Czerw(ono) mi

Leżymy późnym wieczorem w łóżku, rozmawiamy i śmiejemy się z różnych mniej i bardziej głupich rzeczy. Głupawka przechodzi, atmosfera się uspokaja, powoli robi się sennie. Wtulona w Dziubasa pytam zaspanym głosem:

– Dziubasku, czy jestem dla Ciebie wyjątkowa?

– Mhm – odpowiada twierdząco Dziubas, błyskawicznie dodając: – A co to jest „czerw”?

Senne (kosz)mary

Oprócz wiercenia się i czytania książek z latarką czołową Dziubas ma jeszcze jedną ciekawą nocną właściwość: mówienie przez sen.
A w sumie nie tyle mówienie, co szeptanie. Jak te wszystkie opętane postacie z horrorów, które recytują wierszyki albo „mówią językami”. Oczywiście ten sceniczny szept wyrywa mnie ze snu z większym zawałem niż ewentualny krzyk czy inny łomot – nie wiem dlaczego tak jest, taki swego rodzaju paradoks.
I tak powstało już wiele znanych tekstów nocnych, z których wybił się na miejsce pierwsze „Już świt, trzeba wstać, krowy wydoić, kury oporządzić!” – aczkolwiek nominowany w kategorii głośniejszej, bo nie szeptanej ale doniosłej i z przeciągnięciem się.
Najbardziej charakterystyczne i stuprocentowo dziubasowe było niedawne „Nie zgadzam się z tym!” wyszeptane powoli, dokładnie i z miną sugerującą, że jest tego pewien i zdania nie zmieni.
Pewna tego, że takie rzeczy raczej zbyt często się nie zdarzają, kilka nocy wcześniej usnęłam ja sama, a wraz ze mną zasnęła moja czujność.
Obudziłam się zwinięta w kokon w pozycji embrionalnej, z kolejnym stanem przedzawałowym i wytrzeszczem słysząc za plecami starannie wyszeptane

„NIE MA Ż A D N E J BRONI W KUCHNI.”

Jako iż obawiam się, że następne słowa jakie mogę usłyszeć będą w stylu „On idzie po ciebie”, zostawię koło łóżka stopery.

Tak na wszelki wypadek.

Na szybko

W ramach jakiegoś chorego masochizmu wybrałam się na poświąteczne zakupy. Oj, bo wszędzie niby te wyprzedaże -50% więc trzeba było sprawdzić. Ja nie wiem, ale może coś ze mną nie tak? ( Pfff, „może”…) Może ja już się starzeję i nie umiem się cieszyć takimi zakupami? Może z wiekiem zaczynam myśleć, że „to mi w sumie niepotrzebne” podczas gdy jeszcze jakieś 10 lat temu wykupiłabym wszystko na swojej drodze? Zbliża się Wiek Rozumu. Pragmatyzm Na Codzień. Za chwilę będę chodzić do sklepu po bułki w płaszczu naciągniętym na piżamę bo tak wygodniej. I w rolkach. Takich na głowie. Żeby dopełnić obrazu nędzy i rozpaczy. Rozważam też w owej wizji jakiegoś kundla z cienkimi szkitkami na smyczy, najlepiej o imieniu Bobik.
Oczywiście standardowo po 30 minutach oblały mnie siódme poty, zakręciło mi się we łbie i pojawił się pierwotny instynkt krzyczący głośno „Uciekać!” Więc uciekłam. Po drodze przypominając sobie, że balsamu do ciała jak nie miałam tak nie mam. Tutaj następuje ważny fakt – otóż ja już nigdy nie będę się uczyć na własnych błędach. Trzy razy ścisnęłam różne tubki z balsamami i trzy razy ich zawartość wyskakiwała mi na nos/w oko/ na ubranie. Wróciłam do domu ślepa, upaćkana i śmierdząca. Bo oczywiście żaden ładnie pachnący balsam wylać się nie mógł.

Ale nie o to.

