Ciemniejsza strona bieli

Czy ja kiedyś wspomniałam, że mi się nudzi?

Najwyraźniej Wszechświat usłyszał i postanowił podrzucić mi trochę rozrywek.

Zaczęło się kilka tygodni temu, kiedy doszłam do wniosku, że zatęskniłam za dentystą, a zatem czas na remanent. Okazało się, że nie ma u mnie za bardzo w czym wiercić (co najwyżej w brzuchu – ale w tym to ja jestem mistrzem. Aż dziwne, że Dziubas nie posiada na dzień dzisiejszy kilkunastu pępków…), a zatem czas najwyższy zająć się estetyką. Po ściągnięciu żelaznej szczeny na sparingi (zwanej też aparatem ortodontycznym) zęby wyczyściłam, wypucowałam i stwierdziłam, że wybielę je odrobinę.

Zaczęło się niewinnie, od nakładek do stosowania w domu – jakaś tam Biała Perła czy coś w tym stylu (chociaż nazwa kojarzy mi się osobiście z kostką do kibla…). Przez kilka wieczorów zasiadałam na 15 minut z tymi nakładkami i talerzem pod brodą, bo śliniłam się jak Gronkiewicz-Waltz na widok kamienicy. Dziubas obserwował to zjawisko z niepokojem i starał się wówczas nie przebywać w moim towarzystwie.

Efektu nie było żadnego – poza uszczupleniem portfela, więc zeźliłam się i zarzuciłam fochem podwójnym: raz, bo pieniądze wyrzucone w błoto, dwa, bo zeszczuplał portfel a nie ja.

Ostatecznie wymyśliłam sobie, że zrobię to PROFESJONALNIE w gabinecie.

Na umówioną wizytę popędziłam zadowolona, przy okazji kupując sobie maksymalnie przecenioną torebkę na pobliskim bazarze – tak na zachętę.

Po dotarciu na miejsce wypełniłam kilkudziesięciostronicową ankietę dotyczącą stanu zdrowia. Przysięgam, że pytali o wszystkie możliwe choroby świata. Wyobrażam sobie, że pomysłodawca przepisywał nocami jakąś encyklopedię chorób, bo pozycje na niej były imponujące.

Kiedy w końcu usiadłam na fotelu okazało się, że nakładamy ochronę na dziąsła, więc miła pani dłubała mi przy tych zębach dobre pół godziny. Myślałam, że umrę z nudów a potem zasnę snem wiecznym. Nareszcie postawiła mi przed pyskiem coś, co wyglądało jak Jar-Jar z Gwiezdnych Wojen i włączyła światło.

O mamo, ale jakie światło! Normalnie siła tysiąca słońc i wszystkie solaria południowej Polski!

Po dwóch 15-minutowych sesjach doszłam do wniosku, że już dziękuję, ale z trzeciej nie skorzystam, bo zaczęło być dość nieprzyjemnie, a efekt był widoczny.

Pani stwierdziła, że oczywiście, mogę się wycofać kiedy chcę, ale jeszcze tylko zrobi mi ZDJĘCIE PO.

Dostałam w takim układzie zęba na patyku, który miał pozować na tle moich nowych, wybielonych.

Po tym wszystkim mam nadzieję, że ta szczegółowe informacje dotyczące mojego stanu zdrowia i foto nie pojawi się na jakiejś stronie typu „Porywamy.pl” czy inne „Burdelezachodniejeuropy.com”.

A na koniec zaczęło boleć.

Chociaż może niezbyt jasno się wyraziłam.

Ból przywalił mi w ryj z taką siłą, jakby mnie jakiś Pudzian znokautował.

WSZYSTKIE zęby nagle zaczęły boleć jakby mi w nie ktoś szpile wbijał, więc popędziłam do pobliskiego (na całe szczęście!) sklepu z artykułami stomatologicznymi i kupiłam jakiś żel na nadwrażliwość po wybielaniu.

Po wyjściu ze sklepu stwierdziłam, że muszę go nałożyć JUŻ NATYCHMIAST, bo umrę, skoczę z mostu albo amputuję sobie dolną część twarzy, więc smarowałam sobie zęby tym żelem nałożonym na palec. W międzyczasie zostałam wzięta za ćpunkę, bo żel był nie w tubce a w strzykawce, więc spojrzenia ludzi dookoła mówiły aż za wiele.

Nałożyłam, wysmarowałam, nie pomogło.

W tramwaju spociłam się jak wiecie-kto (z tego bólu), postarzałam się o kilkanaście lat i pewnie posiwiałam na czubku głowy.

Do mojej Mame dotarłam wykończona jak po walce w klatce, odebrałam Boba i zgarnęłam Dziubasa z pracy.

Dziubas stwierdził, że dziś jest idealny dzień (No właśnie, na coooo? Hęęęę? Czy ktoś może już się domyśla???) na wizytę w Castoramie, więc przez następną godzinę wybierałam kinkiety wisząc na wózku i wymyślając tysiąc sposobów jak wykurzyć z niego Boba, żeby choć na chwilę zająć jego miejsce.

Na koniec napiszę, że efekt wybielania jest godny polecenia, ale po zabiegu warto zaopatrzyć się w taczkę środków przeciwbólowych, znieczulenie ogólne albo zapaść w śpiączkę do dnia następnego.

PS. Utrzymałam moje postanowienie i nie jadłam słodkiego aż do niedzieli. Poza drożdżówkami. Oj wiem, że NAJBARDZIEJ kaloryczne, ale czy ta szczerość wobec samej siebie musi być faktycznie aż taka ważna?

PPS. Dzisiaj użarł mnie komar po raz pierwszy w tym sezonie i pod kolanem urosło mi drugie kolano. 

