Check, please!

Ostatnio jakoś zebrało mi się na zakupy. Bo jak wiadomo zazwyczaj kończy się wszystko naraz. Jako, że lato zdecydowało się znów na chwilę powrócić, biorę prysznic co chwilę. Jeżeli naprawdę moją skórę zamieszkiwali ci różni naturalni rezydenci, to już dawno zostali z niej zszorowani.

Zaczęło się niewinnie. Od zakupu peelingu do ciała. Cudownego, zielonego, owocowego. No i wtedy się zakochałam. Momentalnie uznałam, że muszę mieć też ten drugi do pary – czerwony, pachnący świeżymi porzeczkami i wiśniami. Szorowania nie ma końca i to nic, że przez chwilę po wyjściu spod prysznica mam na ciele takie czerwone pręgi jakbym właśnie skończyła walkę wręcz z tygrysem bengalskim.

Później już poszło gładko: jeden żel pod prysznic o zapachu mango, drugi kokosowy i kilka kremów wygładzających na dzień i na noc. Matko, normalnie uwielbiam te kremy! Mogę się kremować non-stop i z dnia na dzień widzę jak mi się skóra napina tu i ówdzie!

Oczywiście nie omieszkałam pochwalić się tym cudownym zakupem Dziubasowi. Spojrzał na mnie badawczym wzrokiem oderwany od machania widelcem i stwierdził „Pewnie nie jesteś zadowolona?”

Spoko.

Tak więc zakupów kosmetycznych dokonuję, ma się rozumieć, w samotności. Oj, bo tak na codzień to ja też wolę szybko wziąć pod pachę co potrzebuję, ale w tej sytuacji muszę na spokojnie wszystko otworzyć, poniuchać i popaprać. Poza tym umówmy się, że mężczyźni nie są w stanie wycierpieć pięciu minut na stoisku z mazidłami, za to stacje spawalnicze mogą podziwiać godzinami.

Na wczorajszą rundę po sklepie dla odmiany wybraliśmy się razem, bo ja potrzebowałam suszarki do włosów a Mama-Wu suszarki do bielizny. Zakupy suszarkowe szybko przemieniły się w „Czego nam jeszcze brakuje w domu”. Dziubas dzielnie dzierżył ogromną brzeczącą suszarę na pranie, podczas gdy ja zgarniałam jeszcze maty do zlewu, drewniany sztuciec do mieszania po teflonie, podtrzymywacze do drzwi i wałek do farby. Podczas gdy Dziubas zdecydował o pooglądaniu sobie nabojów do pióra, złapał mnie gigantyczny skurczu bicepsa.

Bicepsa! Mnie! Do tej pory niekoniecznie byłam świadoma jego posiadania! Zawsze rzeczy tego typu przypisywałam mężczyznom, a tu proszę. Ja też mam takie coś.

Po dotarciu do kasy i wyrzuceniu wszystkiego na taśmę (bo po co nam koszyk na dwie rzeczy) odkryłam również czerwony  odcisk maty do zlewozmywaka na przedramieniu.

Naznaczona szkarłatnym piętnem i z zakwaszonym prawym bickiem ( boszsz…) dotarłam szczęśliwie do samochodu.

Po dotarciu do domu Dziubas nagrał jakiś krótki filmik ze mną w roli głównej i złapałam doła, bo zobaczyłam jaką mam na nim ogromną głowę.

Doprawdy, nie rozumiem tego fenomenu. Na codzień mam taką drobną makówkę, że muszę nosić dziecięce rozmiary czapek czy kasków narciarskich. Wystarczy zrobić mi zdjęcie i voila! Od razu moja głowa przewyższa wszystko i wszystkich dookoła. Jak ciało małego  Pinokio z jednym z tych pomników z Wyspy Wielkanocnej na ramionach. Normalnie wychodzi mi zawsze taka dynia, że możnaby mnie wystawiać przed drzwi na Halloween do straszenia dzieci. No ale trudno, jednych Matka Natura obdarzyła fotogenicznością, a mnie najwyraźniej talentem do magicznego zwiększania objętości głowy za jednym pstryknięciem.

Na szczęście tego wieczoru mieliśmy też trochę piwa… No i Dziubas w końcu przyznał, że ma Ananasa na głowie  ;-)

Po cywilnemu

No dobra. Byliśmy dzisiaj z Dziubasem w urzędzie stanu cywilnego.

Ja rozumiem, że papierologia to u nas zawsze i wszędzie na miejscu pierwszym. Rozumiem, że trzeba najpierw wypełnić papier żeby dostać kilka(naście) kolejnych z powrotem. Rozumiem też, że to wszystko co tam trzeba wypełnić, to dla pani biurwy już taka oczywista oczywistość, że aż trzeba petenta zbywać ironicznymi żarcikami i głupkowatym uśmiechem połączonym ze spojrzeniem pełnym politowania. Ale podejścia ludzi korzystających z ich usług już za nic w świecie nie pojmuję.

