Na uspokojenie

Dopadło mnie jakieś przesilenie jesienne albo zapadam w śpiączkę. Generalnie spałabym cały czas. Mam ochotę zawinąć się szlafrokiem, kupić tonę słodyczy, zamówić chińskie żarcie i tak aż do wiosny. Potem mogłabym wstać, napić się melisy i znów zasnąć.

Odkryłam zbawienne działanie melisy – bo tak mówią że dobre, że smaczne i zdrowe, na ukojenie nerwów i stresu – a wiadomo, stres to nieodłączny element życia ludzkiego. Po wypiciu takiego kubka ogólnie stres nie zmniejsza się nic a nic, ale za to mam gdzieś czy wycinają lasy deszczowe i jakie gatunki zwierząt są zagrożone wyginięciem. Może melisa działa na jakąś hipisowską stronę mojej psychiki? Tak czy inaczej nerwy nie mijają ale kręci mi się we łbie i chce mi się spać. Potem zachowuję się jakbym była na haju bo wydaje mi się, że język przykleja mi się do podniebienia, tak bardziej z tyłu. Może zamiast melisy sprzedają w tych torebeczkach marychę?? Tez na „m”! I teraz się zastanawiam jak muszę wyglądać kiedy idąc przez ulicę badam czy ten język mam faktycznie przyklejony.

Przez mój intensywny tryb życia zaczynam znikać więc staram się odżywiać zdrowo zerkając w tabele kaloryczności – według nich aby odzyskać stracone kilogramy powinnam jeść o 7000 kcal więcej niż normalnie. O matko! Siedem tysięcy???? Co niby miałabym jeść? Innego człowieka?! To w ogóle możliwe?! No więc już trudno, pozostanę w moim rozmiarze 34 jedząc w biegu hamburgera.

W ramach dostarczania organizmowi jesienią niezbędnej ilości witamin poszłyśmy z Dwajuradnają Siostrą na zdrowy sok marchewkowy. Przegadałyśmy tak nad nim z pół godziny żywo relacjonując sobie ostatnie tygodnie, kiedy nagle zauważyłam, że palec wskazujący u prawej ręki mam jaskrawo żółty. Po przeżyciu szoku okazało się, że posiadam też jaskrawo żółte wąsy od tego soku. Siedząc tam, przy stoliku, między tłumami ludzi. Z tymi wąsami. Dwajuradnaja stwierdziła, że oczywiście, że zauważyła, ale nic nie mówiła, bo chciała się tym widokiem napawać. Spoko. Aż dziwne, że nikt z przechodzących nie zrobił mi zdjęcia.

Weekend zleciał jak zwykle intensywnie – ja latałam za owcami, Dziubas parł do przodu mówiąc, że TO JUŻ TU w odpowiedzi na moje stękanie czy daleko jeszcze a potem zostałam pomylona z obsługą oberży przez klientkę usiłującą się dowiedzieć, czy oprócz koników do bujania mamy jeszcze inne zabawki dla dzieci. Najwyraźniej nie dało jej do myślenia, że kelnerzy są tu tylko rodzaju męskiego i występują przyodziani w czarne spodnie i białe koszule. Widocznie mój polar i górskie buty bezczelnie namieszały jej w głowie i zmyliły z premedytacją. I pierwszy raz w życiu użarła mnie biedronka i od razu zmieniło to moje spojrzenie na te bestialskie wybryki natury. I pomyśleć, że rodzice tyle razy narażali mnie na trwały uszczerbek na zdrowiu każąc tej larwie lecieć do nieba po kawałek chleba!

Na dobry początek tygodnia, przed pracą zachciało mi się maślanej bułeczki z nutellą. Pognałam więc z rozwianym włosem do pobliskiego sklepu i lawiruję między regałami nie znajdując ani śladu mojego potencjalnego śniadanka. Zrezygnowana podchodzę do pani z obsługi uprzejmie pytając gdzie mogę Nutellę znaleźć. Pani, podnosząc wzrok znad kartonu i patrząc na mnie jak na nienormalną – no naprawdę, tak jakbym zapytała „Jaki mamy teraz rok??” – odpowiedziała ze stoickim spokojem: „Przecież jest na monopolowym”.

;)

Liście lecą z drzew

Otóż otwieram oczy pewnego ranka a tam jesień. I to nie, że złota,
piękna, polska. Ciemno, zimno i…zimno raz jeszcze. Moje pytanie –
które ostatnio często zadaję w wielu różnych okolicznościach –
brzmi: kiedy to się stało?
I to jest jedna z tych kwestii, które najwyraźniej człowiek pod
trzydziestkę dostaje w prezencie na codzień. Zaczyna się od „Jak ten
czas szybko leci” a kończy na „Nie będę tego jeść na noc, bo dostanę
zgagi”.

No cóż, trudno.

W ramach tych przemyśleń zaczęłam zdrowo się odżywiać. To znaczy w
sumie nie zaczęłam. Chciałam zacząć. Postanowiliśmy z Dziubasem
ustalić limit fast foodów na tydzień i zacząć częściej gotować w
domu – gotować zdrowe dania ma się rozumieć. W związku z tym
wreszcie po kilku latach spędzonych w sklerotycznym zwidzie kupiłam
planowany sok z brzozy.Ktoś kiedyś mi naopowiadał jakie to pyszne i
że koniecznie MUSZĘ spróbować. Teraz staram się sobie przypomnieć
kim był ten człowiek, bo chciałabym się na nim zemścić. Smakuje jak
rozpuszczony twaróg, śmierdzi jak kozi ser. Sugestia Dziubasa „Jak
się nie wącha to lepiej smakuje” nie działa. W tym momencie się
zastanawiam się jak w ogóle mogłam pomyśleć, że sok z drzewa może
być smaczny. Otrzymałam nauczkę na przyszłość w formie dotkliwej.

Kolejnym palącym konceptem dotyczącym nadchodzącej zimy – tak tak,
już niestety bliżej niż dalej – jest zakup cieplejszej piżamy. I tu
zaczyna się problem. Otóż producenci piżam najwyraźniej doszli do
wniosku, że musimy chodzić spać upośledzone umysłowo. Wszelkie
piżamy zawierające podkoszulek i dłuższe spodnie mają na sobie
kwiatuszki, słoniki, kotki i stos innych pierdółek, a wszystko to
nakrapiane wszelkimi dostępnymi kolorami tęczy. No naprawdę, już to
sobie wyobrażam jak zakładam na noc kolorową piżamkę w żyrafy,
spinam włosy w dwa kucyki i proszę Dziubasa, żeby nie wyłączał
nocnej lampki, bo mamy w szafie potwora. Kolejnym bonusem są
rozmiary tych piżam, raczej w formacie XXXL, a więc jak już żyrafa
to do samych kolan drogie panie, nie ma lekko!

Tak więc pozostaje mi owinięcie się kawałkiem barchanowej tkaniny,
którą jakaś dobra kobieta potnie nożyczkami i sprzeda mi na metry, i
przewiązanie się nylonowym sznurkiem żeby się nie zwinęła i nie
zsunęła.

Być kobietą… :)