Święta minęły jak zwykle błyskawicznie. Wigilie różniły się od siebie diametralnie i na mojej rodzinnej Sis życzyła mamie „Pana do towarzystwa”. Już widzę jak zaznacza jej na czerwono ogłoszenia z rubryki towarzyskiej jakiejś osiedlowej gazetki.
Na Wigilii Dziubasowej wygrały prezenty. Od początku, zanim na stole pojawiło się jedzenie, Dziubas obserwował choinkę. Zaglądał, czytał bileciki na prezentach i krążył. Mama-Wu ( zwana dalej mamą Dziubasa ) natomiast przejawiała podejrzanie dobry humor względem jej prezentów dla nas chichrając się, mrugając i rzucając aluzje. Jako, że na codzień jest osobą wesołą, bez cienia podejrzeń jadłam swój kawałek karpia. Kiedy nadszedł czas odpakowywania prezentów Dziubas zaglądając do torebki dostał wytrzeszczu i zamknął ją szybciej niż otworzył.
– Co tam masz?! Pokaż! Pokaż! – Podjudzałam specjalnie, mając w głowie „Ciepłe majty! Ciepłe majty!” No bo wiadomo – mamy przecież zawsze dbają o nasze pęcherze. Oczyma wyobraźni widziałam jak Dziubas wciąga na siebie cieliste barchany sięgające do kolan a zatrzymujące się na wysokości pach. Miałam nadzieję, że tego obrazu dopełnią jakieś czarne skarpety podciągnięte do kolan.
Najwyraźniej ciekawość to pierwszy stopień do piekła, bo przy otwieraniu mojego prezentu szczena opadła mi na ziemię.
Jesteśmy od tej pory szczęśliwymi posiadaczami poradników „Wyjdź za mąż i poddaj się” (ja) oraz „Poślub ją i bądź gotów za nią umrzeć” (Dziubas).
Oczywiście wybuchom śmiechu nie było końca. No, moim wybuchom i Mamy-Wu. Dziubas wydawał się conajmniej zmieszany ;)
Po świętach jak zwykle wokół krąży pytanie „Kto to będzie jadł?!” z każdym otworzeniem lodówki. Oprócz dźwięków disneyowskich piosenek. Bo od niedawna wpadliśmy w jakąś obsesję oglądania bajek Disney`a. Od kilku tygodni w całym mieszkaniu słychać ścieżkę dźwiękową z bajki „Kraina Lodu” a kiedy śmieję się z Dziubasa, że słucha księżniczki, obrażony podkreśla, że „tu chodzi o piosenkę”.

Teraz czas oczekiwania – na to, żeby wyrzucić kolejny kalendarz i nie przejmować się tym, że znów jesteśmy o rok starsi.

PS. Zrobiłam dziś pierwszą w życiu maseczkę przeciwzmarszczkową. Nic mi nie naciągnęłą.

PS. 2. Dziubasowa szynka była świetna :) No już dobrze, mój błąd :)

Eksperymenty kulinarne

Mając w perspektywie dwie Wigilie zachciało się nam jeszcze robić jedzenie. Z mojej strony powstał projekt śledzi, ze strony Dziubasa gotowanie szynki.
Otóż mój Dziubasek znalazł gdzieś w internecie w niedzielny wieczór instruktaż „gotowanie szynki krok po kroku” i zapragnął mieć taką własną pachnącą cieplutką wędlinkę wieprzową zwaną podobno potocznie „kulką” ( przysięgam, że nie wiem gdzie tak ją potocznie nazywają ale już widzę siebie stojącą w sklepie i mówiącą „Dzień dobry, poproszę kulkę!”- następna klatka jaką mam przed oczami to negocjator próbujący odwieść mnie od samobójstwa poprzez zastrzelenie się i skierowanie do psychiatry z receptami na antydepresanty). Skrupulatnie, jak zwykle zresztą, spisał wszystkie potrzebne rzeczy, przeanalizował dostępność produktów w szafkach i lodówce i stwierdził, że w sumie brakuje tylko jałowca i tej szynki. Wieprzowej. SUROWEJ. Nieśmiało sugeruję Dziubasowi, że szynka owszem, do gotowania jak najbardziej ale surowa-wędzona, bo jak wrzuci sobie takie zwykłe mięso do wody to wyjdzie mu zupa mięsna. Dziubas kategorycznie się sprzeciwia, bo twierdzi, że „Wszyscy tak robią, że gotują surowe i że jakie w ogóle wędzone? Wędzone to już gotowe i tylko pokroić.”

Myślę sobie, że do poniedziałku wieczór to jeszcze dużo czasu, a Dziubas jak zwykle zrobi konkretny i głęboki research w tym temacie, więc nie tylko ja odwiodę go od takiego planu. Zrozumie i przyzna mi rację a ja będę siedzieć obok, z nosem tak zadartym, że aż omiatającym sufit, głaskając go po piórach i powtarzając „No widzisz, Dziubasku, a nie mówiłam…”.