Halo! Ludzie! Przypominam, że to urzędnicy są tam DLA NAS, nie odwrotnie!

Robiło mi się conajmniej nieswojo na widok tych wszystkich osób wchodzących tam w pozycji przygarbionej, wystraszonej z nastawieniem „Przepraszam, że żyję”. Stających oko w oko z paniami biurwami wyprostowanymi jak trzcinka, omiatającymi nochalami sufit i szurających z kubkami na kawę tam i z powrotem po korytarzach w tanich kieckach z bazaru nieopodal.

Klient – nasz wróg. Osoba wchodząca do mojego pokoju jest intruzem przeszkadzającym mi w moim tworzeniu kolejnej sterty nikomu niepotrzebnych papierków. I jeszcze czegoś ode mnie chce! Więc zamiast wytłumaczyć popatrzę na niego spode łba, uśmiechnę się z politowaniem i rzucę żartem śmiesznym tylko dla mnie.

O, matko! Jak to się stało, że w tym kraju to wszystko tak „działa”?!

Wyszłam stamtąd zbulwersowana i zapowietrzona z Dziubasem kroczącym koło mnie w wyśmienitym nastroju i zupełnie nie rozumiejącym mojej frustracji.

Zrozumiał ją kilkanaście minut później, już w samochodzie zmierzającym do pracy, kiedy okazało się, że zostaliśmy świadomie wprowadzeni w błąd i nasz akt małżeństwa dotrze pocztą nie tam gdzie powinien. Ja już wtedy byłam bardziej na etapie przypominania sobie jak bawiłam się próbując coś odkleić ze stolika biurwy a poza tym zrobiło mi się niedobrze, więc biorąc głęboki wdech śpiewałam razem z płytą, że się snuję na drodze do pewnej miejscowości.

A teraz wykorzystuję ostatnie wolne chwile w oczekiwaniu na popołudniową zmianę i zastanawiam się jak wyciągnęłam sobie na pierwszy plan mojego telefonu kalkulator i jak to zniwelować.

A za oknem pogoda piękna i cudowna…chcę się rozpłynąć!

Letnie owocowe orzeźwienie (?)

Dziubas nazywa mnie Ananaskiem.

Jest to ewidentne odwrócenie sytuacji na jego korzyść. W końcu to ja go tak nazwałam przez jego sterczące włosy.

Przez moment miałam jakieś zaćmienie umysłu i zrobiłam sobie blond pasemka. Odtąd Ananaskiem zostałam ja. Bo włosy żółte jak ananasek. Bo pomimo pokrycia ich ciemnym kolorem Dziubas staje nade mną i mówi, że ananaska mi widać spod spodu. Że jestem ananas ale się ukrywam.

Spoko.

Wszystko byłoby w porządku gdyby nie fakt, że nazewnictwo to przybiera monstrualne rozmiary.

Ostatnio wchodząc do kuchni zauważyłam na stole napisaną przez Dziubasa kartkę z zakupami. Na pozycji pierwszej widniało „Cukier dla Ananasa”. Ananasa z dużej litery.

Podczas niedawnej rozmowy o grawerowaniu obrączek, Dziubas stwierdził, że on chce mieć napisane „Ananasek”. Na moje parskanie i zapowietrzenie odpowiedział „No dobra, może być Ananas”. Najwyraźniej jest to wersja bardziej oficjalna i elegancka.

Co więcej, w domu zaczęły się pojawiać świeże ananasy, które Dziubas z zapałem kroi na różne sposoby albo dorzuca je do soku. Pod hasłem „Ananasek dla Ananaska” ma się rozumieć.

Boję się, że obudzę się w środku nocy z ananasem na poduszce obok. Jak w Ojcu Chrzestnym.

Co gorsza zaczął się czesać i układać sobie włosy tak, żeby nie sterczały. A więc wytrąca mi z ręki jedyną broń. Nawet śpi tak jakoś, że rano mu nie sterczą. Po drodze do pracy w samochodzie próbuję go czasem czochrać żeby mu te włosy stanęły dęba. Wtedy mogłabym powiedzieć „Ha!” albo „A widzisz!” ale to również mi się nie udaje.

Nawet wszechwiedzący internet zaprzeczył moim postulatom. Pisząc ostatnio intensywnie na mailowym czacie do Dziubasa, który nagle się na nim pojawił, serwer zaprotestował. Po serii haseł „Zwierzak!”czy „Zwierzak w kokonie!”, pojawiła się informacja, że „Wątek oznaczono jako mało ważny”. Akurat kiedy napisałam „Zwierzęcy ananas”.

A zatem to już najwyraźniej ten moment. Muszę się pogodzić ze swoim przeznaczeniem. Przyznaję wszem i wobec, jestem Ananasem.

PS. Mam nadzieję, że nie czytają tego pracownicy szpitali psychiatrycznych w całej Polsce, bo chyba zasłużyłam sobie właśnie na żółte papiery do końca życia…żółte. Jak ananas.