Specyficzny specyfik

Dobrze. Zacznijmy powoli, od samego początku. Od tego, że na wakacjach kupiłam sobie butelkę żelu z aloesu o zapachu bananowym.

No dobra, nie wiem po co był mi on potrzebny ale na dołączonej do niego karteczce pisało, że pomaga na wszystko. Na poparzenia, na brak apetytu, na wysypki, choroby weneryczne, depresję, wycinanie lasów deszczowych i nieuchronną zagładę zagrożonych gatunków. Kosmetyk uniwersalny! Po tym jak słońce spaliło mi czoło, faktycznie przynosił ukojenie. Starałam się nie zwracać uwagi na to, że zapach banana w zetknięciu ze skórą śmierdzi jak cebula. Ale w porządku. Dla urody podobno trzeba cierpieć, tak?

No więc dręczy mnie od kilku dni jakaś bezsenność i wstaję rano z takimi worami pod oczami, że mogłabym się do nich spakować na majówkę. Jako, że do wyjazdu na weekend mam kilka wolnych godzin, doszłam do wniosku, że czas na relaks przed pakowaniem. Postanowiłam zatem nałożyć sobie maseczkę z tego żelu, skoro jest taki kojący, odnawia komórki i regeneruje to…no, to co się popsuło. Posmarowałam sobie twarz i położyłam się na łóżku tak żeby odpocząć.

No i tak sobie leżę. Zaczyna mi się nudzić, więc macham stopami. Myślę sobie o milionie rzeczy od których miałam odpoczywać i nie myśleć. Przy okazji przypomina mi się mój sen, w którym pływałam w jakiejś brudnej wodzie z wielkimi rybami.

Przysięgam, mam chore sny. Wczoraj na przykład śniło mi się, że walczyłam z wielkim szerszeniem i ucięłam mu łeb szablą, a jeszcze wcześniej, że chodziliśmy z Dziubasem po górach i się obraziłam, bo nie chciał moczyć nóg w jeziorku jak inni turyści. Zazdroszczę Dziubasowi. Jemu nigdy nic się nie śni.

Wracam do łazienki żeby zmyć ten żel. Minęły już jakieś dwie minuty, więc wystarczy. Zmywam żel, myję twarz dokładnie moim żelem do twarzy i patrzę w lustro.

Chyba nie wierzę w to, co widzę, więc wychodzę do pokoju zobaczyć to co mam na pysku w świetle dziennym.

Moja twarz jest BORDOWA. Nie czerwona, nie lekko zarumieniona.

B O R D O W A. Z fragmentami przedstawiającymi także kolor typu zgniła śliwka.

Zaczynam wpadać w panikę. Będę albo ryczeć albo nie wiem co.

Pędzę sprawdzić w internecie co się robi w takich sytuacjach.

„Skontaktuj się z dermatologiem” – Tak, chętnie poczekam 4 miesiące na wizytę a tymczasem spakuję swój ognisty ryj do plecaka i pojadę wspinać się po górach.

 „Następnym razem nie eksperymentuj z nowościami” – Następnym razem?! Dobre rady na przyszłość? Serio?!

 „Po tygodniu, dwóch, kiedy poparzony naskórek się złuszczy, twoja skóra wróci do normy.” – Po tygodniu, dwóch?! Znaczy co, zwolnić się z pracy, nie wychodzić z domu, zasunąć zasłony i straszyć dzieci z bloku podczas wyciągania zaległej poczty ze skrzynki?!

 „Na podrażnienia i poparzenia skóry zdecydowanie najlepszy jest ALOES”.

No naprawdę, chyba potrzebuję paczki Xanaxu albo jakiegoś Valium i półlitrowego kubka espresso.

O matko, czemu ja zawsze muszę być taka nienormalna?! Eksperymentowanie z kosmetykami na kilka godzin przed wyjazdem?! Kocham swoją nieskończoną inwencję twórczą! Idzie burza, więc może na dokładkę potańczę sobie na dachu z dwumetrowym żelaznym drutem w dłoni albo zanurkuję z rekinami?

I jak ja mam sie nie wykończyć nerwowo?!

Postarzałam się chyba o jakieś 5 lat, ale po serii moczenia twarzy w zimnej wodzie i posmarowaniu się kremem na zaczerwienienia w końcu uczulenie zeszło.

Najlepsze jest to, że w efekcie mam po tym wszystkim skórę na twarzy jak pupcia niemowlaczka.

No nie wiem, może zacznę sobie robić jakieś takie kuracje poparzeniowe raz w tygodniu na odmłodzenie i odświeżenie cery?

