Śpiąco-usypiająco

Nie pojmuję jak to jest możliwe, żeby zaraz po otwarciu oczu tak po prostu stwierdzić „Ok, no to może juz wystarczy tego cudownego wygodnego ciepłego łóżka, czas szybciutko wstawać i pospieszyć do pracy, której nienawidzę i do hałaśliwych ludzi wszędzie wokół wywierających presję.”

Otóż jak się okazuje – nie ma rzeczy niemożliwych! Dla chcącego nic trudnego!

Kiedy ja przewracam się dziesiąty raz z boku na bok mówiąc sobie, że „jeszcze pięć minutek”, Dziubas nagle z pozycji leżącej przechodzi do pionowej – nie wiem jak taka transformacja może zachodzić tak szybko – i napięty jak struna oświadcza NO-TO-CO?! Co oznacza, że wstajemy JUŻ NATYCHMIAST więc trzeba jednym zręcznym ruchem odsłonić zasłony i spowodować u mnie światłowstręt i atak paniki. I nie pomaga nakrywanie sie kołdrą po czubek głowy.

I tak za każdym razem, codziennie.

Aż tu nagle pewnego weekendu spotkała mnie rzecz niesłychana i taka, która nie śniła się filozofom.

Obudziłam się przed dziesiątą a tam Dziubas śpi.

Hm. W istocie to dziwne. Spojrzałam na zegarek jeszcze raz. Tak, dochodzi dziesiąta. Rano. Czyli powinien nie spać już od przynajmniej dwóch godzin.
Przeciągnęłam się i ziewnęłam.

Śpi.

Przewracam się na jeden, potem na drugi bok, bo zaczyna mi się nudzić ale jeszcze nie na tyle żeby wstawać. Zaczynam myśleć o wielu mało inteligentnych ale palących dla mnie kwestiach całego wszechświata, o których muszę mu powiedzieć już!

Śpi.

Przykrywam go kołdrą aż po samo ucho – może zrobi mu się gorąco i obudzi się żeby się odkryć

Nic. Zero reakcji.

Zmieniam ostro taktykę – odkrywam go! Może zrobi mu się zimno i obudzi się żeby się przykryć!

ŚPI.

Szturcham, dźgam, łaskoczę!

DZIUBAS ŚPI.

Zaczynam mysleć, że może nie żyje. Ale oddycha więc jest ok. Gilam w ucho, wbijam palec pod pachę, ziewam głośno mlaskając.

Nareszcie! Otworzyło się jedno oko, w ślad za nim zaraz poszło drugie! Dziubas spojrzał na mnie nieufnie, zamrugał, spojrzał na zegarek i zaspanym głosem wymruczał: „…Już TAK PÓŹNO?!”

Taaa…

Cicho-sza!

Wróciłam! Przeżyłam! Wszyscy przeżyliśmy 20 kilometrową trasę
spacerową obejmującą 3 góry. Oczywiście miała być jedna, bo ta
druga to było „zaledwie wzniesienie” a trzecia „niezbyt strome
podejście”. Jak zwał tak zwał – i tak najpierw trzeba było na nie
wejść a potem zejśc więc niczym się między sobą nie różniły. W
międzyczasie dostałam cukrowego kryzysu, bo zamiast mięcha, którego
żądał mój organizm zjadłam kawałek szarlotki, a uśmiechnięty Dziubas
wbijał mi palec w twarde ( to miejsce tuż pod żebrami ) mówiąc „Ale
ci się tu napina!”
Najśmieszniejsze jest to, że po tych 21 kilometrach i trzech górach
w poniedziałek w pracy źle stanęłam włączając komputer.

Normalne.

Zdjęcia wyszły różne, ale tu chcę podkreślić, że robiliśmy je
aparatem fotograficznym. Normalnym. Takim z przyciskami, obiektywem
i paskiem do zawieszenia sobie na szyi. Bo teraz wszyscy robią
zdjęcia tabletami. Zdecydowanie starzeję się i wycofuję z nowomodnej
technologii – nie bedzie dla mnie normalnym fakt robienia zdjec
zeszytem. Bo za każdym razem kiedy mijam kogoś w centrum miasta, kto
wyciąga tablet żeby coś uwiecznić, zastanawiam się przez pierwsze
kilka sekund po co tak rozkłada ten notes w powietrzu. Poza tym sama
nazwa – TABLETY?! Tak nazywałam tabletki antybiotyku za duże na
swobodne przełknięcie.

Zamieszkam z Amiszami i będę haftować serwetki przy świetle świecy.

A potem nastąpiła TA wizyta w kinie z Big Sis, która upatrzyła sobie
horror wszechczasów i oczywiście MUSIMY go zobaczyć! Ogólnie film
był bardzo dobry, chociaż nie wiem czy mogę się wypowiadać, skoro
3/4 strasznych scen oglądałam zza swetra pytając „I co teraz?! Stoi
tam coś?!” I tu Big Sis spisała się na medal opisując mi krok po
kroku co widzi. Bo normalnie robi na takich filmach to samo co ja.
Tylko przez palce, nie zza fragmentu odzieży.

Ma się rozumieć, że w drodze powrotnej już miałam kilkanaście wizji
jak to coś stoi nade mną kiedy śpię albo wciąga mnie za nogę gdzieś
pod łóżko, a najlepiej do piwnicy – której generalnie nie mam, ale
cóż. Duchy to pomysłowe stworzenia.

Błyskawicznie zainterweniował Dziubas, który momentalnie znalazł sie
pod moim domem zanim jeszcze przekroczyłam jego próg, zabrał mnie do
siebie, puszczał mi w samochodzie przez drogę kołysanki z radia dla
dzieci i powtarzał niezadowolony, że „Jak ja mogę chodzić na takie
filmy”, „Miałam oglądać tylko wesołe rzeczy żebym była szczęśliwa”
a także, iż Big Sis „Zgwałciła mnie tym horrorem przez mózg.” Moja
wybujała wyobraźnia przy tym ostatnim powiedziała „Halt!”.

Bo z Dziubasem na horror się nie da. Przede wszystkim dlatego, że
nie posiada zdolności narracyjnych. Kiedy idziemy razem na film i
wtulona w jego ramię proszę o streszczenie, zazwyczaj długą ciszę
przerywa kilka znużonych zdań typu „Nadal nic się nie dzieje”.
Dlatego też zgorszyliśmy całą salę kinową, bo wybuchnęliśmy gromkim
śmiechem na filmie o pedofilu. Miastowi zabili mu psa, a ja
poprosiłam Dziubasa, żeby dał znać, jak psie zwłoki znikną z ekranu
bo to piesek i będę płakać. Po serii „Nic nie ma” i „Nic się nie
dzieje” ostatecznie rzucił zadowolony „Teraz już możesz!” i ma sie
rozumieć, że był to ten moment, kiedy powykręcane psie zwłoki
ukazały mi się w całej swej okazałości.

Tak czy inaczej, po intensywnym tygodniu postanowiłam uraczyć się wczesno-jesiennym spacerem po miejskim parku. Mijając dwóch robotników malujących elewację jednej z kamienic w centrum miasta, usłyszałam przyśpiewką jednego z nich, zresztą mocno w nią zaangażowanego: „Tu cicho-sza, tam cicho-sza!…Chodzi kut*s w bamboszach!”

Artyści! Artyści wszędzie! :)