Łapu-capu!

Przed niedzielnym obiadem u Mamy-Wu Dziubas dostaje ode mnie jak zwykle zalecenia i szczegółowe wytyczne w formie ustnej co do jego imidżu. Chodzi o to żeby był ogolony, uczesany i ewentualnie miał na sobie koszulę.
Pertraktować należy z nim łagodnie żeby go nie spłoszyć jak leśnego zwierzątka zbyt ostrymi i licznymi wymaganiami. Zatem zaczynam delikatnie:

– Dziubasku? Wiesz, że dzisiaj obiad u Twojej mamy…?
– Mam się ogolić? – Odpowiada niezbyt zachwyconym tonem.

Niesamowite! Sam zaproponował! To nie wyszło ode mnie a więc mam jeden punkt mniej do negocjacji! Tak! Zyskuje punkt przewagi!
Przytakuję zadowolona. Dziubas człapie do łazienki. Po chwili wraca.

– Ale ja nie jestem wcale jeszcze taki zarośnięty…

No tak, nie mogło pójść tak zupełnie gładko i bez wybojów. Przymilam się jak mogę i zachęcam „żeby może jednak”. Dziubas, o dziwo, prośbę wykonuje wręcz natychmiastowo. Można by rzec, bezboleśnie. Chwalę go bardzo, zapewniam, że jest grzeczny i komplementuję, że już jest uczesany a więc już nie musi. Dziubas odpowiada uśmiechem, aczkolwiek trochę nieufnym.
Po kilkunastominutowej przerwie decyduję się przejść do ofensywy akcji o kryptonimie „koszula” wiedząc, że to najcięższy kaliber i że łatwo nie będzie. Wkraczam do niej akurat kiedy zauważam, że Dziubas sięga po zieloną bluzę z kapturem i chce ją założyć – jak się później okazuje, zupełnie nieświadomie – na podkoszulek do spania ubrany tył do przodu i na lewą stronę.

– Dziubasku? A wiesz o co cię jeszcze poproszę…?

Dziubas już wie.

– Nie! Nie! Nie! – Rzuca się na łóżko z bluzą zakrywając twarz rękami. – Ale…ale to nie jest jakieś specjalne wydarzenie! – Rzuca głosem pełnym bólu, jakbym conajmniej prosiła go o potarzanie się chwilę z tym stadkiem biednych jeży, których nie ma kto przytulić.

– No ale Dziubas, tylko dzisiaj! Tylko na chwilę!

– Nie! – Odpowiada Dziubas niezadowolony zwijając się w pozycję embrionalną i nakrywając głowę bluzą.

– Będę mieć dla Ciebie nagrodę jak będziesz grzeczny! – Wpadam na genialny pomysł przekupstwa, chociaż jeszcze nie mam najmniejszego pomysłu co do jego formy.

Jedno oko wysuwa się zza bluzy:

– …Nagrodę?

– Tak, dostaniesz ode mnie jakąś nagrodę.

– Dobrze! Za nagrodę to mogę! – Odpowiada Dziubas i wstaje.

…I niech mi ktoś jeszcze powie, że drobna forma korupcji się nie sprawdza od czasu do czasu? ;)

This is sea world!

Zima wróciła! Pada śnieg, jest mróz i ślisko!

A ja nadal jestem przeziębiona i czuję się tak, jakby ten katar zamieszkał gdzieś w moim mózgu już na stałe, podpisał umowę najmu, poustawiał meble a teraz zawieszał bezczelnie obrazki na ścianach.

W związku z tym, że smarkam już tydzień i końca nie widać, Dziubas postanowił mi pomóc i podsunął mi wczoraj wieczorem aerozol z napisem „Woda Morska”. Że niby do tej puszki pod ciśnieniem ktoś nałapał wody z jakiegoś morza? Nieufne spojrzenie na produkt zamieniało się powoli w cudowną wizję – mnie siedzącej na brzegu morza. Mnie, na plaży, z rozwianym włosem, wdychającej to słone powietrze pachnące glonami. W końcu mnie biegnącej po plaży o zachodzie słońca, w białej sukience w stylu romantycznym, w zwolnionym tempie, wyciągającej ręce do Dziubasa biegnącego do mnie z naprzeciwka…
– To normalna sól fizjologiczna – wyjaśnił Dziubas przerywając moje urojenia.