Dziubas po pracy szybko wrzuca mnie do auta i oznajmia, że on już postanowił, że to musi być surowa szynka bo tylko takie widział na jutubie.
Mnie opada kopara po same kostki.
W międzyczasie zaczynam się zastanawiać kto w ogóle ogląda takie rzeczy w tym serwisie – że niby wstaję rano, robię kawę i włączam sobie filmik pod tytułem „Surowa szynka”? Co następne? „Patroszenie kaczki” do obiadu? „Rozbieranie świńskiej tuszy” do romantycznej kolacji przy świecach?!

W sklepie na stoisku mięsnym pan sprzedawca, słysząc propozycję Dziubasa dotyczącą gotowanego mięcha, niepewnie szczerzy zęby, patrzy na mnie i na niego, i tak jeszcze kilka razy, rozglądając się dookoła czy to nie ukryta kamera. Z rozbieganym wzrokiem proponuje Dziubasowi szynkę do pieczenia, bo „czegoś takiego jak on chce to nie mają.”
Pieczoną podchodzi nam zważyć poza kolejką miła starsza pani. Dziubas nie daje za wygraną i tęsknie patrząc w surowe kawałki mięsa za gablotą podjudza, że „To chyba nie tak…” Zwracam się do pani, że „Przepraszam ją bardzo, ale ja za chwilę BĘDĘ MUSIAŁA SIĘ LECZYĆ jeśli nie wytłumaczy temu osobnikowi stojącemu obok, że to NIE TAKĄ szynkę się gotuje.” Pani najpierw patrzy na mnie jak na wariatkę (dzień jak codzień) a potem wybucha śmiechem i tłumaczy, że faktycznie, wędzone na stoisku obok.
Dziubas zniesmaczony postanawia wziąć już tą do pieczenia, która waży zaledwie 2,5 kilo. Już widzę jak jemy to przez następny miesiąc.
Odchodząc od stoiska Dziubas pyta mnie czy musiałam zrobić scenę.
„Aaarghghghghgh!” – przelatuje mi przez myśl, ale rozluźniam szalik i biorę głęboki wdech.
Idziemy dalej w stronę przypraw, kiedy Dziubas zatrzymuje się i mówi, że on jednak pójdzie oddać tą do pieczenia, bo „to nie jest to, co miał w planach.”
Chyba mi słabo, więc odpowiadam, że „Ja tam nie wracam!” i idę wąchać płyny do kapieli. Kończę wdychać trzecią półkę i chyba już odczuwam pierwsze objawy upośledzenia węchu a Dziubasa dalej nie ma. Zaczynam teraz dolny rząd z balsamami. Już wyobrażam sobie jak przez głośniki informują, że „Proszą panią wąchającą chemię o odejście ze stoiska”. Po piętnastu minutach Dziubas nareszcie się odnajduje. Podejrzanie zadowolony.

-Wziąłem jednak tą surową – oznajmia radośnie klepiąc kawałek mięsa w foliowym woreczku. – Na moją odpowiedzialność.

*
Kochani czytający, komentujący i zaglądający w to miejsce – życzę Wam Radosnych Świąt spędzonych w rodzinnej atmosferze! Oby nikt nie pytał Was „Jak tam życie miłosne?”, nie opowiadał przy wigilijnym stole o polityce i nie patrzył krzywo kiedy wyrzucicie sztućce na bok i będziecie jeść karpia palcami. Inaczej się nie da tego wykonać! ;)

Szusujemy!