Bo prawdziwy las jest taki: są w nim drzewa i zwierzaki

Jak powszechnie wiadomo, każdy z nas ma swoje nawyki. Oczywiście są tacy, co mają je bardziej, albo tacy, którzy wypierają się, że je mają, uznając, że ich nie mają. Dlatego wtedy liczy się to podwójnie, bo jak wiadomo wypieranie się nałogu świadczy o jego posiadaniu.

I tak na przykład Dziubas, znany ze swej przewrotnej natury, posiada od jakiegoś czasu nawyk wieczornego oglądania filmików na youtubie.

Cały rytuał trwa około pół godziny, przy czym zdarza się jeszcze, że powtarza go około 23.00, kiedy ja chcę już spać.

Przez te wszystkie lata mimochodem wzbogaciłam swój umysł o wiele przepisów kulinarnych, ciekawostki z astrofizyki, najnowsze informacje polityczne plus teorie spiskowe, kończąc na niezliczonych instruktażach, np.: jak pomalować łazienkę, położyć kafelki, dociąć kupę drewna tak, żeby przypominała stolik i pospinać kable w puszkach.

Nie wspomnę o zapętlonych miksach piosenek, które kiedy raz wpadły Dziubasowi w ucho, rozbrzmiewały w naszym domu kilkanaście razy dziennie. Ma się rozumieć nauczyłam się ich na pamięć. Też mimowolnie.

Oczywiście bardzo się cieszę, że przyswoiłam te niezbędne mi do życia informacje, podczas gdy mój mózg, robiąc sobie miejsce na te wszystkie rewelacje, zapewne wyparł rzeczy typu „Jak jeździć na rowerze”, „Jak przyszyć guzik” lub „Jaki mamy dzień tygodnia”.

Ostatnimi czasy Dziubas wyjątkowo upodobał sobie kanał jakiegoś człowieka, który w skrócie opowiada o tym, jak poradzić sobie z różnymi zadaniami na łonie natury. Buszowy, chaszczowy, Chruszczow…No nie pamiętam jak się zwie, nieistotne zresztą.

W związku z tym od ostatnich dwóch tygodni wysłuchałam jednym uchem jak rozpalić ognisko na tysiąc sposobów, gdzie najlepiej rozkładać namiot, jak robić kawę z mleczy czy jak prać rzeczy w worku.

Wczoraj wieczór, kiedy oglądał rozpalanie ogniska za pomocą jakiegoś tam łuku, który podobno może być prosty (czy matematyka dopuszcza takie stwierdzenia?), dotarło TO do mnie: 

DZIUBAS CHCE MNIE WYWIEŹĆ DO LASU!

To dlatego od kilkunastu dni puszcza mi to wszystko! Niby przypadkowo!

Przygotowuje mnie POD-PRO-GO-WO!

Tak, żebym umiała przeżyć w dziczy, kiedy już mnie do niej wywiezie i zostawi na…no właśnie na ile?! Bo mam nadzieję, że nie na zawsze!

Nie wyobrażam sobie zupełnie siebie śpiącej pod gołym niebem, otoczonej tymi wszystkimi wilkami, niedźwiedziami, robactwem wszelkiej maści i gatunku, oraz – nie daj Boże – jakimiś napalonymi jeleniami na rykowisku.

Tym bardziej nie wiem jak bym przeżyła krzesając (tak się to mówi?) ogień jakimiś gałęziami, bez ciepłej herbaty z rana i przemarznięta na kość. Że już nie wspomnę o kąpieli w lodowatym strumieniu.

Sam podejrzany wszystkiemu zaprzecza, odpowiadając, że nie będzie wdawał się w takie głupie rozmowy.

A więc to już pewne – bo przecież wiadomo, że się nie przyzna.

No i teraz najważniejsze – MOTYW.

Czy on wie coś, czego ja nie wiem? Czy to za karę? Albo dla przykładu??

A może wie, że ruszyły letnie wyprzedaże i widział mnie z tymi trzema spódnicami, które miałam sobie tylko pooglądać?!

Kompletnie nic nie przychodzi mi do głowy!

Pocieszające jest jedynie to, że mamy lipiec, więc może nie spadnie śnieg. W zależności od tego jaki zaplanował mi kierunek oczywiście.

Od dzisiaj będę spać z jednym okiem otwartym, bo jeśli zaplanował moją wywózkę, to na pewno w nocy. Takiego planu nie realizuje się w dzień. No chyba, że to taka zbrodnia doskonała, że niby idziemy na spacer, a on nagle zabiera Boba na ręce i ucieka do auta.

I pomyśleć, że narzekałam na filmiki o ścianach z gipsokartonu…

Tradycyjny weekendowy maraton

Weekend to czas odpoczynku i relaksu, bezcenne chwile dla siebie i dla rodziny.

U nas ta definicja sprawdza się w 100%. Wszystko się zgadza, pod warunkiem, że ktoś wyobrazi sobie taką sielankę doprawioną kofeiną, tauryną i przyspieszy tą wizję jakieś kilkaset razy.

Ostatni weekend spędziliśmy zatem tradycyjnie – w marketach budowlanych. Jako, że ostatnio praktycznie tam mieszkamy. Zaczynam się obawiać, że obsługa nas już rozpoznaje kiedy wchodzimy do środka. Wyobrażam sobie, że pewnego razu po prostu wejdziemy tam wieczorem, umyjemy zęby na dziale z łazienkami i pójdziemy spać w jakimś rozwieszonym hamaku gasząc przy okazji wszystkie lampy na oświetleniu.

