Ucha-chana!

Jako, iż zbliża się nieuchronnie nasza rocznica, jakiś czas temu Dziubas postanowił zaszaleć i postanowił, że gdzieś pojedziemy. Najlepiej za tydzień, a nawet jutro! Tak spontanicznie to najlepiej! Tak więc spontanicznie ułożyłam szybko listę co wrzucać w razie czego do walizki. Spontaniczność zakończyła się wycieczką na Wyspy Kanaryjskie. Jutro.

Oczywiście poinstruowałam Dziubasa, że tak naprawdę to kupił sobie specjalny bon na 5 godzin mnie w samolocie.

5 godzin!

Pięć całych długich godzin, w których przechodzę od „wszyscy zginiemy” do stanu euforii, znudzenia, spania i dźgania Dziubasa pod pachę, żeby ze mną rozmawiał i nie czytał bo zaraz oszaleję.

Odpowiedział, iż jest tego świadomy.

Po tym, jak to do mnie dotarło (a chwilę to zajęło) zaczęła się dzika radość. Obecnie jestem na etapie „Co ja na siebie włożę?!” i nie mogę myśleć racjonalnie, bo mózg mam już zablokowany. Już widzę te piękne plaże, góry, cudowne widoki i kolorowe drinki z parasolką. Co chwilę szczerzę się sama do siebie. Szczerzenie obejmuje też miejsca publiczne, więc ludzie w tramwaju zapewne dziwili się, że ogarnia mnie taka radość podczas kupowania biletu w automacie.

Dziubas jest opanowany i spokojny. On już wie, że ma wszystko na ten wyjazd, że niczego mu nie trzeba i że on tam „jedzie na gotowe”.

No jak tak można?! Jestem conajmniej zbulwersowana. Nie zastanawia się jakie wziąć ubrania, czy malować paznokcie i kiedy najlepiej się depilować żeby był najtrwalszy efekt?! Naprawdę, mężczyźni to mają łatwo.

Z racji tego, że po raz pierwszy od jakichś 8 miesięcy w ogóle ruszam się gdzieś na dłużej, spadają na mnie wszystkie plagi egipskie.

Na przykład parę dni temu obudziłam się z bolącym uchem. No bo wiadomo, jak zapalenie ucha to najlepiej na wakacjach. Zrezygnowana cudem trafiłam do laryngologa (wszystko dzięki najmilszej pielęgniarce świata – chcę żeby została moją ciocią!), który zapytał mnie „A nie DŁUBAŁA pani sobie tam czymś??”

No jakbym była conajmniej w posiadaniu całego zestawu przeznaczonego do dłubania w uszach. W takiej małej żółtej skrzyneczce. Kilkanaście rozmiarów szpikulców do wesołego gmerania w uchu na każdy dzień miesiąca.

Okazało się ostatecznie, że krzywo spałam, więc boli mnie staw skroniowo-żuchwowy. Pan doktor postanowił więc, że przepisze mi lek na REUMATYZM.

Bosko. Pierwszy lek na reumatyzm jeszcze przed trzydziestką.

Na koniec wypowiadając się na temat moich uszu podkreślał nieustannie „Proszę sobie tam nic nie wkładać ani niczym nie dłubać!”

No więc nie dłubię. Chociaż czekając na wylot mogłabym nawet i dłubać byle tylko czas szybciej zleciał.

I walizkę muszę sobie jakąś wykombinować, bo wolno mi zabrać 20 kilo.

Tak więc idę sobie, bo muszę dalej stać przed szafą wpatrując się w nią tępym wzrokiem. Bo lecimy na Kanary…

AAA! Lecimy na KANARY!!! :)

Bezmięsne poniedziałki

Dziubas dostał zakaz.

Po raz pierwszy.

Nie radzi sobie z tym zbyt dobrze, bo ciągle wypomina mi, że ma zakaz.

Zakaz dotyczy nie mówienia na temat mięsa.

Słynący z ostatniego zamiłowania do wytwarzania domowych wędlin, Dziubas doszedł do wniosku, że tym razem upiecze schab.

Po przeanalizowaniu przepisów i obejrzeniu odpowiednich filmików na jutubie, wziął się do roboty.

W sklepie zapytany na stoisku mięsnym o ilość, Dziubas radośnie odpowiada:

– Dwa kilo!