Ostateczne zakupy gwiazdkowe poszły nam gładko i zwinnie a ja w międzyczasie całkiem niespodziewanie i nieoczekiwanie straciłam głowę. Dla stanika. Nie wiem kto był pomysłodawcą tego cuda, ale linia Super PushUp z Intimissimi to najpiękniejsze co kiedykolwiek powstało! Chcę cały ten sklep zabrać ze sobą do domu!Myślę już tylko o tym, że muszę sobie kupić kolejny stanik z tej serii tylko w innym kolorze. Kiedy zasypiam, wyobrażam sobie kolejny stanik. Po przebudzeniu myślę o staniku. Stanik, stanik, stanik! Mogłabym zasypać sobie nimi pokój i tarzać się w lewo i prawo. Na mózg mi padło. Obstawiam, że może to też być wina kawy – Dziubas kupił sobie w Tchibo piernikowe latte i dużą część tej kawy ja mu wymlaskałam. Celowo mówię że „wymlaskałam” bo ja na codzień kawy nie piję, ale od tej chyba się uzależniłam. Piłam wczoraj, piłam dziś i wiem, że jutro też będę chciała. ADHD post-kawowe ujawnia się w całości akurat wtedy, kiedy Dziubas postanawia przejrzeć płaszcze. Parskam coraz głośniej z każdym kolejnym, bulwersując tym samym część burżujskiej klienteli w „Prochnikach” i innych „Vistulach”. Na koniec pani ekspedientka w jednym ze sklepów ubiera go w dwurzędówkę po kolana. Teraz już wybucham śmiechem, bo Dziubas wygląda jak pingwin-zboczeniec i nie mogę się uspokoić. Pani ze sklepu chyba też widzi tego pingwina, bo potakująco kiwa głową dodając „No właśnie…”. Dziubas decyduje, że jednak dziś nie pora kupować płaszcz.

Ale uwaga, uwaga! Oficjalnie dla mnie, po raz pierwszy w życiu zresztą, rozpoczął się sezon narciarski! Po wielu uwagach przed rozpoczęciem zasłyszanych od bliskich („NIGDY nie siadaj na orczyku!” ewentualnie „W życiu nie byłam tak sponiewierana!” ) w sobotni wieczór usłyszeliśmy w telewizji, że pewne stoki w okolicy już są gotowe. Dziubas, marzący o nartach od września, odtańczył taniec radości i stwierdził „No-to-co?! Jedziemy JUTRO?!”

Jutro, czyli to, co nastąpi po dzisiejszym wieczorze.
Ma się rozumieć, że pojechaliśmy.

Poranek spędziliśmy w sklepach w poszukiwaniu spodni narciarskich dla mnie i oto okazuje się, że owszem, jest ich dużo, ale przeważnie to XXXXXXL ( chociaż sprytnie zamaskowane pod „S” na metce! ) i cokolwiek bym nie przymierzyła, tonę w nich po uszy i w zasadzie na upartego zmieściłby się w nich też Dziubas, gdyby był na wdechu. Podejrzanie idealne wydają się spodnie dziecięce wiszące na wieszakach nieopodal. No więc wchodzę do ciasnej śmierdzącej przymierzalni z zasłoną typu prysznicowego i pierwsze co robię, to pociągam za zasłonkę obok i odsłaniam jakiegoś starszego pana w samych gaciach, który nie dowierza co się dzieje. Z zasłonką pomaga mi uporać się Dziubas, szarpiąc ją we właściwą stronę i sąsiad w gaciach znika tak szybko jak się pojawił. Przymierzam w międzyczasie kilka par spodni dla czternastolatków i uznaję, że do tego wieku fizycznie jeszcze nie dotarłam. Wciągając na siebie kolejną parę, patrzę w lustro: kiedy ja sie pod tym lewym okiem rozmazałam? I ja tak chodzę po sklepie przy ludziach?! Wracam do rzeczywistości słysząc Dziubasowe „No i jak tam?” Okazuje się, że idealnie pasują na mnie spodnie przeznaczone dla dzieci w wieku lat dwunastu. Leżą w sam raz, są grubiutkie ( wyglądam jakbym miała walczyć w sumo ) i mają w środku polar. Automatycznie uznaję, że chcę w nich dziś spać.