Po zadaniu jakichś 50 pytań w stylu „Czy to normalne?!” oraz „Na pewno można wsadzać sobie rzeczy do nosa?! Nie pstryknę sobie tym w mózg?!” nastapił moment oczekiwania.

No więc stoję w łazience, i trzymam aerozol z końcówką już umiejscowioną w nosie i wycofuję się. I tak kilka razy.
Dziubas wykazując się anielską cierpliwością zachęca mnie „No! Naciśnij!” na co ja krzyczę „Ale ja się boję!”. „To ja ci to zrobię!” proponuje Dziubas. „Nie!” od razu oponuję, bo wiem, że skończy się to katastrofą. „Ja sama!”.
Kiedy już mam naciskać opuszczam głowę w dół, więc Dziubas przypomina mi, że „Głowę trzeba do góry! Żeby ci spłynęło przez ten nos do gardła!” i podnosi mój podbródek. I tak kolejne 5 minut.
W końcu rzucam aerozol i wracam do łóżka marudząc, że „To nie powinno tak być, że wlewa się do nosa wodę!”. Dziubas nie odzywając się ani słowem też się kładzie (jego cierpliwość jest jak bezkresny ocean…Dziubas, jak Ty to wytrzymujesz?!). Marudzę jeszcze kilka minut, że to niezgodne z naturą i obrzydliwe i w ogóle jak można, a Dziubas przekonuje, że „Oczyści mi nos, że ulga, że relaksujące”. W końcu wyskakuję z łóżka i szybko wsadzam sobie końcówkę spray`u do nosa.

No naprawdę, relaks nie był uczuciem, które bym wymieniła po wykonaniu tej czynności.

W życiu jeszcze nie czułam, żebym miała w całej mojej głowie tyle wody. Jakby mi ktoś nagle włączył jakąs fontannę i inne wodotryski. Woda leciała mi z nosa, z ust i z oczu jednocześnie. W życiu nie było mi tak mokro!

Do łóżka położyłam się za to z odetkanym nosem i uczuciem ulgi. I wytarmosiłam tego Dziubasa co tak o mnie dba, że aż pekluje mnie wodą z morza żebym się tylko lepiej poczuła :)

Gotowanie

Zainspirowały mnie cudne fartuchy kuchenne z motywem Babskiej i pytanie pod zdjęciem „Co lubicie wspólnie gotować?”

I wtedy strzeliła mnie prosto w łeb ta wizja – naszego wspólnego gotowania.

Ja kroję, Dziubas mówi, że drobniej i żebym tak sobie trzymała nóż, to będzie mi wygodniej. Oddaję mu nóż, kroi tak samo jak ja, więc komentuję to triumfalnym „Ha!”

Rozgrzewam tłuszcz do smażenia, Dziubas zmniejsza gaz, bo „zaraz się przypali”.

Dziubas wychodzi z kuchni, ja z powrotem podkręcam gaz.

Dziubas wraca, mieszam w garnku, Dziubas mówi żeby nie mieszać, niech się poddusi.

Zostawiam do podduszenia, Dziubas podchodzi i miesza.

Zmniejsza gaz.

Wychodzi, podkręcam gaz, mieszam dwa razy szybciej, żeby było przemieszane po mojemu zanim Dziubas wróci.

Dziubas wraca, zmniejsza gaz, przykrywa garnek pokrywką. Odchodzi.

Podchodzę i odkrywam pokrywkę żeby nic nie wykipiało.

Dziubas zaczyna doprawiać. Sypie za dużo czegoś zielonego, więc protestuję. No bo zielonego to dużo ale na pewno jest niesłone!

Dziubas mówi, że ja to zawsze za dużo posolę, a sól to biała śmierć.

Zwiększa mi się ciśnienie, podkręcam gaz.

Dziubas zmniejsza gaz bo tak ekonomiczniej, bo wtedy energia się rozchodzi zgodnie z blahblahblahblah…

Nie słucham, bo warczę.

Dziubas podnosi ręce do góry i mówi, że już się nie wtrąca, bo to w sumie mój pomysł i moje danie i wychodzi.

Podkręcam gaz.

Dziubas wraca, zmniejsza gaz i zawiesza mi się na plecach „bo on chciał tylko pomóc”.