Po powrocie z tej nie lada atrakcji resztę dnia postanowiliśmy spędzić leniwie – na ile się da przy Bobie, oczywiście. Tak więc przebrani w swoje podomki gotujemy bób, ja wypatruję już godzin wieczornych i odliczam czas do swojego leżakowania, podczas gdy Dziubas rozmawia przez telefon ze szwagrem. Moim szwagrem, jego bratem.

W pewnym momencie słyszę jak Dziubas radośnie oznajmia, że „Może w takim razie ZARAZ SIĘ DO WAS ZBIERZEMY”, więc gały wychodzą mi z orbit.

Rozglądam się dookoła. Bób nadal bulgocze w garnku, Bobo siedzi ze mną na kanapie w samym pampersie (bo na zewnątrz cudowne i orzeźwiające +30), wszędzie porozrzucane zabawki i przypadkowe sprzęty typu rózga do mieszania, garnek, plastikowa miska i stado skarpet – tradycyjnie, na środku dywanu.

Normalnie burdel na kółkach sfinansowany ze środków Unii Europejskiej plus tabor cygański w wersji pseudo-skandynawskiej.

No i oczywiście następuje zryw, bo późno, bo już TA godzina, bo ubieramy się (chociaż dopiero się rozbieraliśmy, ale co tam) bo trzeba jechać JUŻ, bo zanim dojedziemy, bo to, bo tamto.

Tradycyjnie – z obłędem w oczach ubieram Bobowi jednego buta, pakuję bób na wynos, sprawdzam zewnętrzną temperaturę i przewiduję kurs dolara na rynku szwajcarskim, kiedy z kotłowni nonszalanckim krokiem wychodzi Dziubas ogłaszając, że po drodze zatrzymamy się jeszcze w Castoramie, bo on chce zwrócić te wężyki, które kupił wczoraj.

Oszaleję, zwariuję, zacznę gdakać jak drób albo wysmaruję się nutellą i wytarzam w mrowisku.

Zamiast tego wszystkiego doświadczam głupawki wszechczasów i z dzikim kwikiem dławię się ze śmiechu po drodze w aucie, bo mówię Dziubasowi, że pójdę sobie coś tam pooglądać, kiedy on będzie ZWRACAŁ i tak mnie to śmieszy, że chrząkam jak dorodne prosię. Naprawdę, brakowało jeszcze tylko jabłka w ryjku, bo żeby wieprzowinę nadziewać bobem, to jeszcze nie słyszałam.

Po drodze przeżywam też stadium spadku aktywności i ogólnego marazmu, a także odrobinę wewnętrznego fuj, bo Dziubas słucha audiobooka Cobena, którego czyta Krzysztof Globisz. NIGDY WIĘCEJ tego typu rozrywek –  Obiecuję sobie przysypiając.

Podjeżdżając pod market zauważamy, że Bobo śpi, więc Dziubas rzuca mi szybkie „To ja polecę sam i zaraz wracam!” i zostawia mnie w aucie na parkingu, puszczając szum z radia, żeby Bob się nie obudził.

No naprawdę. Istnieją przecież jakieś tam przepisy, że nie można zostawiać w aucie psów. A o żonach i dzieciach nikt nie słyszał?! Czy to w ogóle zgodne z prawem i ogólnie przyjętą normą?!

Czuję się zbulwersowana i jest mi gorąco, bo akurat wyszło słońce i świeci mi centralnie w prawe oko. Uchylam delikatnie drzwi z obu stron żeby zapewnić sobie namiastkę klimatyzacji. Po 5 minutach zaczyna mi się niemiłosiernie nudzić, bo bateria w telefonie mi pada a pod ręką nie mam do czytania niczego oprócz ulotki o zaletach płukania okrężnicy.

W którymś aucie obok zaczyna wyć alarm i w połączeniu z szumem tworzy taką abstrakcję, że mam ochotę obciąć sobie uszy.

Znajduję przypadkiem ulotkę z domkiem, w którym częściowo spędzaliśmy nasz miesiąc miodowy i ze wszystkich pięknych zdjęć, obraz łazienki (dokładniej kibelka i okna nad nim) wprowadza mnie w stan takiej błogości i sielanki, że już, teraz mam ochotę rzucić wszystko i jechać w Bieszczady.

Nagle zaczyna lać deszcz, więc jestem zmuszona zamknąć drzwi i dusić się w upale dopóki Dziubas nie wróci.

Do szwagra dojeżdżamy bardzo punktualnie i zażeramy się domową pizzą i lodami, które są jednymi z najlepszych jakie w życiu jadłam.

Na dzień dzisiejszy, 11 lipca 2017 roku, przy siadaniu brzuch zaczyna wylewać mi się na spodnie jak muffinka z foremki.

Od poniedziałku zatem powzięłam (?) postanowienie śródroczne – słodycze tylko w niedzielę!

PS. Drożdżówki się nie liczą ;) 

Maybe, baby!

Ci, co mnie znają choć w niewielkim stopniu wiedzą, że od 16 miesięcy z kawałkiem posiadam na stanie Bobasa sztuk jeden.

Oczywiście, stało się to, o czym wszyscy trąbili, moje życie zmieniło się o 180 stopni, stanęło na głowie, wywinęło podwójnego axla, choć zamiast wylądować telemarkiem (tak się to nazywa?), zaryło pyskiem w połowie skoczni.

Otóż ogłaszam wszem i wobec, że dostaję agresji słysząc te wszystkie pierdoły o tym jakie to wszystko jest różowe, cukierkowe i jak odtąd będą nas czekać pogodne zachody słońca z kolorową tęczą i magicznym jednorożcem.

Chora machina szołbiznesu nakręciła nierealne oczekiwania wobec NAS SAMYCH, drogie mamuśki. I teraz, jedna przed drugą, odstawiamy czasem ognistą salsę z elementami taekwondo udając, że wszystko jest taaakie cudowne.