Na miejscu okazuje się, że chyba zostanę w wypożyczalni na wieki, bo wszelkie dostępne buty są albo za duże albo za małe a wepchnąć w to nogę wcale nie jest tak łatwo, więc kiedy w końcu mi się to udaje i kończę zadowolona zapinać ostatni z miliona zatrzasków, Pan Wypożyczacz oświadcza, że muszę jednego zdjąć (!), bo on musi sobie go przymierzyć do narty. Jestem spocona i zmęczona mocowaniem się z butami, więc ściągam kurtkę, pod którą mam wściekle różowy podkoszulek i szelki od spodni. Czuję się jak Bob Budowniczy, wyglądam jak niespełna rozumu Mała Ogrodniczka czekająca na swoją konewkę. Przez głowę przelatuje mi piosenka „Poszła żabka po wodę do zimnego zdroju, za nią bociuś rach-ciach-ciach, nie da jej spokoju…”. Chyba staczam się w otchłań szaleństwa. Jako, iż nie może być po prostu tak lekko łatwo i przyjemnie, nagle Pan Wypożyczacz krzyczy do mnie przy wszystkich ludziach „A ile pani WAŻY?” Ooo nie, tym razem to przesadził! Naburmuszam się i prycham ale widzę błagający wzrok Dziubasa, więc odpowiadam stosując wiele słów w stylu „Mniej-więcej”, „Około” czy „Tak mi się wydaje przynajmniej”. Pytam kobietę stojącą obok, czy będzie też pytał o inne parametry, żebym w razie czego była przygotowana. Mówi, że nie, więc czuję sie bezpieczniej. Okazuje się, że kask dostaję dziecięcy, no bo wiadomo, wszystko do kompletu – dziecięce spodnie, dziecięcy kask. Uradowany Pan Wypożyczacz dorzuca też mniejsze kijki. Różowe. Przy oddawaniu sprzętu wspomina o tym, że narty posiada też ze wzorem Hello Kitty. Nie lubię Pana Wypożyczacza i chcę już stamtąd iść. Dziubas idzie zanieść swój sprzęt do auta, więc zostawia mnie na jego pastwę. Mówię, że wywróciłam się tylko dwa razy a Dziubas raz. Pan Wypożyczacz gratuluje mi, chwali i mówi, że „procentowo wychodzi nieźle”. Lubię Pana Wypożyczacza, chcę tam kiedyś wrócić.

Docieramy do domu zadowoleni i wcale nie poobijani. I nareszcie wzięłam prysznic. Teraz już mogę wrócić z powrotem na stok! :)

Run, Rudolph!

To już? Za parę dni? To chyba teraz jest ten czas kiedy powinnam posiadać ogromny świąteczny nastrój…gdzie jesteś nastroju?! Po raz pierwszy w życiu dom wygląda jakby zwymiotował Gwiazdką, z głośników lecą kolędy różniste, wszędzie pachnie świeżo upieczonymi pierniczkami i pomarańczami a ja nic. Może mam znieczulicę? Musiałam złapać ją w tramwaju trzymając brudny uchwyt albo od kogoś kto za mną kaszlał.

Kupiłam dziś nawet błyszczące spinki do włosów bo zamierzam je wpiąć biegnąc z jednej Wigilii na drugą i zastanawiam się czy robić kreski na górnych powiekach a w pamięci mam jakiś wywiad zasłyszany kątem ucha (?) jak zrobić makijaż POŚMIERTNY. Hmmm…chyba chodzi o to, że Święta to również czas zadumy?? No więc dumam – że jestem wiecznie niewyspana, z niczym nie mogę zdążyć, dotrzymać żadnych terminów a Dziubas już od dobrych kilkunastu godzin mnie nie potarmosił bo nie wie ile jeszcze będzie w tej swojej pracy, w której jest zawsze akurat wtedy kiedy ja potrzebuję tarmoszenia!

No więc czekam sobie na niego i mając mnóstwo wazniejszych rzeczy do zrobienia, czytam rózności w internecie. I okazuje się, że powinnyśmy wyrzucić wszelkie kremy przeciwzmarszczkowe, bo wystarczy smarować twarz TRANEM. Tak więc wybacz kochanie, ale od dziś kładę się do łóżka z pyskiem wysmarowanym rybim tłuszczem i turlam się po poduszkach żeby zatłuścić wszystkie poszewki. Bo tylko w ten sposób nie będę mieć zmarszczek a chyba nie chciałbyś żebym się przedwcześnie marszczyła?! Kiedy już się ponacieram tą zdechłą rybą to koniecznie muszę obserwować swój mocz! Bo okazuje się, że jak jest przykładowo niebieski to coś jest nie tak. No nie…NAPRAWDĘ?! Tyle lat zmarnowanych bez obserwacji moczu! A jeśli kiedyś przegapiłam jakąś ciekawy odcień? I czy faceci, z definicji nie rozróżniający kolorów, będą musieli odpowiadać lekarzowi na pytania w stylu „Czy był on raczej brzoskwiniowy czy bardziej w stronę łososiowego?” Chyba zacznę sikać do szklanki. Zmieniam koncepcję i włączam skrzynkę mailową. Ku mojemu zdziwieniu zasypują mnie oferty z pytaniami w stylu „Czy masz problemy ze wzwodem?” Dzięki Bogu nie zdarzył mi się nigdy a więc chyba problemu nie mam? A może to jest właśnie ten problem?!

