Urzędowanie

Zaraz chyba wytarzam się w gorącej smole i obkleję piórami!

Oto znów okazuje się, że próba załatwienia czegokolwiek w miejskich urzędach kończy się fiaskiem i gigantycznym wkurwem z elementami zaskoczenia włącznie.

Proszę Dziubasa, żeby mnie podrzucił przed pracą do urzędu miasta i biura paszportowego po nowe dokumenty. Czasu w sumie nie mamy i Dziubas już powinien być w pracy ale to przecież zajmie chwilkę.

W urzędzie miasta po wypełnieniu wniosku okazuje się, że nie wyrobią mi tutaj nowego dowodu, bo od kilku dobrych lat moją ulicę obsługuje filia urzędu na drugim końcu miasta.

No tak. Ma to swój własny a dla mnie niezrozumiały ukryty sens urzędniczy, żeby z jednego końca miasta jeździć na drugi a nie do najbliższego urzędu.

Z zaciśniętymi zębami ruszamy dalej przed siebie, a ja pocieszam się w duchu, że i tak brzydko się na tym wniosku podpisałam.

Katastrofa następuje w biurze paszportowym, kiedy najpierw nie mogę znaleźć odcinka do odebrania starego paszportu, przepada mi kolejka i wszystko z portfela wylatuje na ziemię. Kiedy już podchodzę do okienka okazuje się, że Ooooo! Co to, to nie! Nie dostanę mojego paszportu, bo zmieniłam nazwisko!

Wdech, wydech. Tylko spokojnie.

- Musi pani wypełnić i złożyć nowy wniosek! – Informuje mnie zza szyby kobieta o twarzy żyrafy z wielkimi okularami w stylu muchy.

- Dobrze, nie ma problemu.

- Ale niestety spóźniła się Pani o tydzień, więc trzeba zrobić nowe zdjęcia, bo są ważne tylko przez pół roku!

Nojapitolę!!!

NAPRAWDĘ?!

A więc zdjęcia składane do wniosku są aktualne przez sześć miesięcy. Moje straciło ważność tydzień temu. Chociaż nie przypominam sobie, żebym przez ten tydzień się gwałtownie postarzała, przeterminowała, wydłubała sobie jedno oko albo nabotoksowała usta do rozmiarów pontonu. Co za tym idzie, to samo zdjęcie, które jest ważne tylko pół roku, występuje w moim paszporcie przez 10 lat i przez te 10 lat ważności nie traci, tak?

Z frustracją sięgającą zenitu, huśtawką hormonalną i płaczem na końcu nosa sprzeklinałam po wyjściu z biura wszystkie urzędy ziemskie, ku zdziwieniu i niezadowoleniu Dziubasa, starającego się załagodzić całą sytuację.

Poranek zakończyłam tracąc godzinę na załatwienie niczego – no bo normalnie przecież być nie może. Posiadam kilka bezużytecznych zdjęć paszportowych, muszę znowu dać się fotografować, a w międzyczasie zjadłam pół tabliczki czekolady.

Mam ochotę zawinąć się w koc, odłączyć telefon i udawać, że mnie nie ma. Dziś jestem krokietem w kokonie! Otoczenie nie ma na mnie wpływu!

A od poniedziałku znowu do urzędów…

Pstryk!

Po spontanicznie przedłużonej podróży poślubnej wróciliśmy do rzeczywistości – Dziubas do swojej, szarej i znajomej, ja – do nowej. Do nowego mieszkania, nazwiska, szafy i nowego statusu kury domowej.

I tak ja przyzwyczajam się do nowego miejsca a Dziubas do noszenia obrączki, która z dnia na dzień uwiera go coraz mniej. Za to na koniec dnia kiedy odkłada ją na półkę, oznajmia z dumą „Dziś nosiłem cały dzień!” za co należy go pochwalić.

Polskę zjeździliśmy wzdłuż i wszerz, od morza przez Mazury aż do bieszczadzkich połonin, których to zresztą najbardziej mi w tym roku brakowało. I jeszcze zanim wróciliśmy do domu wierciłam Dziubasowi dziurę w brzuchu, że koniecznie musimy tu jeszcze w tym roku przyjechać! Dziubas, spędzający kilka godzin dziennie za kierownicą, oczywiście średnio podzielał mój entuzjazm.

