Marudzenia-zawodzenia

Jakoś nam tak ostatnio czas upływał na załatwianiu różnych istotnych rzeczy, potem na załatwianiu tych mniej ważnych aż w końcu doszliśmy do załatwiania innych załatwień. Koniec końców mamy oboje poczucie, że nic nie posuwa się do przodu. Poczucie relaksu gdzieś chwilowo odpłynęło a zastąpiło je wszechobecne marudzenie. Co dziwne, marudzi także sam Dziubas, który raczej na codzień nie jest do tego skłonny.

Na przykład podczas przygotowań do wizyty u Mamy-Wu tydzień temu Dziubas skutecznie marudził godzinami. Bo on jeszcze nie jest na tym etapie żeby się golić.  Bo jak to jest, że nie można ubrać tego co się chce. Kiedy zaproponowałam że uprasuję mu zmięty sweterek odpowiedział z rozżaleniem „No co ci znowu przyszło do głowy?!” W miniony weekend wszystko leciało mu z rąk, co z ogromnym smutkiem na twarzy komentował  „nic mi dziś nie wychodzi!” a potem marudził, że spodnie za ciasne a ta koszula to już na pewno jest za mała.

Marudzę też ja, głównie przez natłok obowiązków jaki ostatnio mnie dopadł, a z którego jakoś ciężko mi się wygrzebać. Poza tym chciałam sobie kupić buty i musiałam zabrać do domu takie, które mi się wcale a wcale nie podobały. Oj, no bo na zewnątrz ściana deszczu a wszędzie tylko klapki i sandałki. Na dodatek jak ostatnio stanę przed lustrem, to widzę tylko swoje wory pod oczami i zmarszczki mimiczne.  Z tego się ostatnio głównie składam. Z worów. No nie wiem, może muszę wytrzaskać sobie twarz torebkami herbaty? Jest jakiś sposób na takie wory bez konieczności wysypiania się??

Poza tym mam ochotę kupić sobie kolejną parę spodni i zjeść kilogram truskawek.

Niech mnie ktoś wyśle na jakiś urlop!

Po majówce!

Wróciłam z majówki i od nowa wpadłam w otchłań szaleństwa. Pomimo to zamieszczam szybki skrót wydarzeń z naszego urlopu.

Dzień 0 – Wyjeżdżamy pod wieczór i kawałek za miastem spotykamy się z resztą ludzi, którzy jadą 9-osobowym busem. Po krążeniu przez ostatnie 3,5 godziny po mieście i zbieraniu wszystkich po drodze są zadowoleni, że wreszcie ruszają. My z Dziubasem odjeżdżamy jako pierwsi i przecieramy szlak. Przy okazji nagle na drogę znikąd wyskakuje lis i cieszę się, że zapięłam pasy, bo zęby zostawiłabym na desce rozdzielczej. Po przejechaniu 30 kilometrów dostajemy telefon, że bus się zepsuł. Odbieramy to jako żart, ale każą nam jechać dalej a sami czekają na lawetę i docierają na miejsce o 4 nad ranem. Starając się widzieć plusy całej tej zaistniałej sytuacji ( no bo dla nas w sumie minusów nie ma, umówmy się…) docieramy na miejsce jako pierwsi i wybieramy sobie wypasiony pokoik z własną łazienką. Domek wynajmuje pan szybko nazwany przeze mnie Krecikiem, który jest bardzo miły a na najmniejszym palcu prawej dłoni ma paznokieć zapuszczony na pół metra. O matko, ja nie wiem skąd taki trend i co to za moda! Patrząc na otoczenie na kokainę raczej go nie stać a Dziubas mówi, że to do dłubania w uchu. Od tej pory robi mi się niedobrze patrząc na Krecika a jego paznokieć przykuwa moją uwagę po stokroć bardziej niż na początku. Na koniec wieczoru biorę prysznic i odkrywam, że jestem cała pomarańczowa. Zastanawiam się czy to efekt nadmiernego spożywania soku z marchewki. Szybko okazuje się, że taki kolor rzucają płytki na ścianach w kolorze chorej żółci pokryte efektownymi rysunkami ćmy. Prysznic nawiasem mówiąc posiada dziwne fazy, bo najpierw nie leci z niego nic i usypia moją czujność a potem woda puszcza się z taką siłą, że wgniata mnie w ścianę. Chyba się boję.