Może powinnam się tym zainteresować bo niedługo może być już za późno a ja tak bezczelnie i ignorancko usuwam te wiadomości? No tak, za 20 lat kiedy moje problemy z erekcją będą zaawansowane będę mogła mieć pretensje tylko do siebie!
Chwilę odpoczynku znalazłam jedynie w babskim spotkaniu, które później przerodziło się w koedukacyjne, ale póki to nie nadeszło dowiedziałam się od M. że koniecznie muszę jej pokazać swoje cycki, skoro zebrały tyle komplementów na ostatnim rutynowym USG ( przysięgam, pani doktor tak je wychwalała, że prawie czułam jak się czerwienią… ). Ostatecznie uderzyła ją też różnica wieku między nią a jej ukochanym P. którą skwitowała „Rozumiesz?! Jak będziemy mieć dziecko to jemu prawie stuknie 40stka! …Jak pójdzie do szkoły on będzie miał z 50, a jak skończy 25 lat umrze mu ojciec!” Tak oto wygląda nasze babskie spojrzenie perspektywiczne :)

Teraz mam ochotę zakopać się w ciepłym łóżeczku i zasnąć na najbliższe 12 godzin. I żadne wiercenie mnie nie zniechęci!

PS. Kochana M. kupiła mi czekoladowy balsam i teraz mam ochotę żuć własną skórę tak ślicznie pachnie! Nawet Dziubas, który w niewyraźną miną określił go jako „czekoladpodobny” do końca tamtego wieczoru nazywał mnie swoją Czekoladką więc chyba działa :)

PS.2. …Bo chyba nie dlatego, że woli ciemnoskóre?! … Będę musiała się teraz zapisać na solarium?! Te babskie paranoje kiedyś mnie wykończą… ;)

Lux Perpetua

Jakiś czas temu Dziubas wieczorową porą stoi w oknie, smutną ma twarz i wciąż patrzy w dal.

Ryzykuję i pytam co się stało.

- Zostawiłem Kindle`a w samochodzie… – Odpowiada takim tonem jakby conajmniej oświadczał mi, że od jutra nie wraca do pracy, ma zamiar przytyć 100 kilo i zamknąć się w szafie bo życie jest bez sensu i wszyscy i tak któregoś dnia umrzemy. – Zastanawiam się czy po niego nie pójść…

- Nie! – Odpowiadam radośnie ku postępującemu niezadowoleniu Dziubasa- Nie będziesz mi przynajmniej świecił po oczach przed snem! – Bo Dziubas bez czytadła nie zaśnie. A nawet jak zaśnie z czytadłem to zamknąć go i odłożyć nie pozwala, pomimo tego, że już chrapie, ale on wcale nie śpi! Czyta więc zostaw!

Dziubas zrezygnowany jakoś przełyką tą żabę i życie toczy się dalej.

Godzinę później powoli przysypiam w łóżku kiedy do pokoju nagle wchodzi Dziubas. Z normalną – w sensie papierową – książką pod pachą.

I LATARKĄ.

C Z O Ł O W Ą.

Jak gdyby nigdy nic kładzie się koło mnie, otwiera książkę, włącza latarkę, która nagle uaktywnia promień świetlny o sile tysiąca słońc i powoduje, że o 23 nagle w pokoju jest środek dnia. Odwraca się w moją stronę, przy czym oczywiście oślepia mnie bo halogen pada mi prosto w wytrzeszczone ze zdumienia gały i pyta głosem pełnym nadziei:

- …Nie przeszkadza Ci?

Świąteczna gorączka

Jeszcze raz ktoś mi powie, że zakupy świąteczne są magiczne i cudowne, ma w ryj z półobrotu.
A poprawię z kopyta jak znowu usłyszę jakiegoś męzczyznę biadolącego „Jak to trudno coś kupić kobiecie”.

Halo! Panowie! Nam wystarczy pachnące albo błyszczące i sprawa załatwiona! A jeszcze jak jest pachnące i błyszczące NARAZ w tym samym czasie to już w ogóle jesteśmy zachwycone!