Dzisiaj za to poszłam zrobić fotki do nowego dowodu osobistego. Jak wiadomo, szłam jak na skazanie wyobrażając sobie po drodze co tym razem przerośniętego wyjdzie mi na zdjęciu. No bo już wiadomo, że normalnie być nie może. Pan fotograf z ogromnym entuzjazmem posadził mnie na krzesło i nie chciał słuchać ostrzeżeń, no bo „Piękna kobieta więc na pewno wyjdą piękne zdjęcia!”. Poustawiał mnie w kilkunastu różnych pozycjach – nawet nie wiedziałam, że można wykręcić głowę pod tym kątem! – po czym uprzejmie podziękował.

Za kilka sekund usłyszałam zamyślone „Zapraszam jeszcze raz!”.

No bo WIADOMO.

Tym razem odburkiwał coś z niedowierzaniem, po czym zaczął sesję od nowa, tym razem każąc mi przechylać głowę w inną stronę. Przy okazji mrucząc pod nosem „No coś ten aparat pani nie lubi…”.

Ja, jako że to dla mnie żadna nowość, posłusznie wykonywałam jogę szyją aż do momentu kolejnych podziękowań.

Reasumując zdjęcia wyszły naprawdę niezłe ( zamówiłam 8 odbitek!) a pan fotograf tłumaczył mi, że „TAK wychodzę, bo przychodzę już z TAKIM nastawieniem!”

Matko…nawet nie chce mi się komentować!

Zabrałam odbitki do domu a teraz siedzę, maluję paznokcie i zastanawiam się kiedy przestanę się przedstawiać panieńskim nazwiskiem.

I podgrzeję obiad mojemu świeżemu Mężozwierzowi! A co! :)

Suki rozporowe

W związku z moim przypływem chandry i złego samopoczucia, do akcji wkroczył Dziubas. Zdecydował, że kupi mi płaszcz na jesień. Ochoczo wędrował ze mną od sklepu do sklepu zarzucając na mnie rzeczy przeróżne.

Ze sklepów oczywiście wychodziliśmy z niczym, bo w tym sezonie projektanci się czymś ućpali. Wszystkie płaszcze posiadają kołnierze w rozmiarze XXXXXXXL. A jeżeli już nie zwisa im dwumetrowy kołnierz, to nadrabiają głębokimi kapturami. W tym samym rozmiarze.

Nie wiem, może ominęła mnie jakaś akcja społeczna z serii „Wyhoduj sobie dużą głowę domowymi organicznymi sposobami”?!

Po ogólnym zniechęceniu kołnierzami-ufo w końcu dotarliśmy do jakiejś Castoramy żeby kupić wkręty. Bo mamy taki drążek z Ikei z haczykami, na których można zawiesić sobie np. wiaderko. Ja wiem jak to brzmi, ale kiedyś stwierdziliśmy, że jest nam to nad zlewem niezbędne. To wiaderko na tym drążku.

Tajemnicze wkręty, które okazały się zwyczajnymi śrubkami Dziubas wybierał jakieś 15 minut, bo okazało się, że mają wszystkie, tylko nie takie jak my chcemy.

Ja w międzyczasie lawirowałam między tymi półkami i zastanawiałam się, czy ludzie po drugiej stronie regału wiedzą, że słychać każde ich słowo. Następie kolejno dusiłam się z gorąca w zarzuconym na szyję kominie, dostałam głupawki kiedy zobaczyłam, że te wszystkie metalowe akcesoria są wyprodukowane przez firmę „SUKI international” a potem wpadłam w panikę, bo jacyś faceci zasłonili mi Dziubasa i myślałam, że uciekł.

Dziubas za chwilę jednak wyłonił się z powrotem i stwierdził, że chyba znalazł.

„Całe szczęście, bo już się bałam, że zostawiłeś mnie tu samą z tymi sukami!” – Odkrzyknęłam radośnie nie zważając w danym momencie na pozostałych klientów sklepu.

Dziubas stwierdził, że teraz czas na kołki.

O, kołek! Wiem, co to kołek! Pomogę mu i nareszcie się wykażę znajomością tematu!

Kołek oczywiście okazał się zupełnie czymś innym, niż to sobie wyobrażałam.

Kiedy Dziubas zdobywał potrzebny nam rozmiar, ja zaczęłam czytać etykiety innych towarów zalegających na półkach. Oczywiście niewiele zrozumiałam, nie oszukujmy się. Kiedy dotarłam do „Opaski ślimakowej do węża” zrobiło mi się nazbyt egzotycznie i moja wybujała wyobraźnia zastrajkowała.

Na koniec przy kasie pani kasjerka przez dobre kilka minut wstukiwała tak skomplikowany kod tych śrubek i nakładek, że poczułam się jak w NASA.

Do domu wróciliśmy późno.

