„I powiozą mnie windą do nieba!”

Byłyśmy dzisiaj z M. szukać dla niej sukni ślubnej. J., która jak się okazuje ma swoje wejścia na mieście, zaprowadziła nas do świetnego sklepu, gdzie przemiła kobitka cierpliwie przebierała M. z jednej kiecki w drugą.

Ma się rozumieć, że pierwsza przymierzona okazała się tą trafioną, a ja w międzyczasie chłonęłam niuanse…o matko! Ja nie wiem, co mi się stało, ale nagle to ja zapragnęłam przymierzać! Chciałam zerwać każdą jedną sukienkę i mierzyć, mierzyć, mierzyć! Przebierać się, rozbierać i znów ubierać! Biec w każdej z tych sukienek po łące! Stać w tiulach przed lustrem i udawać, że dziękuję Królowej Angielskiej za przyjście!

To na pewno ten upał. Myślę, że mój mózg potrzebuje intensywnego nawodnienia i wycieczki na Antarktydę. Tak dla złapania równowagi.

Poza tym niedawno dostałam od mamy w prezencie nóż i urządzenie do krojenia, żebym nie musiała kroić nożem. Moja rodzina mnie już NAPRAWDĘ niczym nie zdziwi.

Niemniej jednak do głowy przyszło mi, że to już TEN moment. TEN czas w życiu, kiedy zacznę dostawać od ludzi na różne okazje sprzęty domowe. Już widzę siebie zawaloną patelniami, garnkami innymi mopami z innowacyjną końcówką. Żegnajcie dobra książko, perfumy czy bilety na koncerty – witajcie ściereczki antystatyczne i zestawie widelców do ostryg!

Z poczucia bliżej nieokreślonej nostalgii kupiłam sobie dwa lakiery do paznokci. Tak żeby zbuforować.

W międzyczasie zostałam też zmuszona do zrobienia zdjęć juższybkonatychmiastnawczoraj, które okazały się oczywiście zupełnie niepotrzebne. Mój wygląd na nich pominę głębokim milczeniem, dodam tylko, że na następnym babskim spotkaniu będziemy je rytualnie palić a szczątki zakopywać pod ziemią. Normalnie dostałam takiej traumy, że błagałam J. i M. o potwierdzenie, że ja tak na codzień nie wyglądam. Potwierdziły dwukrotnie, więc zrobiłam się spokojniejsza. Ale w głębi duszy przysięgłam sobie, że nigdy więcej szybkich zdjęć!

Dziubas natomiast wraca lada dzień a ja czuję się zupełnie nieprzygotowana. Co więcej, po tak długim czasie rozłąki będę musiała go poniuchać i ponaciskać palcem tu i ówdzie, żeby sprawdzić czy to na pewno ten mój Dziubas, a nie jakiś podstawiony, amerykański. Tak czy inaczej, mam obiecane w nagrodę trzy tygodnie podwójnych lemurów i jedno łaskotanie w pakiecie z mamlaniem i  zakleszczeniem. Kara za rozłąkę musi być! :)

Idę się rozpłynąć…

Uwaga, gorrrące!

No! Co jak co, ale lato w tym roku to nas dopieszcza!

Myślę o tym za każdym razem kiedy jadąc do pracy tramwajem jakiś niemyjący się tygodniami uprzejmy dżentelmen podniesie pachę w górę.

Ja wiem, że dopiero narzekałam, że zima. Że zimno, szaro i ponuro. Ale chyba są pewne granice! …Bo SĄ, prawda?!

Poza tym nie wiem o co chodzi, ale już któryś raz na tym upale widzę panienkę w zimowych kozakach do kolan. Nie wiem, może coś przegapiłam? Może to jakiś nowy sposób na oszukanie organizmu? A może teraz w ogóle w modzie są szoki termiczne? Bo to chyba nie chodzi o to, że nie ogoliły nóg?

Tak więc siedzę i powoli się rozpływam. W upale i w oczekiwaniu na powrót Dziubasa z delegacji, który nastąpi już w tą sobotę.

W międzyczasie mam harmonogram napięty jak baranie conieco i wypełniają go wszelakie załatwienia mniejsze i większe. Z tych przyjemniejszych czeka mnie na przykład zamówienie przedślubnych zapowiedzi, na co jestem kompletnie nieprzygotowana. Tak psychicznie jak i finansowo. Ostatnio przeczytałam nawet o zawrotnej sumie 250 złotych za ową usługę, w związku z czym chyba zacznę się nocami puszczać a Dziubas będzie wyprowadzał komuś psy żeby zapłacić za resztę usług. Już trudno.

Jem rodzynki w czekoladzie i tak się zastanawiam… czy to byłoby bardzo nie na miejscu gdybym porzuciła moją pracę, spakowała walizkę i resztę życia przeleżała pod jakąś palmą z zimnym drinkiem w ręku i Dziubasem na leżaku obok???