Nie ma nic gorszego niż kupować prezent dla mężczyzny. Mając wczoraj wolną chwilę w pracy przejrzałam przypadkowo galerię któregoś z portali podpowiadającą 10 najlepszych i zawsze trafionych prezentów. Na miejscu pierwszym prezentowała się dumnie wiertarko-wkrętarka.
Ok. Jako, że nie sprecyzowali odbiorcy, już widziałam minę mojej mamy kiedy odpakowuje takie urządzenie. Z dodatkową paczką tych śrubek żeby miała co wwiercać i wkręcać.
Ma się rozumieć, że Dziubas już taka posiada, więc odpada. Tak samo jak i sugerowany w następnym slajdzie zestaw narzędzi wkomponowany w pudełko o kolorze oczojebnego fioletu. Ja osobiście nie znam mężczyzn, którzy w swoim domu nie posiadają miliona takich zestawów z mniejszymi i większymi śrubokręcikami no ale rozumiem, że chodzi o ten fiolet, tak? Że niby „Kochanie, wiem że masz, ale w tym sezonie króluje taki kolor, więc proszę, oto kolejny młotek, tym razem fioletowy. Nieważne, że nie mamy gdzie tego trzymać. Dobudujemy osobny pokój na różnokolorowe narzędzia.” Jako iż następne w kolejności były nartosanki ( już widzę jak Dziubas zjeżdża na nich z górki pod blokiem, wykonując slalom między dziećmi na sankach, z kolanami na wysokości uszu…) porzuciłam galerię obrazkową i wybrałam się do handlowej.

Już po pół godzinie przypomniała mi sie informacja, którą przeczytałam jeszcze będąc w pracy, że kobieta odczuwa na zakupach znużenie po dwóch godzinach za to mężczyzna już po 26 minutach i że jeden pan na trzech porzuca swoją kobietę i wraca do domu sam zostawiając ją w sklepie. Do tego przypomniało mi się, jak to ostatnio jakiś Chińczyk, doprowadzony do ostateczności przez swoją wybranke kupującą kolejną parę butów, rozpędził się, przeskoczył barierkę i zabił się na miejscu.

Przestałam się dziwić.

W galerii spędziłam 3 ( słownie TRZY ) godziny – jeszcze nigdy w moim życiu spędziłam tyle czasu w takim miejscu! Wróciłam poobijana, z zakwasami i odwodniona. Prezent dla Dziubasa kupiłam, więc generalnie wyprawa zakończyła się sukcesem ale bez przygód też się nie obyło. Z jednego sklepu na przykład uciekłam kiedy doszły mnie strzępki rozmów dwóch ekspedientek o treści „Mam nóż…” i „Nie kontroluję się”. Lepiej było wyjść, tak na wszelki wypadek. Za to w kolejnym jakaś pani po pięćdziesiątce starała się przekonać swojego mężczyznę telefonicznie, że ona go tu przywiezie autem żeby tylko przymierzył a jak sie nie zgodzi to ona kupuje ten sweter JUŻ i nie będzie się go pytać!

Jestem chora psychicznie i nie potrafię komuś kupować czegoś normalnie i po ludzku, z wrodzonym wdziękiem podchodząc do kasy i podejmując szybką decyzję. O nie, to byłoby za proste. Panie obsługujące sklep odzieżowy musiały mieć ładną wizję przekrojową mnie, wchodzącą o 15.00 i kupującą jeden element garderoby, jeszcze swieżą i pachnącą, uśmiechniętą, i mnie wchodzącą do tego samego sklepu bo obejściu całej galerii, około godziny 17.00, kupując drugi element z tej samej serii, rozczochraną, spoconą z rozmazanym makijażem i obłędnym wzrokiem. No naprawdę, klasa sama w sobie.

Zadowolona przytachałam Dziubasowy prezent do domu powtarzając sobie, że nigdy więcej nie wracam do żadnej galerii.

„No chyba, że w piątek” – przypomniał Dziubas. „Bo wtedy idziemy razem po Twój prezent”.

HELP!

Wieczorna logika

Wieczór jak co wieczór: Dziubas czyta książkę a ja mu przeszkadzam, bo czytać mi się nie chce ale jeszcze nie jestem na tyle śpiąca żeby przestać gadać i zasnąć. Obmyślamy strategię prezentu gwiazdkowego dla jego babci kiedy nagle doznaję oświecenia.

– Twoja babcia ma taki szal, który sobie czasem zarzuca na ramiona jak siedzi na fotelu!