Cmokam go i próbuję gilać za karę pod pachami.

Dziubas z uśmiechem prawie przecinającym mu uszy, z obłędem w oczach i rozwianym włosem, chichocząc ucieka na drugi koniec mieszkania.

Podkręcam gaz.

Po jakiejś godzinie takiego rytuału danie ląduje na stole. Dość często za twarde/za miękkie/ niedosolone/ przesolone/lejące się/trochę przypalone.

Ale liczy się atmosfera w jakiej zostało przyrządzone, panie i panowie! :)

Zimno, zimniej, powiało chłodem!

- Przepraszam, że przywaliłam Ci w nocy – tym razem ja zaczynam o poranku. Na szczęście Dziubas nie pamięta ciosu prosto w nos, więc reszta śniadania przebiega w radosnej atmosferze ( zupełnie podobnej do tej, kiedy żując ostatni kęs kanapki wsadził sobie w usta palec i po prostu go ugryzł…taki typowy zwierzęcy instynkt), żywo rozmawiamy o współczesnej polityce i społeczeństwie, a potem wychodzimy z klatki i nagle nam obojgu równocześnie opadają kopary.

Dziubasowóz wygląda jakby ktoś najpierw oblewał go równomiernie ze strażackiej sikawki a potem przechowywał pół roku w temperaturze -20. Jest gładki i lśniący od pokrywającej go zewsząd, grubej na jakiś centymetr, skorupy L O D U.

No tak, uśpiona czujność. Bo niby wiosna idzie a tu nagle lód w styczniu. No doprawdy. Tym razem to my byliśmy tymi drogowcami, których zaskoczyła zima. Po piętnastu minutach skrobania i nagrzewania auta od środka w końcu lodowiec odpuścił, kry się oderwały i pojechaliśmy. Oczywiście frajdę ze skrobania miałam niesamowitą dopóki kawałek lodu nie odprysnął mi do oka, to był ten moment kiedy nieodwracalnie zmieniłam zdanie.

Po powrocie do domu dostałam napadu agresji po telefonie z pracy( Halo! Czy istnieje w tym kraju jakaś normalna praca?! Taka, w której pracownik coś zarabia i jest doceniany za swoje umiejętności?!) który oczywiście nie miał na celu zapytania mnie jak się czuję. Normalnie 10 Kurwików na 10-stopniową skalę. Konsekwencją tego było zamówienie sobie tony obrzydliwego fast fooda i nieprzerwana praca twórcza w pliku tekstowym aż do teraz.

Jutro w ramach wyładowania się na strzelnicy chyba będę potrzebowała po jednym kałachu do każdej ręki…

Love is all around!

- Wydaje mi się, że mogłem Ci w nocy przywalić – zaczyna Dziubas jakiś czas temu przy śniadaniu. Generalnie nie wiem czy mam przełknąć to co właśnie żuję czy od razu szukać jakichś obolałych miejsc na ciele.
Dzisiaj chyba nawet bym nie wiedziała które miejsce rozmasować. Obudziłam się wykończona bo przez pół nocy śniła mi się amerykańska inwazja na Japonię i samoloty lecące na Nagasaki. Oprócz tego, że najchętniej rozmasowałabym sobie gardło, bo to ono najbardziej mnie boli. Tak więc siedzę w domu z anginą. Wolałabym już siedzieć sama, no ale kontroli umysłowej nad moją odpornością jeszcze nie posiadłam. Wykurować się muszę jak najszybciej, bo w środę mamy znowu pójść na strzelnicę, tym razem większą grupą.

No właśnie, strzelnica.