Boszsz…no i po co?

Cenię sobie i wręcz UWIELBIAM, szanuję ponad wszystko te kobitki, które potrafią być normalne i przyznać się do tego, że opieka nad dzieckiem potrafi być najtrudniejszym zajęciem na świecie. Że przy całej chorej miłości do tego małego stwora, czasem się poryczymy, rozczochramy i nigdy nie dopijemy niczego ciepłego.

Dzięki Bogu w większości takimi właśnie realistkami mam szczęście się otaczać, bo nie zniosłabym odgrywania scenki przy każdym spotkaniu.

Najbardziej zastanawia mnie zawsze fenomen wychodzenia z dzieckiem z domu. Autentycznie podziwiam te matki, które suną z gracją sklepowymi alejkami czytając skład makaronu przez 5 minut, podczas gdy ich bobas lampi się gdzieś w przestrzeń albo zajmuje się dłubaniem jakiegoś elementu wózka.

Ja tego nie znam.

Na zakupach wyglądam, jakbym właśnie była w trakcie ucieczki z zakładu dla obłąkanych – włos rozwiany, rumieńce, spocona jak dziwka w kościele i kompletnie zdezorientowana.

Ostatnim razem kiedy odważyłam się pojechać na zakupy z moim ADHD Bobem, który nie usiedzi 3 sekund w jednym miejscu, do domu wróciłam w stanie wskazującym na krańcowe wyczerpanie.

Myślę, że na takie okazje powinnam sobie kupić stojak z kroplówką i aplikować tuż po przekroczeniu progu.

Albo podpinać się już w samochodzie, żeby nabrać sił tuż przed.

Nie kupiłam rzeczy kluczowych z kartki (tak, już nawet Z KARTKĄ nie jestem w stanie zapamiętać!), dostałam w pysk niezliczoną ilość razy (sama od siebie oczywiście) a na koniec miałam lekkie halucynacje i wszystkie ubrania przemoczone i nadające się do natychmiastowego prania.

Już nie zliczę tych przypadków, kiedy nie wezmę ze sobą dokumentów, zgubię coś (jak ostatnio, w przychodni mającej 5m na 5, okulary przeciwsłoneczne…) albo po prostu gadam od rzeczy bo nie umiem się skupić, przyzwyczajona do intensywnego multitaskingu na najwyższym poziomie.

Na dzień dzisiejszy czuję się jakbym miała o 10 lat więcej i czekam na moment, kiedy z czystym sumieniem zaprowadzę naszego Boba do przedszkola.

Wtedy wrócę do domu, otworzę szampana i rozsypię konfetti.

Żartuję oczywiście – od razu pójdę spać :)))

* * *

Chciałabym przy tym wszystkim zaznaczyć, że uważam za niedopuszczalne nagabywanie bezdzietnych przez te nawiedzone mamusie, które uważają się lepsze, bo posiadają swoje dziecko bądź też dzieci w liczbie mnogiej.

Hej, bezdzietni! One po prostu Wam zazdroszczą tego wolnego czasu ;)

Szumnie, tłumnie

Znowu nadszedł dzień, w którym z mojej wsi spokojnej-wsi wesołej wybrałam się do ścisłego centrum. Tym razem wycieczka do miasta podziałała na mnie optymistycznie, chociaż w tłumie ludzi już nie umiem się poruszać, a wsiadając do tramwaju włącza mi się jakiś chory nawyk zapinania pasa, więc odruchowo sięgam ręką przez lewe ramię.

W połowie drogi tej ręki uświadamiam sobie co robię i że na pewno ktoś patrzy, więc kończy się na improwizowanym drapaniu. Nie wiem o co gorzej być posądzoną w komunikacji miejskiej– o chorobę psychiczną czy o wszy.

Po dotarciu na miejsce miałam jedną rzecz do załatwienia w banku, w którym spędziłam o wiele więcej czasu niż zamierzałam. Pani, która mnie obsługiwała wpisując nasze dane w komputer chyba przy okazji dorzuciła jakiś fragment Pana Tadeusza, bo stukaniu w klawisze nie było końca. Potem nadeszło czekanie, aż coś tam jej się wgra. Trwało to całe wieki, a pani co rusz uśmiechała się pod nosem. Mam wobec tego nadzieję, że bank nie posiada naszych nagich zdjęć.

Po wyjściu wystawy sklepowe przypomniały mi, że chyba już od miesiąca trwa letnia wyprzedaż, no bo wiadomo – zima już za pasem. Nadchodzi wielkimi krokami i nie można sobie pozwolić, żeby nas zaskoczyła jak drogowców.

Nic dziwnego! Sama ostatnio wypaliłam przy śniadaniu, że JUŻ za pół roku Boże Narodzenie. Dziubas zareagował na to jedynie lekkim uniesieniem jednej brwi. Pfff, teraz się tak dziwi a za chwilę nie będzie się mógł wyrobić z kupieniem prezentów!

Punktem kulminacyjnym mojej wyprawy była spontaniczna wizyta w księgarni, gdzie  nagle miliony wspomnień runęły mi na głowę jak fortepian w kreskówkach Looney Tunes.

Studia, leniwe weekendy spędzane w kawiarniach i księgarniach, spacery po starym mieście, jesień, opadające liście i smak gorącej czekolady, zapach nowych książek i tych starych, wypożyczanych z biblioteki nieopodal. Zapachowe świeczki, grzane piwo, Frank Sinatra i babskie wieczory u Dzikiej.