Drążka nie wwierciliśmy ;)

Smętnie

Jestem trutniem. Rodzaju żeńskiego. Chociaż truteń rodzaju żeńskiego to chyba się nazywa „utrzymanka”?

Siedzę w domu jako „aktualnie niezatrudniona” trzeci dzień z rzędu i nie mam bladego pojęcia co ze sobą zrobić.

Dom lśni czystością. Zastanawiam się, czy nie wylać czegoś na środek żeby znaleźć sobie zajęcie.

Rzeczy w szafie przekładałam kilkanaście razy w ciągu tych kilku dni. W międzyczasie przypomniałam sobie tę sielankową lipcową scenę kiedy to zdecydowałam, że wyrzucę 90% jej zawartości, bo już mi się nie przyda.

Dotyczy to również butów, z których aktualnie zostały mi sandałki na +30 i kozaki na -30. Niczego pomiędzy nie odnotowałam.

Zastanawiam się co dzieje się z moimi synapsami w takich momentach. A może ja mam po prostu jakiś sklerotyczne zwidy? Albo, co gorsza, jakąś schizofrenię?! I co teraz? Jak Dziubas wytrzyma ze mną razy dwa? Ponadto w jednym ciele?

Na pewno każe mi spać na balkonie. Bo nie zrozumie, że oto nagle potrzebuję wszystkiego, po tym, jak tego samego wszystkiego przed chwilą się pozbyłam.

Na dodatek z jednej firmy odpowiedzieli, że jednak nie spełniam ich wymagań, które z opisu stanowiska spełniałam w stu procentach.

Skończyły się nam również przedślubne załatwienia i mając niespodziewanie wolny wieczór rozglądaliśmy się dookoła jak spłoszone zwierzęta, nie wiedząc co ze sobą zrobić. Nastąpiło to zresztą zaraz po tym, jak czwarty dzień z rzędu spotkaliśmy księdza, który będzie nam tego ślubu udzielał. Na pewno już myśli, że chcemy go zabić.

Na dodatek dalej jestem struta i snuję się po domu w kokonie ze szlafroka i co chwilę nowym kubkiem herbaty.

Ech…”Znów ta jesień rozciągnęła melancholii mglisty woal”…

Chili out!

O, mamo. Pamiętam zeszły tydzień, kiedy mówiłam z dumą „Od przyszłego tygodnia już nie pracuję, więc będę mieć mnóstwo czasu!”.

W takich momentach zastanawiam się co przyćmiło mi mózg żebym mogła wygłosić takie stwierdzenie. Serio, to coś podkorowego? A może zwarcie w impulsach?

Czasu mam tyle ile do tej pory, zajęć w sumie tyle samo a więc schemat dnia nie zmienił się w ogóle. Dzień zaczynam od siedzenia na komputerze w poszukiwaniu pracy, pisząc różne resume i inne listy motywacyjne. W międzyczasie zauważam, że już TA godzina, a ja jestem rozczochrana, przymulona a jeszcze TYLE RZECZY do zrobienia! … Wielki szacun dla tych wszystkich matek z dziećmi na karku, nie wiem jak to robicie – Kawa? Valium? Kokaina?

A potem zaczyna się latanie, jak na przykład wczoraj:

Decyduję się na ubranie pierwszy raz tej jesieni trochę grubszego sweterka, bo pogoda nienajlepsza a wieczory w sumie już zimne. Dziubas wraca z pracy na jednym kole, je za kierownicą zupę z jednorazowego opakowania, a ja jadę obok z łyżką w ręce i śpiewam przykładowe pieśni i hymny na ślub, ku radości kierowców obok wesoło zaglądających do wnętrza Dziubasowozu. Na miejscu okazuje się, że organisty nidzie nie ma, ale to w sumie dobrze, bo nie zabraliśmy ze sobą ani koperty ani pieniędzy. Dzielimy się tak, że Dziubas biegnie do bankomatu a ja do Dziubasowozu zaparkowanego milion kilometrów od Kościoła. W międzyczasie w moim jesiennym sweterku pocę się jak dziwka w…no, w Kościele, ale przybiegam na czas. Dziubas też. Krążymy przed wejściem jakieś 5 minut, kiedy Dziubas nagle przypomina sobie, że spotkanie miał potwierdzić. WCZORAJ.

Tym sposobem wracamy do domu z dużym opakowaniem papieru toaletowego i gotujemy seczuańskie chili. To tak w myśl mojego postanowienia pod tytułem „Dziubasku, do ślubu nie jem niczego ostrego ani niezdrowego bo dostanę jeszcze jakiejś wysypki”.