Muszę się leczyć…

Ów Rzeczony Dziubas

No ja naprawdę przestaję się mieścić w ciasnych ramach godzinowych doby ogólnie przyjętej w tym wszechświecie. Czy kiedykolwiek w mojej przyszłości nastąpi taki dzień kiedy będę nie w biegu/ wyspana/ wypoczęta/ zrelaksowana? A może zwyczajnie żądam od życia zbyt wiele i powinnam chcieć wyłącznie dnia, w którym NORMALNIE wyjdę z domu i tak samo NORMALNIE do niego wrócę? Bez zbędnych rewelacji po drodze?No ale spójrzmy prawdzie w oczy – nie może być NORMALNIE. Bo normalnie to nudno, konwencjonalnie i takie coś po prostu przytrafia się innym ludziom.

Ale ale! Odnośnie rzeczy niezwyczajnych i niekonwencjonalnych! Obiecałam historyjkę jak to Dziubas postanowił się oświadczyć, więc oto ona!

Otóż jesteśmy sobie na wyspie Gran Canaria. Jest piękny słoneczny dzień. Jedziemy wypożyczonym autkiem gdzieś przed siebie. Ja, nieświadoma zagrożenia, rozczchrana i spocona. Dziubas czający się na dogodny moment.

Wysiadamy z auta i Dziubas nagle w środku niczego postanawia, że O! Na tą górę sobie wejdziemy!

Dookoła nie ma nikogo, jesteśmy sami między skałami a ja się boję, że umrę ukąszona przez jakąś egzotyczną tarantulę albo stado dzikich węży czyhające na moje kończyny w pobliskich krzakach.

Oczywiście na górę wychodzę. No bo co tak będę sama stała.

Góra okazuje się być niewysoka. Jestem zadowolona, bo nie ma ani śladu węża ani pająka ale daje słowo, że coś się na pewno w tych trawach na mnie czai.

Dziubas podobno wtedy ma się oświadczać, ale jest chory i czuje się nienajlepiej a poza tym oboje decydujemy, że za tym pobliskim kamieniem sie wysikamy. No więc WIADOMO – sytuacja mało romantyczna.

Po powrocie do hotelu Dziubas natychmiast decyduje, że ZARAZ WYCHODZIMY.

Tak więc łykam w biegu kolację, biorę błyskawiczny prysznic i zmieniam przepocone ciuchy, bo Dziubas przebiera nogami krzycząc: No chodź, zwierzaku! Bo zachód słońca! Bo nie zdążymy!

Jedziemy do pobliskiej ekskluzywnej dzielnicy przejść się promenadą nad oceanem o zachodzie słońca.

Tyle, że zachód już zaszedł, a ludzi dookoła mnóstwo, więc Dziubas jest spłoszony. Wykazuje ogromne ADHD – nawet jak na siebie – mówi różne dziwne rzeczy i intensywniej niż zwykle przebiera nóżkami.

Z promenady skręcamy w alejkę wzdłuż której rosną piękne palmy i równe zielone trawniczki. Pięknie pachnie, bo trawniki są akurat nawadniane jakimiś urządzeniami do spryskiwania.

Zawieszona delektuję się zapachem zieleni i patrzę w dal. Odwracam się nieświadomie żeby spojrzeć na Dziubasa, który…pęka po kryjomu ze śmiechu.

Normalnie prawie fizycznie czuję, jak zaczynam głupieć, więc pytam Dziubasa z czego się śmieje.

„Z niczego!” – Rzuca automatycznie Dziubas i dalej skręca się po cichu ze śmiechu. Nie pomagają prośby, groźby i maślane oczy.

Nie chce mi powiedzieć! Co za zwierzak! Czuję się obrażona, bo na pewno śmieje się ze mnie! Oglądam się ze wszystkich stron, szczególna uwagę zwracając na spodnie i bluzkę. A może czymś się na twarzy upaprałam?!

Nagle Dziubas się zatrzymuje robiąc donośne „Ehhhhh!”.

Stoimy.

„Osłabłem!” – oświadcza Dziubas. – „Czy masz może ochotĘĘĘĘ napić siĘ wody?”

Nie wiem co powiedzieć, bo takiego stężenia litery Ę chyba nigdy u niego nie słyszałam. Dostrzegając wagę tej propozycji rzucam ostrożnie, że owszem, mogę się napić. Wobec tego Dziubas ściąga z ramion plecak i zaczyna w nim grzebać. Ja idę dalej, do przodu i wdycham zieleń.