Chłonęłam zawartość księgarni przez osmozę, zachwycając się większością rzeczy leżących na półkach. Wyraz twarzy musiałam mieć jak ćpunka, bo ludzie usuwali mi się z drogi.

Pomimo tego, że jestem posiadaczką czytnika e-booków, nie przestaję kupować książek. Nie umiem, nie chcę, nie wyobrażam sobie nie kupić raz na jakiś czas książki, usłyszeć szelestu przewracanych kartek i poczuć tego cudownego zapachu, którym mogłabym się zaciągać w nieskończoność. Tylko papierowa książka jest w stanie jakoś tak prawdziwie mnie wciągnąć, no nie umiem tego wyjaśnić.

Tak więc w ramach postanowienia przeczytania jakiejś lekkiej wakacyjnej lektury, zakupiłam „Wyznania spod szubienicy”.

To tylko jeden z licznych przykładów ukazujących moją żelazną konsekwencję i logikę czynów.

Oprócz tego dorzuciłam sobie jedną dotyczącą sytuacji Żydów w czasie II wojny światowej i „Młot na czarownice”.

Po tym wszystkim chyba będę potrzebować paczkę antydepresantów i butelkę szkockiej.

Póki co umieram z głodu i czekam, aż zrobi się ciemno, bo wtedy Dziubas wróci z garażu żeby zjeść kolację.

Po ciemku, jak podkreślił.

Nie wiem czy nie chce patrzeć na mnie w piżamie i bez makijażu czy woli nie widzieć co ma na talerzu.

Jeść!

Resume

Zainspirowana przez Nielubiącą Brukselki (albo Nie Lubiącą – nawet Google nie wie jak jest poprawnie!) doszłam do wniosku, że przyszedł też czas na moje podsumowanie.

W końcu wielkimi krokami zbliżają się moje 30 Urodziny – The Sequel, a zatem to dobry moment na tego typu wynurzenia.

No to zaczynamy!

1 – Od zawsze panicznie boję się węży. Od niedawna Javiera Bardena. Moja fobia miała swój początek na najnowszej części Piratów, kiedy to dziękowałam Bogu i Latającemu Potworowi Spaghetti, że nie poszłam na seans 3D, bo miałabym jak w banku problem z nietrzymaniem moczu. Po obejrzeniu „Rezydenta” mój strach się utrwalił.

2 – Jestem złym, złym, kiepskim kierowcą. Nigdy niczego nie widzę we wszystkich lusterkach naraz. Za bardzo się rozpędzam po to, żeby zaraz przyhamować. Stojąc w korku zdarza mi się „śpiewać” ku „uciesze” innych uczestników ruchu, którzy nagle mimo upału czują potrzebę zamknięcia wszystkich szyb. Kiedyś nawet przejechałam moją mamę. No dobra, nie przejechałam. Bardziej docisnęłam ją do innego auta przy cofaniu, bo z jakiegoś powodu znalazła się tuż za moim tylnym zderzakiem. Boszszsz…za każdym razem kiedy sobie to przypominam mam ochotę się spoliczkować, zakryć kołdrą i udać na pokutną pielgrzymkę. Dziubas nie wie. Bo pewnie zabrałby mi kluczyki w obawie, że jego mamę też dojadę.

3 – Nadaję ludziom różne ksywki. Na przykład nasz wykończeniowiec został okrzyknięty Mariano Italiano. Nasza architektka Isabel Marcinkiewicz. Kiedyś do mojej pracy przychodziła kobita o wyjątkowo sztywnym zachowaniu, wyniosła, dumna, choć niczego sobą nie reprezentująca. Pozostała już na zawsze wśród nas znana jako Madame-Se-Purkła. Tak, wiem, będę się smażyć w piekle. Już trudno. Jeśli myślicie, że to śmieszne, spróbujcie ich tak NIE nazwać rozmawiając z nimi przez telefon. WTEDY zaczyna się prawdziwy problem.

4 – Jestem uzależniona od słodyczy. Zeżarłabym własnego kapcia gdyby tylko był słodki. Dla mnie nie istnieje coś takiego jak cywilizowane zjedzenie jednej kostki z tabliczki czekolady. Uwielbiam karmel. Mogłabym go dodać nawet do steka i na pewno by mi smakował. Co ciekawe, kiedy przestaję jeść słodycze na kilka dni, bardzo szybko się od nich odzwyczajam i wszystko wydaje mi się nagle za słodkie. Pomimo tego obżeram się dalej, bo wyznaję zasadę, że trzeba mieć coś z życia.

5 – Uwielbiam ciucholandy. Zwiedzam każdy na swej drodze i w większości przypadków udaje mi się znaleźć coś super. Mam fioła na punkcie dobrego ubierania się, oglądam czasami jak Trinny i Susannah ubierają ludzi i twierdzę od zawsze, że „jak cię widzą, tak cię piszą”. Jestem zakochana w butach i nic tego nie zmieni. 

6 – Jestem ogromnie niecierpliwa i w gorącej wodzie kąpana. Wszystko muszę mieć, już, teraz, zaraz, NATYCHMIAST! Dziubas jest pod tym względem moim przeciwieństwem, stąd przed wychodzeniem z domu pojawiają mi się nad głową niemieckie napisy. Tak, zdaję sobie sprawę z tego, że są momenty, kiedy brakuje mi tylko karabinu i owczarka przy nodze dla wzmocnienia przekazu. Oczywiście owczarka niemieckiego.