Dziś Dziubas usypiał w drodze do pracy a ja umierałam struta tym cholernym chili.

A wieczór znów spotkanie z organistą a potem managerką restauracji.

Aż zrobiłam się głodna…

Worms: Armageddon

Podobno jest dobrze, kiedy para dzieli się domowymi obowiązkami. W myśl tej zasady Dziubas już dawno temu zadecydował, że wszelkiego robactwa spontanicznie pojawiającego się w domu będę pozbywać się ja. Bo on się brzydzi.

I tak za każdym razem kiedy w mieszkaniu pojawi się cokolwiek pełzającego lub fruwającego, Dziubas stara się niezwłocznie acz niezauważalnie od tego odsunąć, wydając mi jednocześnie komendę „Skilluj go!”.

Niestety ja także nie mogę się pochwalić miłością do robactwa ale w przypływie jakiegoś zaćmienia umysłowego przystałam na ten podział.

W ten oto sposób, nieświadomi nadchodzącego zagrożenia, spożywaliśmy jakiś czas temu kolację w kuchni. Zaaferowani instrukcją montażu rolety okiennej osłupieliśmy, kiedy nagle nie wiadomo skąd nadleciała ogromna włochata ćma. A raczej ĆMA – bo tylko duże litery mogą oddać rozmiar tego potwora.

Ma się rozumieć, że nie musiał minąć nawet ułamek sekundy, żebym wyleciała z prędkością światła na drugi koniec mieszkania w przerażeniu, wołając „Dziubaaas! Weź to!”

Tutaj Dziubas wykazał się ogromnym sprytem, włączając odkurzacz i próbując wessać ćmę z wewnętrznej części lampy.

Zachwycona podskakiwałam w przedpokoju do momentu, kiedy rura od odkurzacza zassała żarówkę, światło padło a my zostaliśmy sami w ciemnościach z włochatym robalem.

Niezadowolony Dziubas bez słowa zmienił żarówkę a ćmy do dziś nie znaleźliśmy. Czasem podczas bezsennej nocy boję się, że może się gdzieś na nas czaić, żywić się resztkami zza szafek, nabierać masy i czekać na dzień zemsty.

Po ostatnim razie, kiedy rozmazałam milimetrowego komara po jakichś dwóch metrach sufitu, doszłam do wniosku, że rezygnuję z funkcji.

***

Tym oto sposobem Panie i Panowie nastał wrzesień – a więc czas naszego ślubu. Za 5 dni. W związku z tym wszędzie naokoło dostrzegam młode pary plątające się po mieście wraz z fotografami. Ostatnio nawet zauważyłam scenkę, podczas której kamerzysta kazał dziewczynie schować się  za rogiem i liczyć do dziesięciu. Obstawiałam, że on ucieknie szybko chichocząc i chowając się za jakimś zaparkowanym samochodem. Do tego momentu nie wiedziałam, że taka usługa obejmuje również gry miejskie.

Stresu nie odczuwam wcale, za to Dziubas denerwuje się za naszą dwójkę, mamla palce w kościele, wzrusza się kiedy mówimy o organiście i przebiera nóżkami.

Ja w ramach tej gorączki zastanawiam się jedynie jak to zrobić, żeby nie przywalić ryjem o posadzkę kiedy będę stawiać kroki jak nowonarodzony jelonek w sukience do ziemi, którą przydeptuję na każdym kroku. Zupełnie nie wiem jak swobodnie można się w czymś takim poruszać a tym bardziej czuć „pięknie, wyjątkowo i cudownie”. Wyglądam jakbym szła do pierwszej komunii, nie umiem postawić w tym normalnego kroku i już dziś czekam na moment, kiedy w końcu będę mogła zdjąć to rusztowanie i przebrać się w dżinsy. To doprawdy niesprawiedliwe, że taki przedstawiciel rodzaju męskiego założy wygodny garnitur, który wystarczy mu do końca życia na wszystkie okazje. No ale trudno. Najwyżej po ślubie  oddam moją kieckę do krawcowej i przerobię ją na obrus.

Na razie znikam na spotkanie z organistą ( przysięgam, że słowo „organista” kojarzy mi się tylko i wyłącznie z jakąś makabryczną sekcją zwłok…) bo z tego rozkojarzenia i zamętu przebierałam się na oczach zaciekawionych robotników siedzących na rusztowaniu przyczepionym do bloku naprzeciwko.

PS. Czy można zatrudnić kogoś do podtrzymywania takiej sukienki i kierowania ruchem???