Odwracam głowę z niedowierzaniem. Patrzę na Dziubasa, a potem na pana mięsopodawcę, który wyciąga zza lady pół krowy o długości prawie metra.
Boję się, bo już mam wizję jak Dziubas zarzuca sobie to mięcho na plecy, ale nauczona doświadczeniem nic nie mówię.

W domu zaczynają się problemy, bo schab nie mieści się w naczyniu do peklowania. Dziubas postanawia pokroić go na kilka (naście?) kawałków.
Kiedy w końcu nadchodzi dzień pieczenia, ja tracę apetyt. Jakaś taka brzydka pogoda, nie chce mi się nic, jeśc też niespecjalnie.

Cały blat w kuchni jest zajęty przez stygnące kawałki mięsa a Dziubas chodzi po mieszkaniu w kółko i powtarza cały czas „Zostawisz mnie z tym jedzeniem!” tonem w stylu „Ja wiedziałem, że tak będzie”.

Kawałki mięcha w końcu trafiają do różnych członków rodziny i problem zostaje rozwiązany.

Jadąc dzień później samochodem pytam Dziubaska:

– A wiesz z czym sobie zrobimy kanapeczki?

Dziubas odburkuje niezadowolony:

– Nie wolno mi o tym mówić…

Pobudka!

Dziubas po położeniu się do łóżka wstaje z niego milion razy.

Bo książka nie ta.

Bo fotel nagle trzeba przesunąć.

Bo światło wyłączyć.

Bo światło włączyć.

Bo odsunąć/zasunąć zasłonę.

Bo zamknąć drzwi, przewietrzyć, zamknąć okno, pójść po coś do picia. Pochodzić w kółko.

Ostatnio po prostu się kładzie.

Szok! Bez chodzenia? Czytania? Wiercenia się?!

Zastanawiam się czy nie zmierzyć mu gorączki.

Odpływam sobie powoli w niebyt, kiedy Dziubas nagle rzuca do mnie, że jestem „ZWIERZĘCA STRĘCZYCIELKA”.

Gały wychodzą mi na wierzch, ale pytam go na wszelki wypadek, czy wie co to znaczy.

Oczywiście, że wie! Bo go dręczę i jestem zwierzakiem, stąd zwierzęca stręczycielka!

Zaczynam powoli – odpowiadam, że „stręczyć” to nie to samo co „dręczyć”.

Dziubas stanowczo zaprzecza. Przecież stręczenie i dręczenie to to samo!

Nie pomaga tłumaczenie, porównywanie, definicje ani agrumenty siłowe.

Decyduję się po prostu zasnąć, bo chyba dochodzi już północ.

- Poczekaj! Przeprowadźmy analizę słowotwórczą! – proponuje zachwycony Dziubas, którego ton głosu sugeruje, że nie może się już doczekać, żebym przyznała mu rację.

Odpowiadam, że proszę bardzo, bo już i tak niewiele kojarzę zasypiając.

- Udręka! – Zaczyna analizować Dziubas – A więc…udo i…ręka.

Nastapiła chwila ciszy, podczas której kilka kół zębatych w Dziubasowej głowie wskoczyło na miejsce.

- No… – Powiedział Dziubas i poszliśmy spać

Groźby

Ostatnimi czasy zwróciłam uwagę na pewien nieskomplikowany mechanizm, który stosujemy wobec siebie z Dziubasem, kiedy chcemy się obronić. Przed sobą nawzajem oczywiście. Są to stare dobre i zawsze skuteczne groźby. No dobra, głównie to ja jestem członkiem z ramienia (?) grożących. Dziubas wyznaje, że najlepszą obroną jest atak a więc należy powalić mnie z nóg na najbliższą kanapę, chrumkać i mlaskać za uchem wywołując falę gęsiej skórki po stronie, która aktualnie jest chrumkana (tak – nigdy nie mam na całym ciele. Zawsze tylko po jednej stronie. Lewej lub prawej. Może to swego rodzaju wskazówka na jakie partie polityczne powinnam głosować…) a na koniec delikatnie acz niechcący mnie obślinić albo przeżuć fragment moich włosów.
Ja uznaję wyłącznie dyplomację! Wierzę, że nie można tak po prostu kogoś chrumknąć! To kropla drąży skałę! To wiara przenosi góry! To słowo, które od zarania dziejów było…bla bla bla, kogo ja chcę oszukać. Czasem robię dokładnie to samo Dziubasowi jak mnie akurat najdzie.
Tak oto powstało w moim rankingu kilka gróźb, które stosuję wobec Dziubasa w sytuacji tego – według mnie – wymagającej:

