie komunikacją miejską stało się torturą, bo oto okazuje się, że ludzie w zimie nie myją się chyba jeszcze bardziej niż w lecie, a wszechobecny ścisk powoduje, że wysiadam spocona w rozgrzanych ciuchach i uduszona smrodem współpasażerów.

Jakby tego było mało, oczywiście to ja jestem tą osobą, obok której zawsze usiądzie menel, chociaż cały autobus byłby pusty.

I tak jakiś czas temu siedziałam koło elegancko ubranej starszej pani, która mydło ostatni raz widziała chyba w czasach młodości. Później przyszedł dzień, w którym zasiadła koło mnie kobitka w średnim wieku rozgryzająca jakieś orzechy czy inne pistacje, wyciągając potem resztki spomiędzy zębów z głośnym świstem i ciamkaniem. Wczoraj natomiast miałam niewątpliwą przyjemność odbywać podróż obok pary po czterdziestce: pani, która dopominała się przez telefon głośno o swoje pieniądze, oraz pięknego pana, który śmierdział do tego stopnia, że dziękowałam za możliwość stania przy drzwiach, które od czasu do czasu pozwoliły mi odetchnąć wpuszczając świeże powietrze do środka. Przed opuszczeniem pojazdu Pani skomplementowała Pana w pięknym stylu mówiąc, że jest BOSKI.

Ja nie wiem, ale wydaje mi się, że mam zupełnie odmienną definicję boskości.

Przydżumiona ostatnim brakiem słońca i światła – bo oto nagle o 12 robi się ciemno – usypiam na stojąco. Nie mogę wstać, śpię z otwartymi oczami cały dzień, a potem wieczorem zwala mnie z nóg spanie o 21. Mój organizm chyba robi jakieś zapasy na zimę.

Ostatnio, kiedy musiałam wstać o szóstej do lekarza, odpowiedziałam mu, że nie pamiętam swojego nazwiska, a potem prawie przywaliłam ryjem o kozetkę. Boszsz, ja nie wiem jak to zrobiłam, ale stanęłam na wprost niej, mając ją na wysokości kolan, a potem po prostu przechyliłam się do przodu. No ja doprawdy nie wiem na co liczyłam – że kolana wygną mi się w drugą stronę? Oszołomiony moim zachowaniem lekarz z uśmiechem stwierdził, że „trzeba uważać” kiedy wybełkotałam „źle wystartowałam”. I od razu mówię, że nie był to psychiatra!

Z lekarzami większej ilości ma za to do czynienia moja ciocia, która przeszła zabieg usunięcia woreczka żółciowego. Odwiedziłam ją wczoraj w szpitalu przemycając na oddział mój płaszcz. Nie lubię zostawiać swoich rzeczy na portierni, zawsze potem myślę, że ktoś się o nie ocierał. W każdym razie wpadła mi w ręce tabelka z dietą, która będzie ją obowiązywać. Pełna niedowierzania czytałam te wszystkie wspaniałe potrawy, które tylko czekają na jej wyjście ze szpitala. Na koniec wykrzyknęłam „No, ciociu! Spoko, tłusty karp!” – uświadamiając sobie pół sekundy później, że czytam kolumnę pod tytułem ZABRONIONE.

W ferworze walki z ciemnością na zewnątrz ugotowałam Dziubasowi czosnkową zupę na zimny wieczór po pracy i normalnie czuję, jak zapach czosnku wydziela mi się przez skórę.

Idę się wykąpać!

Nazwa użytkownika jest już zajęta!

Dostałam jakiś czas temu maila przypominającego mi, że nie pisałam tu MIESIĄC!

Miesiąc! Ostatni raz 19 września! O matko, kiedy to było?!

Jeszcze parę miesięcy temu czas mi tak szybko leciał, że nie mogłam złapać zakrętu, a teraz to już chyba wpadłam w warp speed.

Także żyję, moi drodzy! …Chociaż czasami staczam się w otchłań szaleństwa, ale zawsze wracam!

Otóż cały czas przyzwyczajam się do nowego mieszkania i nowej tożsamości, z której wszyscy naokoło bezlitośnie się nabijają no bo jak ja mogłam zmienić nazwisko?! No dobra, też się jeszcze niby do końca nie przestawiłam ale hola, hola! Nazywam się na nowo i podoba mi się to! Teraz przynajmniej mam usprawiedliwienie na rozmawianie z samą sobą, bo teraz jest nas dwie; tzn. Ja i ta stara. A w zasadzie ta młodsza. To ta obecna się starzeje.

A więc jesień nastała! Poznaję to po tym, że nie mogę rano zwlec się z łóżka. Budzę się jak zwykle wykończona, bo jak nie morderstwa to inne apokalipsy. Ostatnio na przykład śniło mi się, że nie trafiałam w jakiegoś gościa z pistoletu więc postanowiłam ZATŁUC GO DESKĄ.

Obudziłam się przerażona, z wytrzeszczem. W tle usłyszałam dokument o Ceausescu, który Dziubas oglądał przed wyjściem do pracy, więc to pewnie dlatego.

Bo to ostatnio nowe hobby Dziubasa. Zamykanie się w łazience na długie godziny i oglądanie dokumentów o zbrodniarzach wojennych lub komunistycznych. Kąpie się przy tym tak długo, że po wyjściu mam ochotę sprawdzać, czy nie odmoczył sobie skóry.

Mnie oprócz housewife`owania pochłaniają różne inne niuanse, głównie związane z samodoskonaleniem i kształceniem. No bo skoro pracy jak dotąd nie widać, to coś trzeba robić. Ślęczę zatem w coraz to nowych książkach, plączę się po bibliotekach i wściekam na tą złośliwą torbę z punktu ksero.

Ponadto, z moich najnowszych obserwacji wynika, że generujemy zbyt dużo prania. Przysięgam, że dnie w domu spędzam na praniu i prasowaniu – czasem w tej, czasem w odwrotnej kolejności. No ja naprawdę nie wiem jak możemy oboje zużyć tyle ubrań w ciągu jednego tygodnia!

Może po prostu otworzę wszystkie szafy, wyrzucę na środek wszystkie nasze ciuchy, wytarzamy się w nich chwilę, a potem wrzucę je do prania na 12 godzin do wielkiego przemysłowego bębna, który niedługo będziemy musieli zakupić.

Powoli zaczynam rozważać owijanie się jednorazowymi bandażami, bo szybciej, łatwiej i nie ma potem problemu z praniem.

W międzyczasie chyba brakuje mi witamin, bo pożeram wszystkie surówki w moim zasięgu.  Jest to o tyle zaskakujące, że jestem istotą mięsożerną i roślin w żywieniu specjalnie nie uznaję. Boję się, że niedługo może zabraknąć mi wapnia i zacznę lizać ściany w mieszkaniu.

Póki co wracam do kuchni gotować zupę. Oczywiście pomidorową, bo Dziubas innej za bardzo nie poważa. Chyba zapytam o jakąś kartę stałego klienta w warzywniaku obok, bo za te kilogramy pomidorów powinnam dostać jakąś zniżkę albo zbierać punkty. Na przykład: Kup 10 kilo pomidorów w miesiącu, wygraj kupon do spa! No bo temu, kto przerobi ich taką ilość w ciągu miesiąca chyba coś się od życia należy, nie?!