7 – Nie umiem pływać. Nie wyobrażam sobie sytuacji, w której mogłabym zanurzyć łeb pod wodę i zachowywać się jak gdyby nigdy nic. Dziubas kiedyś próbował mnie nauczyć. Przeszło mu, kiedy zaczęłam odstawiać cyrk w wodzie po pas, krzycząc, żeby mnie nie wciągał na siłę, bo będę płakać. Swoje wodne przygody ograniczam do brodzenia w miejscach przeznaczonych dla dzieci. Najśmieszniejsze jest to, że uwielbiam żeglować i wcale się nie boję, że wpadnę do wody. Nawet kiedy jest lekki sztorm i przechyły.

8 – Jestem stuprocentowym mięsożercą. Jednak nie jestem w stanie zjeść żadnych flaków, wątróbek, ozorków ani innych tego typu atrakcji. Na samą myśl mam odruch wymiotny. Taktyka w stylu „powiemy jej co to było jak już zje” nie działa. Nie tknęłabym też tatara, chociaż każdą rybę jestem w stanie wsunąć całkowicie na surowo bez żadnych oporów.

9 – Marzy mi się wycieczka do Stanów, ale musiałby mnie ktoś uśpić i przewozić gdzieś w ładowni w klatce, razem z innymi zwierzątkami. Nie znoszę latać, tuż po zajęciu miejsca w samolocie włącza mi się tryb „OmójBożeWszyscyZginiemy!” i nie umiem się wyluzować w trakcie trwania całego lotu. Nawet kiedy trwa kilka dobrych godzin. Po takim doznaniu jestem wykończona, mam zmęczone szczęki od zaciskania zębów, spięte wszystkie mięśnie i padam na pysk jakbym właśnie stoczyła walkę z najtwardszym zawodnikiem MMA.

10 – Jedną z rzeczy, która śmieszy mnie zawsze najbardziej, jest przekręcanie przez ludzi wyrazów. Do dziś rechoczę, kiedy przypomnę sobie niektóre wypowiedzi mojej Big Sis, która jest w tej dziedzinie mistrzynią. Przy całej tego świadomości, sama zresztą się z tego śmieje. I tak, po serii rewelacji typu „Omen-omen” (zamiast „nomen-omen”), „W Rosji teraz chyba rządzi RASPUTIN” czy „warunkach sanitarnych” (zamiast sterylnych), powiedzmy, że przywykłam. Od jakiegoś czasu pierwsze miejsce zajmuje jednak Mama-Wu, nazywając sklep Jysk – DRZYZG.

To co kobitki? Teraz Wasza kolej!

Wyznajemy, przyznajemy się bez bicia i opowiadamy jak na spowiedzi! :)

Siku, jedwab i unijne załączniki

Matko, ten tydzień zleciał tak szybko, że nie zauważyłam kiedy zrobił się piątek! Upał, sauna, gorąco jak nie wiem, co a tu tyle wrażeń!

W środę, przed wyjściem do Dziubasowej pracy postanowiliśmy, że jednak oddajemy te lampy, które kupiliśmy jakiś tydzień temu. Te, które wybieraliśmy od pół roku. O które walczyliśmy na każdym dziale oświetlenia w każdym supermarkecie budowlanym.

Normalnie dziwię się, że nie mamy zakazu wstępu do większości tych sklepów, a nasze zdjęcia nie są rozsyłane do sieci w całym kraju.

Tak więc kiedy już lampy wybraliśmy i wydawałoby się, że poszło dość gładko, okazało się, że mamy nie to, co potrzeba, bo – uwaga!- nie posiadają w środku flaków pasujących do naszego WŁĄCZNIKA ŚWIECZNIKOWEGO. Czy coś w ten deseń.

Okazało się, że na dzień dzisiejszy żadna lampa go nie posiada, gdyż Unia Europejska zakazała tego diabelskiego nasienia ze względów bezpieczeństwa podczas montażu.

Bosko.

Następnym krokiem jak mniemam będą niezapowiedziane wizyty inspektorów unijnych w celu sprawdzenia, czy posiadamy w łazience maty antypoślizgowe, żeby nie zrobić sobie krzywdy przy wychodzeniu spod prysznica.

Miły pan, który przez dwie godziny dzień po dniu! (Tak, spędziliśmy cały weekend wybierając lampy!) skakał po drabinie ściągając je z półek i dobierając do nich żarówki, na nasz widok zrobił minę, która sugerowała, że chce natychmiast stąd uciec przez najbliższą szybę wystawową, rzucić pracę, zażyć fiolkę relanium i zamknąć się w szafie na tydzień.

Innym razem, idąc do dentysty przez rejon miasta, którego nie znoszę (oj, bo pracowałam tam kiedyś i źle mi się kojarzy…) postanowiłam nie rzucać się w oczy, żeby przypadkiem nie spotkać kogoś, z kim musiałabym rozmawiać, przesunęłam się na drugą stronę chodnika i starałam się wyglądać incognito.

Oczywiście nie bardzo wiedziałam jak się to robi, więc po prostu przyspieszyłam.

Kilka sekund później, w ramach nie rzucania się w oczy, skakałam po ławce z półtorametrową miotłą w ręce, zrzucając dziewczynce piłkę z drzewa.

WCALE nie było mnie widać.

W poczekalni u dentysty dowiedziałam się z jakiegoś designerskiego magazynu, że istnieje jedwab bananowy. Do tej pory myślałam, że jedwab to jedwab – z pup gąsienic, a tu proszsz. Oczywiście musiałam od razu sprawdzić co to takiego i czemu dywany z tego są takie ekskluzywne. A Dziubas na przykład w ogóle nie był ciekawy.

I proszę jaka ignorancja w kwestii trendów w urządzaniu domu!

W zamian poszedł „obsikać temat flizowania”, jak to obrazowo ujął, i od kilku dni siedzi w garażu układając na ścianie płytki.

Dzięki temu jestem taką słomianą wdówką, że ta słoma zaczyna mi wyłazić z butów.