Bo kupię Ci porcelanowego psa! – Kiedyś maszerując raźnie przez galerię handlową w jednym sklepie wypatrzyliśmy porcelanowego psa w stylu dobermana. Czarnego. Siedzącego. O wysokości dobrego metra jak nie więcej. Z gigantycznymi pseudo-cyrkoniami (?) zamiast oczu. Kosztującego jakieś dwa tysiące polskich złotych.
Naprawdę, ja nie wiem – niby mamy kryzys, niby krachy i bankructwa a jednak produkuje się porcelanowe psy. I co miałabym zrobić z takim psem? Postawić go na środku pokoju? Udawać, że jest prawdziwy, rozmawiać z nim, głaskać po szklanym łbie? A może przydałby się żeby powiesić na nim jakiś ciuch albo torebkę po ciężkim dniu? Rozważaniu kwestii przydatności produktu oczywiście nie było końca.
Pod kategorię „Bo kupię Ci…” podpada również czerwony wariant porcelanowego psa (tak, robia je też w czerwieni…), porcelanowa gęś o gabarytach zbliżonych do psów (Nawet nie mam siły komentować…), oraz oczywiście – last but not least- plastikowa czapla z dziurą na kij – bo można nabić ją na patyk i postawić w oczku wodnym – na ozdobę rzecz jasna.
Rozważamy wyposażenie jednego pokoju całym tym zwierzyńcem jako naszej chluby i dumy kolekcjonerskiej.

Bo pójdziemy na zakupy do Tesco w ( tu wstawiam miejscowość obok naszej )! – To były najprawdopodobniej najdłuższe zakupy w naszym życiu. Po tym, jak opuściliśmy kolejkę, w której już staliśmy pod pretekstem znalezienia jeszcze kuchennej wagi, zdecydowaliśmy się czekać do kasy samoobsługowej. Rzecz jasna był to błąd. Po 20 minutach sapania, stękania i wypocenia wszystkich składników mineralnych, nadeszła nasza kolej. Kasa nie działa. Wracamy z powrotem do kolejki. Dziubas mlaska. Ja wzdycham. Następna kasa się zwalnia. Szczęśliwi przesuwamy wszystkie produkty wydające radosne pik!, pakujemy do siaty, kiedy nagle na monitorze pojawia się ERROR. Z żądzą mordu w oczach wzywamy obsługę. Podchodzi pani, po której już widać z daleka, że nagrody Nobla z dziedziny fizyki jądrowej raczej w tym roku nie otrzyma. Przesuwa swoją magiczną kartę, wpisuje kod nie do złamania ( 1234 ) i oświadcza, że nie doliczyło nam do rachunku owej reklamówki. Kiwamy głową ze zrozumieniem, że faktycznie, że mogło tak być. Pani robi tak, żeby było ok: cyk i siatka policzona, kiedy nagle i niespodziewanie odwraca się i ze szczerą żałością w głosie pyta nas „Ale dlaczego państwo nie zapłacili za tą siatkę?”. Kopary na ziemi mamy oboje. Nie wiem kto bardziej jest w szoku i lekkiej apopleksji, ja czy Dziubas, który ma taki wytrzeszcz, że nie może z siebie wydusić słowa. Mnie przelatuje przez głowę tylko jedna odpowiedź, którą decyduję się zatrzymać dla siebie: „Otóż proszę pani – chciałam ją ukraść. Tak, przyznaję się! Chcieliśmy zapłacić za wszystkie nasze zakupy ale TĄ OTO WŁAŚNIE plastikową reklamówkę chciałam sobie ukraść! Do domu! Dla siebie!”. Ostatecznie odpowiadam coś, że sie rozpędziliśmy, opuszczamy sklep spoceni i odwodnieni i obiecujemy sobie nigdy tam już nie wrócić. Nawet podczas armageddonu albo innej zombie masakry. Nawet po konserwy na koniec świata.

Bo Cię wytarmoszę! – Ta groźba posiada chyba największy kaliber. Dziubas mając samą perspektywę łaskotania już zaczyna nerwowo odpowiadać „Nie!” i wciągać powietrze nozdrzami ze świstem. O skillu Dziubasa dotyczącym łaskotania z powietrza już pisałam. Jest to więc tortura psychologiczna mająca na celu nakłonienie do go zmiany zdania na moje – lepsze :)
Pod ową kategorię podchodzą również groźby takie jak:
Bo będą dziś podwójne lemury! – Ów fenomen również został opisany wcześniej. Na ta groźbę niejako Dziubas się już uodpornił, odpowiadając mi na przykład dziś rano, że „To nie jest jak z naliczaniem minutowym, że przechodzi na następny miesiąc”. A więc chyba już nadszedł moment przedstawienia mu wykresu obrazującego kumulację w Lotto.
Bo Dziubasowa łaskotka będzie szukana! – To ostatnie spędza mu sen z powiek. Dziubas wie, że jak zacznę szukać to znajdę i najgrubsza warstwa kokonu nie pomoże.