Dzień 1 – Spacer szlakiem widokowym kończy się stumetrową drabiną zawieszoną nad przepaścią, na którą kategorycznie odmawiam wejścia. Wracamy więc tą samą drogą a Dziubas zamyślony zastanawia się głośno „Jak ja będę myć okna w domu”. Staram się bardzo nie prychać. Podkreślam – staram się. Później w ramach krótkiej przerwy siadamy na łące nawiązując kontakt z miejscową naturą. Oczywiście kontakt zostaje nawiązany w dosłownym tego słowa znaczeniu, bo siadam na mrowisku i mrówki gryzą mnie po tyłku. Mam dość przyrody, chcę do łóżka!

Dzień 2 – Wybieramy się z Dziubasem na kolejny geriatryczny szlak spacerowy. Pogoda jest dziwna, więc raz mi gorąco a raz zimno. Raz zakładam kurtkę a za chwilę znów ją ściągam. Dziubas się ze mnie śmieje, bo mam gigantyczną gęsią skórkę. Mówi, że zaraz na pewno wyrosną mi pióra.Odpowiadam, że nie! Ale na wszelki wypadek oglądam ręce do łokci do końca podróży. Po powrocie bierzemy prysznic i zapadamy w drzemkę. Wydaje mi się przez sen, że słyszę głos P., który miał dotrzeć z moją psiapsiółą tegoż wieczoru i spać w pokoju naprzeciwko nas. Okazuje się szybko, że faktycznie, przyjechali. Zza drzwi słychać jak Krecik zastanawia się czy jesteśmy w pokoju. P. Sugeruje, że nawet jeśli jesteśmy, to niech nam nie przeszkadza. Dziubas zrywa się nagle z obłędem w oczach. Oboje słyszymy jak Krecik decyduje się zaglądnąć nam do pokoju PRZEZ DZIURKĘ OD KLUCZA ! Dziubas w ferworze walki i w stanie przedzawałowym, nagle naciąga nam kołdrę na głowy i zatyka mi usta i nos szepszcząc „Cicho!”. Zaczynam się dusić, bo odcina mi wszelki dopływ powietrza. Kryjówka spełnia swoją rolę a ja tego wieczoru dużo piję.

Dzień 3 – Słowacja jest cudowna! Stwierdzam patrząc na nazwy niektórych produktów. Zaledwie dnia poprzedniego znaleźliśmy plakat reklamujący piwo tak dobre, że „Wryje się w twój sroc” a dziś za to kupujemy wodę o nazwie „Boska chuć”. Szybka wycieczka na punkt widokowy udaje się, deszcz łapie nas zaraz po powrocie i jemy obiad w restauracji, w której niczego nie mają, a to co jest, ma słodki smak. Po powrocie do pokoju odkrywamy, że nie zamknęliśmy okienka w dachu, więc cała ściana jest zalana i pokryta brązowymi zaciekami. Uznajemy, że nic się nie stało i że nie trzeba było montować brudzących okien.

Dzień 4 – Robi się koszmarnie zimno, więc wyjeżdżamy wcześnie rano chcąc uniknąć korków. W korku stoimy 5 godzin, a po drodze mijamy łąki oprószone śniegiem. Będąc w domu od razu odkrywam, że chcę z powrotem.

Teraz jesteśmy w wirze załatwień przedślubnych, ślubnych i poślubnych a ja się zastanawiam jak mam usiąść w sukience, którą kupiłam.

Chcę jeszcze wakacji!