Czy dobrze mi się wydaje, że jutro już weekend?

Wstawaj nie udawaj!

Chyba coś się komuś pomyliło.

Albo ja coś przeoczyłam.

Choć wersja najbardziej prawdopodobna to ta, że powiedziałam dziś wieczór głośno „Ok, Bobo poszedł spać, to ja sobie teraz ODPOCZNĘ.”

Nie dałam się sprowokować sielską-anielską wizją targania kosiary po wyboistych stokach naszego pseudo-ogrodu.

Ani staniu nad Dziubasem w garażu kiedy on będzie malował ścianę folią w płynie (Daję słowo, do niedawna nie miałam pojęcia, że folia plus woda nie oznacza złotej rybki niesionej do domu z zoologicznego…).

Nie skusiło mnie też 743509 pranie w tym tygodniu. Tak, jestem świadoma faktu, iż mamy wtorek. W tej strefie czasowej.

Nie.

Postanowiłam, że biorę prysznic, jem kolację o stosownej porze, a potem oglądam Dzwonnika z Notre Dame, bo nigdy tej bajki nie widziałam i nie mogę przestać o niej myśleć odkąd usłyszałam ścieżkę dźwiękową.

I wtedy się zaczęło.

Najpierw do domu wszedł Dziubas – ten sam Dziubas, który wyszedł z niego 30 sekund wcześniej i oświadczył, że kąpania nie będzie, bo on coś robi z rurą (mam nadzieję, że nie tańczy na niej wieczorami w garażu, bo w sumie spędza w nim ostatnio dużo czasu i wraca dość zmęczony…) i musi wyłączyć wodę.

Postanowiłam, że przeczekam, zajmę się czymś innym. Zadzwoniła Szalikowa, więc na fajnej (i długo wyczekiwanej) rozmowie czas miło zleciał.

Wchodzę do pokoju, wyciągam piżamę i ładuję się do łazienki.

Wchodzi Dziubas i prosi, żebym mu odkręciła jeszcze raz tą wodę, bo on zakręcił i nie wie czy coś nie kapie.

Odkręcam, nie kapie.

Wracam do łazienki.

Udaje mi się wziąć prysznic, chociaż nie udaje mi się wziąć więcej niż jednego ręcznika z szafy po drodze, więc wycieram się jak mogę takim nieco większym od ścierki. Góry od piżamy też nie mam, a nie ma mowy, żebym chociaż na sekundę założyła tą „zużytą” po całym dniu koszulkę. Jedyny dostępny ręcznik w formacie A4 mam na głowie. Mokry. Od włosów.

No to zakrywam się jak mogę i wychodzę do pokoju po coś do zarzucenia. Wszystkie rolety podniesione, okna otwarte, jeszcze jasno, ludzie spacerują z dziećmi, a ja kucam jak partyzant i przegrzebuję szufladę goła do połowy, bo nagle okazuje się, że nie ma w niej nic. Coś mi wzięło i zeżarło wszystkie podkoszulki.

Ostatecznie znajduję i zadowolona wstaję i zarzucam go na siebie, zapominając już, że okna, że dzień, że jasno i ludzie, więc pewnie już zyskałam sobie opinię wiejskiej jawnogrzesznicy. Pfff, zyskałam. PODTRZYMAŁAM. Zyskałam jakiś czas temu, kiedy pół wsi lampiło się na mnie w kościele, bo miałam na sobie czerwoną szminkę i biżuterię. Nie kwiecisty wór pokutny jak reszta kobiet w wieku 30 plus.

Trudno. Życie.

Zrobiłam kolację, siadam.

Włączam Dzwonnika.

Dzwoni telefon.

Nasza Specjalistka od Obejścia.

15 minut nie moje, bo robi się akurat bardzo rozmowna (jak nigdy dotąd).

W międzyczasie Dzwonnik leci sam dla siebie, ja tęsknym okiem patrzę na jedzenie a za oknem nagle pojawia się Dziubas i prosi o nożyczki.

Matko…dom wariatów.

SIADAM. Decyduję, że po 21 mój telefon już zawsze będzie wyłączany, na oczy zakładam kapki i wkładam do uszu stopery.

Wchodzi Dziubas. Żebym pomogła zwinąć taką jedną siatkę, bo sam nie da rady.

Siatka zwinięta, zadania wykonane, uprzejmie oświadczam wszem i wobec, że odmeldowuję się już, koniec, kropka, nie ma mnie.

Drogi Pamiętniczku, jest 21.40 chociaż jak zaczynałam odpoczywać była 19.40.

Życie jest niesprawiedliwe.

A w TV znowu leci film z Seagalem.

A ja siedzę na kanapie i nerwowo spoglądam to na drzwi, to na telefon i zaczynam mieć pierwsze objawy paranoi i poważne stany lękowe.

Chyba się położę i będę udawała, że śpię, dopóki Dziubas nie zalegnie koło mnie.

Bo wtedy, zamiast spać, zawsze włącza mi się tryb konwersowania…Zemsta nadchodzi! ;) 

Gardłowa sprawa

Jakże cudowny początek tygodnia, zaczynający się nieodmiennie poniedziałkiem (nie chce być inaczej…) przywitałam bólem gardła nie z tej ziemi.

Przeziębiłam się w upale.

Po prostu rewelacja.

A w zasadzie to nie przeziębiłam, tylko odwodniłam i zmęczyłam. Dziś rano wstałam z objawami konkretnego kaca. Oczywiście nie przypominam sobie żebym piła cokolwiek alkoholowego. Chyba, że na imieninowym obiedzie u Mamy-Wu ktoś wlał mi jakiegoś burbona do zielonej herbaty.