Dziubas zabrał mnie tam ostatnio żebym mogła zobaczyć jak to jest postrzelać sobie ostrą amunicją. Ogólnie było świetnie dopóki pan instruktor nie wniósł kałasznikowa ( który postawiony pionowo chyba by mnie przewyższył ) i zasygnalizował, że ma duży odrzut i trzeba uważać na obojczyk. Jako, że należę podobno do tej 20% grupy populacji, która strzela z prawej ręki ale lewym okiem, już miałam wizję jak tym odskakującym czymś dostaję prosto w ryj. Plus oczywiście powszechnie znany fakt, że jestem dzieckiem szczęścia. To ostatnie przeważyło szalę. Kategorycznie więc odmówiłam udziału oddając wspaniałomyślnie moje naboje Dziubasowi. Dziubas, jak to Dziubas, odpuścić mi tej przyjemnostki nie chciał, więc zrobiliśmy scenę w stylu „No chodź! – Ale ja nie chcę!”. Po 10 minutach wymiany zdań pan instruktor ( szczególnie wyrozumiały – miał w ręku broń i amunicję a jednak nie oddał strzału w naszym kierunku ) oddał kałacha Dziubasowi a ja dostałam 5 strzałów gratis z jakiejś czaderskiej broni z lunetą. Na koniec przy wyjściu dostaliśmy jeszcze darmowe wejściówki na jakiś koncert, a mi jeden z instruktorów podarował ciasto z serduszkiem informując, że „on sam by je chętnie zjadł, ale znowu będą mu mówić, że jest gruby, a on wcale nie jest gruby, tylko spuchnięty z głodu.” Jak widać, opłaca się być babą i zrobić scenę – faceci oddadzą wtedy wszystko byle tylko nas uciszyć. Następnym razem ustaliliśmy, że się rozpłaczę – może dostaniemy jakiś karnet vipowski.

Gorącym newsem z ostatniej chwili jest to, że M. wczorajszego wieczoru została oficjalnie narzeczoną swojego ukochanego P. I chociaż ja wiedziałam, że tak będzie, wydałam z siebie takie dźwięki do słuchawki, że słyszały mnie chyba tylko psy i delfiny, a następnie popłakałam się ze szczęścia prosto w tartę ze szpinakiem.

Styczeń w tym roku to wyjątkowo ciepły miesiąc :)

W Nowy Rok z wykrokiem w kroku! (?)

Jestem, żyję, biegam, śpię, budzę się a za chwilę znowu jest jutro. I tym sposobem nastała połowa stycznia. Połowa! A śniegu nie ma. No bo to oczywiste, że każdego roku przeklinam zaspy w drodze na przystanek ale w tym roku, kiedy akurat postanowiłam nauczyć się jeździć na nartach, mamy jesień/przedwiośnie. Niepotrzebne skreślić.

A my z M. Się zapuszczamy. I będziemy się woskować. O matko! Ja nie wiem jak kobiety mogą wytrzymywac tygodniami z tymi włosami na nogach. Czuję się jak Sasquatch i nie mogę się doczekać piątku żeby ktoś mi to zniwelował. W ramach lektury na temat depilacji woskiem potencjalnych gabinetów kosmetycznych dowiedziałyśmy się, że jest to zabieg tak relaksujący, że niektórym klientkom zdarza się w trakcie ZASNĄĆ.

No to spoko. Zapewne zasypiają zaraz po nawdychaniu się chloroformu albo po zdzieleniu przez łeb młotkiem.

Po głębszej lekturze dotyczącym ewentualnego puchnięcia (!) niektórych części ciała zrezygnowałyśmy z bikini. Doszłyśmy do wniosku, że może i jest XXI wiek ale spuchnięte sowy to jednak zdecydowanie nie w naszym stylu i pozostaniemy staromodne. Konserwatywne. Wręcz pensjonarskie. Już widzę nas obie na starość w czepkach na głowach szydełkujące jakieś stare koronki. Pomijając fakt, że nie umiem się posługiwać szydełkiem i mogę nim najwyżej przetykać korek butelki jakiegoś Cifa jak się zatka, ale już nieważne.

No i usunęłam sobie w Nowym Roku górną ósemkę a więc pozbawiłam się dodatkowych źródeł mądrości na przyszłość. Już trudno. W razie czego wykupię jakąś polisę ubezpieczeniową.

W Dziubasie za to budzi się zwierzak – podobno budzą się też niedźwiedzie a więc chyba wszystko w normie – i oprócz wzmożonego zwierzakowania, odpowiada na zadane pytania „Tak, nie” i oblizuje porcelanę.

Czekam zatem nadal z utęsknieniem na jakąś ujemną temperaturę ( nie wierzę, że to piszę… ) żeby zjechać tyłkiem po stoku. I przy okazji pojeździć z J. na sankach i ulepić bałwana.

Cofam się. Nic się nie zmieniło.