- Do czego zmierzasz? – Pyta Dziubas podejrzliwie z nutką analityczną w głosie. Ja oczywiście wybucham śmiechem, no bo WIADOMO o co mi chodzi, ale ironicznie odpowiadam: – Ukradnijmy jej ten i kupmy nowy! – Teraz już śmiejemy się oboje ale Dziubas nagle przestaje żeby wypuścić z siebie nadłuższy i najbardziej spójny monolog jakiego nie słyszałam od dobrych kilku tygodni:

- Ty się śmiejesz, ale ja się pytam poważnie! Bo widzisz, mogło być tak: ty się mnie pytasz „kojarzysz szal twojej babci?” na co ja odpowiedziałbym „no tak, kojarzę” wtedy Ty powiedziałabyś ” Bo na tym szalu jest wzór w takie kwiaty, pamiętasz taki kwiat?” wtedy ja bym odpowiedział „No tak, jest tam taki kwiatek”. Ty kontynuowałabyś „I on ma takie płatki” – odpowiedziałbym „No, ma.” Potem dodałabyś, że ‚Takie kwiatki kwitną tylko przez pięć lat a potem zdychają” – ja przyznałbym Ci rację, żę faktycznie są takie co kwitną tylko pięć lat. Potem Ty byś powiedziała „I on w drugim roku kwitnięcia wypuszcza takie pączki, kojarzysz?” wtedy ja bym odpowiedział „Tak, kojarzę takie pączki” a Ty na koniec na pewno powiedziałabyś „I właśnie w kształcie tych pączków widziałam ostatnio KOLCZYKI”!

No i masz.

Babskie zawiłości umysłu zdał na 5 z plusem ;)

Kalarepa issue

W ramach zasad zdrowego odżywiania, które od jakiegoś czasu staramy się praktykować, w piątkowy wieczór Dziubas postanowił zaszaleć i kupić kalarepę.

W sensie ZAMIAST kolacji.

Uznałam to za niegroźne zjawisko mając w pamięci wielkiego brokuła, którego próbował dodać jakiś czas temu do meksykańskich tortilli.

Po powrocie do domu zaczęłam się krzątać a Dziubas zaczął jeść w kuchni tą surową kalarepę, odkrawając kawałek po kawałku i głośno chrupiąc. Problem zaczął się w kilka chwil później, kiedy zapytał:

-Chcesz?

-Nie, dziękuję – odpowiedziałam, przypominając sobie czasy dzieciństwa, kiedy łowiłam w zupie te wszystkie kalarepy, brukselki i inne paskudztwa po to, żeby je wyrzucić kiedy nikt nie będzie patrzył.

Niestety, zwyczajne NIE tego wieczoru nie wystarczyło.

- No zjedz! – Mówi Dziubas trzymając mi kawałek śmierdzącej zieleniny przed nosem.

- Ale ja nie chcę! – Bronię się odwracając głowę.

-Tylko kawałek! – Dziubas zaczyna wymachiwać mi kalarepą przed twarzą.

-Nie! – Bronię się i zaciskam usta. Nie pomaga, bo Dziubas próbuje teraz wcisnąć mi warzywo na siłę. Nie udaje mu się, więc wydaję triumfalny okrzyk „HA!” – co skłania Dziubasa do wykorzystania momentu w którym mam otwarte usta i wrzucenia mi kawałka kalarepy z zaskoczenia.

-Ale chociaż spróbuj! – Krzyczy Dziubas goniąc mnie z warzywem po kuchni.

- Dobrze! – Biorę do ręki kawałek kalarepy, ale sam zapach powoduje, że rzucam nią w okolice brzucha Dziubasa. Kalarepa odbija się od niego i ląduje z głuchym „pac!” na ziemi.

Teraz zaczyna się walka.

Dziubas trzyma mnie za głowę, a ja zakładam mu nelsona w powietrzu, wisząc na wysokości jego kolan, podczas gdy on próbuje wsadzić mi warzywo gdzieś między uchem a okiem, mając najwyraźniej nadzieję, że w końcu trafi do ust.
Udaje mi się wyrwać i uciekam do łazienki. Zamknięte drzwi nie pomagają. W scenie rodem z „Lśnienia” Dziubas zagląda do środka grożąc mi kalarepą.

- Zjedz misiu! Tylko kawałeczek! To zdrowe!

-Nie! – Krzyczę i wkładam głowę do bębna pralki żeby się uchronić przed wmuszeniem.

- Nie to nie! – Odpuszcza w końcu obrażony Dziubas. – Sam zjem całą!

Zadowolona z obrotu spraw ostatecznie biorę prysznic i idziemy spać.

W środku nocy Dziubas wierci się bardziej niż zazwyczaj, szeleszcząc kołdrą.

- Co się dzieje? – Pytam zaspana.

-Brzuch mie boli. To chyba po tej kalarepie…

;)