W tym momencie sytuacja przybiera intensywny i niespodziewany obrót: Ja idę i wdycham, Dziubas grzebie. Przewraca do góry nogami zawartość plecaka, bo ma w nim pierścionek. Jednocześnie zezuje, żebym się nie odwróciła i przypadkiem nie zapytała „A co tam masz??”

No więc Dziubas grzebie. Ja idę.

Dziubas znajduje przeźroczystą siateczkę, w której ma pierścionek. Tym razem nie może go z tej siateczki odwinąć, bo nie wie gdzie jest początek a gdzie koniec. Zaczyna wpadać w panikę.

Ja idę. Nagle zdaję sobie sprawę, że w końcu się tej wody nie napiłam. Odwracam się akurat w momencie, kiedy leci do mnie uśmiechnięty od ucha do ucha Dziubas otwierając pudełeczko z pierścionkiem – najpierw w swoją stronę, potem już w moją – i pyta czy wyjdę za niego. Przy okazji wykonuje skomplikowany układ choreograficzny na jednej przykurczonej i ugiętej nodze, najwyraźniej zastanawiając się na której uklęknąć.

Chyba mam zawał, bo wydaje mi się, że nie oddycham.

Odpowiadam automatycznie: „Ty zwierzaku! Ja wiedziałam, że coś kombinujesz, bo się śmiałeś! Ale nie chciałeś mi powiedzieć z czego, a ja zawsze wiem, kiedy Ty kombinujesz, bo…”

„Ale wyjdziesz za mnie?” – przypomina pytanie główne Dziubas, nadal klęcząc.

Wtedy do głowy przychodzi mi, że teraz jest ten moment, żeby mózg przekazał informację o wykrzsztuszeniu z siebie TAK, więc odpowiadam, że TAK.

Potem wiadomo, oboje się cieszymy, a Dziubas przypomina, że jeszcze nie zwróciłam uwagi na pierścionek. Tak więc zakładam go i okazuje się za duży, ale jest cudowny, piękny i nikomu go nie oddam!

Nawiasem mówiąc, właśnie dzisiaj mija miesiąc od momentu kiedy oddałam go do wymiany. MIESIĄC. Bo panowie muszą zrobić ekspertyzę, czy przypadkiem nie wydłubałam jakiegoś kamienia.

Ciąg dalszy nastąpi, kiedy znów będę miała chwilę żeby usiąść spokojnie przy moim laptopie w przerwach między lataniem z wywieszonym ozorem a nie-spaniem.

Pozdrowienia dla stałych czytelniczek!

Wiedziałyście, że dziś jest Międzynarodowy Dzień Tańca??

 

PS. Panno X od Dziennika – nie mogę zostawić Ci komentarza, coś mnie nie przepuszcza! Moje komentarze przechodzą tylko pod opcją „Anonimowy” lub „nazwa/adres url”. Złośliwość rzeczy martwych! Cyborgi nas kiedyś zniszczą!

Back to Reality

Już wsiadając w samolot powrotny do Polski wiedziałam, że to tylko kwestia czasu kiedy powiem „Chcę z powrotem na wakacje!”. Nastąpiło to dzień po powrocie. Długo czekać nie musiałam.

Także jesteśmy, żyjemy! I znowu doba jest dla mnie za krótka, stąd to wymowne milczenie ;)

W międzyczasie spotkałam dawno nie widzianą sąsiadkę, która z nieziemskim wręcz zdziwieniem krzyknęła: „Fajna dziewczyna z ciebie wyrosła!” Jakby zaraz miała dodać „No kto by pomyślał?!”

No dzięki. Najwyraźniej w dzieciństwie wszyscy mieli mnie za nienormalną.

Dziubas nadal zwierzakuje i woła do mnie zawinięty w kokon z kołderki: Chodź do kokona, bedziesz trawiona! A innym razem znów twierdzi, że jestem poteflonem – zwierzęciem żerującym na teflonie. Oj, no bo tylko przez chwilę czyściłam tą patelnię szczotką zamiast gąbką!

Ale, ale, Szanowni Czytający!

Wiadomość roku jest taka, iż Dziubas od powrotu z rajskich wysp jest moim Owym-Rzeczonym Dziubasem. Co więcej, już niedługo ma zamiar zostać moim zwierzęcym współmałżonkiem!

Historię za(d)ręczyn przedstawię w następnym odcinku, a na razie padam na pysk – tak to właśnie jest z tym odpoczywaniem w Święta.

A właśnie, Święta! Życzę Wam Wesołych i Zdrowych! :)