Szanowni Państwo, wiem co teraz powiecie, ale pozwólcie, że uprzedzę – ależ oczywiście, że groźby są potrzebne. Bo niby jak inaczej postawić na swoim? Dyplomacją?? :)

Aaa, zwierzaki dwa!

- Jakie jest pochodzenie cyrylicy?? – Pyta mnie znienacka Dziubas o siódmej rano krążąc po domu tam i z powrotem pełen energii życiowej i wigoru podczas gdy ja stoję tam jeszcze rozczochrana, w piżamie i patrzę jednym okiem na otaczającą mnie rzeczywistość. Mrugam z niedowierzaniem ale Dziubas drąży, że nasz alfabet jest pochodzenia łacińskiego a taka cyrylica to skąd?

Siódma rano. Piżama. Jedno oko.

Dziubas posiada wybitną zdolność do analizowania problemów wszechświata kiedy ja akurat jestem zaspana bo właśnie się obudziłam/śpię/zasypiam. Odpowiadam jak zwykle „Zwierzak z Ciebie”, Dziubas rzuca zwyczajowe „Ja? Nie!” i czynności poranne zostają wznowione.

Ostatnio zresztą dość często zdarza mi się spać/zasypiać. Tłumaczę to wiosną. Chociaż na wiosnę podobno ludzie budzą się do życia no ale ja zawsze miałam wszystko na odwrót, więc chyba w porządku. W Dziubasku też się obudziła jakaś mała forma lenistwa (chociaż oficjalnie nigdy się do tego nie przyzna) bo sam każe przestawiać mi rano budzik na jeszcze jedną małą drzemkę.
Wzmogły się w nas też zachowania relaksacyjne – postanowiłam na przykład zrobić sobie aromatyczną kąpiel rozpuszczając jakąś taką pachnącą kolorową kulkę. Już na wstępie zrobiło się dziwnie, kiedy kulka zaczęła syczeć i musować. Po chwili uwolniły się z niej miliony małych niebieskich płatków. „Jak rosół!” – Zauważył Dziubas. Dostrzegł również to, że woda zrobiła się jakby tłusta…Nie zraziło mnie to i z wyjątkowym uporem zanurzyłam się w gorącej wodzie. Oczywiście z relaksu nic nie wyszło, bo zrobiło się gorąco, potem duszno aż w końcu z ogromnym wytrzeszczem sapałam i łapałam powietrze przy otwartych drzwiach łazienki bo chyba zaczęło robić mi się słabo. W wannie nawiasem mówiąc wyłożyć też się nie mogłam, bo podcinało mi nogi i bałam się utopienia. Wieczór zakończył się na spłukaniu się zimnym prysznicem z reszty oleju i poprzyklejanych kwiatków. Ja nie wiem, poczucie relaksu w moim rozumieniu chyba wiąże się z czymś zupełnie innym.

Z innych nowości i ciekawostek postanowiłam wyrobić sobie paszport, bo stary dawno już się skończył a nigdy nie wiadomo gdzie nagle człowieka może zanieść. W związku z tym trzeba było zrobić sobie zdjęcia. Przygotowywałam się do tego psychicznie jakieś dwa tygodnie zanim się na to zdecydowałam. Kiedy w końcu okazało się, że obeszło się nawet bez większego bólu, bo zdjęcia można ładnie wyretuszować i wygładzić aż do rozmycia konturów, okazało się coś, co zupełnie mnie zaskoczyło i czego nie mogłam przewidzieć.
Nie rozczochrane włosy, nie rozmazany makijaż, nie żadne wory pod oczami ani nawet głupia mina. Nie, nie, nic z tych rzeczy.

Otóż mam na nim GRUBĄ SZYJĘ.

Kiedy zdjęcie pojawiło się na wyświetlaczu, zaskoczona krzyknęłam do retuszującej pani, że mam szyję jak strongman, na co grzecznie odpowiedziała „Eeeeee”.

Ale to niestety prawda. Niezaprzeczalna.

W moim paszporcie będę wyglądać jak Pudzian. Od razu mogą mi wbijać wizy i jakieś adnotacje, że wyjeżdżam w celu ciągnięcia szyją dwóch tirów i palety betonowych płyt.

Na dodatek Dziubas podchwycił temat i stwierdził, że takim zwierzęciem bez szyi to jest na przykład diabeł tasmański i że właściwie to mu go przypominam.

Bosko. Czyli w najbliższym czasie wyjeżdżam do Tasmanii w celu uzupełnienia mojego drzewa genealogicznego.

Dziubas za to na swoim wygląda trochę jak Pokemon. A zatem tworzymy zwierzęcy duet Diabeł Tasmański i Pokemon. Zapewne bez żadnych problemów przepuszczą nas przez każdą granicę bez dodatkowego przeszukiwania.

W takiej sytuacji pozostaje tylko jedno – prośba o azyl :)

ZWIERZenia

Nastała pora charakterystyczna do budzenia się wszelkiego rodzaju zwierząt. Stąd właśnie prawie codziennie przy śniadaniu z telefonu komórkowego Dziubasa dochodzą odgłosy ćwierkających ptaków, farmy i różne inne skrzeczenia i brzęczenia. Słyszę to zaraz po przebudzeniu, kiedy Dziubas już od dobrych kilkunastu minut człapie po kuchni a ja majdam jedną nogą i ćwiczę otwieranie oka udając, że dziś nie muszę wstawać.

Oczywiście odgłosy natury nie towarzyszą nam przez cały czas. O nie. To byłoby zbyt relaksujące i wyciszające. Raz na kilka dni Dziubas postanawia włączyć stację z poezją śpiewaną, która wytwarza u mnie ciarki na plecach, powoduje zgagę i zaburza cały zen jaki wytworzyłam przez noc. Dziubasek szczególnie upodobał sobie piosenkę Edyty Geppert „Jaka róża taki cierń” więc nawet gdy nie włącza telefonu, słyszę z samego rana jak sam do siebie nuci „Róóóóżo, róóóżo, nasz jest świat!” ewentualnie „Miłość durna, miłość zła nie ma władzy nade mną!”. Kiedy próbuję prosić, błagać a nawet gilać pod pachami żeby wyłączył smęty, Dziubas odpowiada zawiedziony, że „Tak mu już utkwiło!”. No i masz. Może zapiszę go na jakiś konkurs piosenki? Przydałaby się jakaś gofrownica albo bon do Biedronki…

Oprócz tego Dziubas systematycznie powtarza słowa, których się właśnie nauczy lub które akurat przykują niepodzielnie jego uwagę. I tak na przykład ostatnio wracaliśmy samochodem przy dźwiękach Dziubasa mówiącego RODODENDRON na 67585740 sposobów. Raz cieńszym głosem, raz grubszym, sylabując, deklamując, podkreślając wybrane zgłoski.

Kiedy oświadczam mu z pełną powagą, że jest z niego zdecydowanie i niepodważalnie największy zwierzak na świecie, odkrzykuje gdzieś z czeluści kuchni „ZEMNIENIE!”

Ostatnimi czasy zaś cechuje go ogromna wyrozumiałość. W związku z tym miałam niedawno prawo do podwójnych lemurów.

Już wyjaśniam.

Otóż swego czasu na jakimś jutubie czy innym takim był filmik, na którym ktoś czochra małego lemurka pod pachami, a ten uśmiechnięty od ucha do ucha podnosi ręce i spogląda pełen zdziwienia, kiedy przestają go głaskać. Taka sytuacja powtarza się kilkukrotnie.
Od tej pory kiedy mydlę Dziubasa – a jest to dla mnie rozrywka niesamowita, bo Dziubas ma łaskotki wszędzie i umiera ze śmiechu zanim zostanie dotknięty – oczywiście wykorzystuję ten fakt do swoich niecnych celów.
Tak oto pozwolił mi do podwójnego namydlenia się pod pachami, chociaż kończyło się to jak zwykle – dławieniem ze śmiechu, wypychaniem moich rąk spod pach i zarzucanie mi, że to nie fair, bo specjalnie gilałam palcami a już nie trzeba było.
Co więcej, na pożegnanie przed pracą, jeszcze w samochodzie, poprosiłam go o danie mi lemura tak na dobry dzień. ( Oh maaaan, jak to brzmi…już nawet nie będę tracić czasu na wysuwanie argumentów mających poświadczać, że ja ogólnie na codzień to jestem normalna… ) Zamiast spojrzenia pełnego wyrzutu, Dziubas nagle wziął moją rękę i zaczął z wyczuciem wsadzać ją sobie pod pachę, cały czas kontrolując sytuację, kalkulując coś w głowie i rozglądając się przy tym na boki.

I nawet nie śmiał się ze mnie wczoraj, kiedy stanęłam zdębiała, bo usłyszałam, że ksiądz posypując mi głowę popiołem powiedział szeptem STREFA SCHENGEN.

Oczywiście, że tak nie powiedział, ale JA tak usłyszałam…no bo co robić w takiej sytuacji?! „Strefa Schengen”?? Co na to odpowiedzieć? Jak zareagować? „Schengen Tobie też”? „Nato”? A może „Mam nieważny paszport”?? Do dzisiaj się zastanawiam czy to nie był jakiś tajny kod…
Nie mogę doczekać się pierwszego dnia prawdziwej astronomicznej wiosny. Mam przeczucie, że wtedy nadejdzie totalne zezwierzęcenie :)

Chinatown

Podobno idzie wiosna. Podobno, tak mówią. Chociaż wyglądając za okno jak na razie trudno w to uwierzyć, no ale niech im będzie.

W związku z tym, że na wiosnę trzeba przewietrzyć szafę, wybrałam się na poszukiwanie krótkiego płaszcza wiosennego. I pociągnęłam za sobą Dziubasa, który dzielnie znosił brnięcie w kolejne alejki chińskiego placu. Co tam jakość, pomyślałam, liczy się cena! Nie będę płacić za metkę! – Myślałam jeszcze zanim obiecałam sobie, że już NIGDY PRZENIGDY nie wrócę w to miejsce.
Po kilkudziestu zakrętach nagle Dziubas ( tak, nie ja, Dziubas ) zauważył na jakimś pseudo-manekinie płaszcz, który odpowiadał mojemu opisowi. Zachwycona postanowiłam go przymierzyć i obwiesiłam biednego Zwierzaka torebką i swoim płaszczem. Wtedy z czeluści straganu wynurzyła się ONA. Azjatka w średnim wieku, która postanowiła pomóc mi w przymierzaniu.

– Ta? Ta?! – Krzyczy. Patrzę na Dziubasa, Dziubas na mnie. Nie mam bladego pojęcia o co jej chodzi, więc postanawiam zrobić to, co każdy zrobiłby na moim miejscu – będę mówić do niej w swoim języku głośno i wyraźnie – wtedy na pewno zrozumie.

Sprzedawczyni jednakowoż nie odbiera moich przesłań i postanawia siłą narzucić na mnie płaszcz odwracając mnie w stronę najbardziej zakurzonego lustra w historii. No nie wiem, przez takie coś chyba można przechodzić na drugą stronę koszmarów. Oczywiście widzę tylko zarys mojej sylwetki ale przy okazji na pierwszy rzut oka zauważam, że płaszcz odstaje wszędzie, gdzie to tylko możliwe, więc chcę go zdjąć.

– Łu ten! – Krzyczy sprzedawczyni i postanawia ZAPIĄĆ mnie w tym płaszczu. Boję się, więc się nie ruszam. Dociera do szyi i ciągle skądś po drodze znajdują się jakieś nowe guziki. – Tu ma! Tu ma! – Kontynuuje i dalej z maniakalną prędkością mnie zapina. O matko, skąd w tym tyle guzików?! Wyglądam jak ninja, bo jestem uwięziona w płaszczu po uszy jak w jakimś kołnierzu ortopedycznym i nie mogę się ruszyć. Chyba zaczynam się pocić ale czuję się sparaliżowana i nie mogę nic powiedzieć, bo usta też mam zapięte gdzieś w tej konstrukcji. Nawiasem mówiąc, świetne rozwiązanie na moje gadulstwo. Dziubas kiwa głową z aprobatą. Mam nadzieję, że mi się wydaje, ale pewnie chodzi o to, że nie mogę wydać z siebie dźwięku. Kiedy wreszcie uwalniam się z tego koszmarnego kaftanu, oczywiście robiąc to niepostrzeżenie, kiedy sprzedawczyni się odwraca, rzucam się do Dziubasa i odchodzę szybkim krokiem.
– Nie chciałaś go kupić? – Pyta autentycznie zdziwiony Dziubas. – Chyba dobrze leżał…