Od biegania za przeróżnymi rzeczami bolą mnie wszystkie mięśnie. Boli mnie też chyba skóra głowy. Jeśli to możliwe.

Przegrzaliśmy się całkowicie, przemęczyliśmy i w związku z tym poszliśmy spać wczoraj o dwudziestej. To nic, że było jeszcze całkiem jasno.

Oczywiście wstaliśmy niewyspani.

Wyglądam dzisiaj jakbym piła przez ostatnie 3 dni, mam podkrążone oczy, rumieńce na twarzy i półprzymknięte oczy.

Po prostu cud, miód i orzeszki.

Do tego sterczą mi spięte włosy, bo wczoraj, w ramach traktowania ich w sposób humanitarny, spaliłam je lokówką. Po tym upiększającym (?) zabiegu stworzyłam sobie na łbie takiego pudla, że oczywiście musiałam to jakoś upiąć. Te części, które zwisnęły, przypominały bardziej progi niż fale.

Wymyśliłam sobie do tego kocie oko eyelinerem, który co rusz w tym upale się rozmazywał, więc co jakiś czas musiałam sprawdzać czy nie wyglądam jak panda albo ofiara przemocy domowej.

No bo co jak co, ale niestety makijaż w wersji minimum muszę mieć. Bez zakrytych rumieńców i z niepodkreślonym okiem wyglądam jakbym kilka ostatnich nocy nie spała, tylko przeryczała.

Co najlepsze, zaraz po powrocie do domu muszę wszystko zmyć bo wydaje mi się, że mam na twarzy kilo tynku i moje komórki umierają bez dostępu powietrza.

Whatever.

Tak czy inaczej, z utęsknieniem czekam na to, aż ten dzień się wreszcie skończy, ktoś wyciągnie mi te szpile z gardła i kupi mi coś słodkiego, bo w domu wszystko słodkie się skończyło.

No dobra, nie wszystko, ale w szufladzie jest czekolada, którą kupiłam Dziubasowi na dzień ojca, więc wiadomo, że jej nie otworzę.

Ech…

Włochate myśli

Muszę koniecznie zapuścić włosy!

Pomyślałam tak od razu, kiedy wyszłam od fryzjera. A raczej mojej fryzjerki. W zasadzie nie tylko mojej – NASZEJ, bo liczba chodzących do niej dziewczyn z mojego grona zwiększa się chyba z dnia na dzień.

Oczywiście już od miesięcy czekałam na ten moment, kiedy nareszcie usiądę w fotelu i B. uruchomi swoje latające nożyce żeby pozbawić mnie jakichś 20cm włosia. Myślałam o tym codziennie, marzyłam wieczorami, przeglądałam mnóstwo zdjęć i w końcu zdecydowałam się na tą jedną jedyną fryzurę. Nie za długo, nie za krótko, w sam raz.

Nie chodzi bynajmniej o to, że jestem z tej hmm…”usługi” niezadowolona. (Boszszsz…właśnie przypomniało mi się, jak ostatnio na hiszpańskim powiedziałam mojej super lektorce, że jestem książką a następnie zapytałam „Komu tańczysz?”…Naprawdę, NAPRAWDĘ nie powinnam obcować z ludźmi…). Fryzura 100% jak ze zdjęcia, tylko ja w niej wyglądam jak pół dupy zza krzaka.

Chociaż tym razem nie musiałam niczego przyklepywać po wyjściu z salonu. Bo zazwyczaj B. mówi, że „podnosimy włosy!” i kiedy spoglądam w lustro mam wrażenie, że wyglądam jak hrabia Dracula albo inna narzeczona Frankensteina.

W zimie sytuacja jest prosta, bo mam ze sobą czapkę. Ma się rozumieć, że zakładam ją w konspiracji, kiedy już oddalę się trochę od salonu, żeby nie było, że B. się nade mną napracowała a ja niszczę dzieło sztuki.

Inne pory roku sprawiają, że przemykam po cichu ulicami przylizując się na każdym kroku, bo mam wrażenie, że wszyscy dookoła się gapią i szeptają do siebie pokazując na mnie palcami „Boże, widziałaś ją? Ale ma włosy, nienormalna jakaś!”

Tak, wiem. WIEM. Mam problem. No i co z tego?

Chociaż podobno przyznanie się do tego, że posiada się problem, to pierwszy krok do sukcesu.

Dziubas natomiast problemu nie widzi.

Może to i dobrze? Pewnie lepsze to, niż gdyby skomentował moją nową fryzurę np. „O matko, coś Ty ze sobą zrobiła?!” albo „Kim jesteś i czemu zeżarłaś moją żonę?!” (To w wersji, w której fryzura dodaje mi tez kilogramów na twarzy)

Dziubas za każdym razem na moje eksperymenty z włosami reaguje tak samo: Najpierw patrzy od niechcenia nieobecnym wzrokiem, a potem pyta „Jesteś zadowolona?” – wtedy ja odpowiadam (jeszcze pełna uniesień po nawdychaniu się tych różnych odżywek i lakierów), że tak, na co on rzuca hasło ostateczne, kończące rozmowę: „To najważniejsze”.

Dziubas problemów ze swoimi włosami nie ma. To niesprawiedliwe. On obcinanie włosów traktuje tak prozaicznie jak tankowanie samochodu. Co w oczywisty sposób dowodzi, po raz kolejny zresztą, że mężczyźni mają łatwiej.

Ostatnio, kiedy wieczorem starałam się wyciągnąć z niego komplementy i usłyszeć jakąś świetlaną wizję nas razem w przyszłości, zapytałam go:

- I jak to będzie Dziubas, zestarzejemy się razem?

- Zestarzejemy! – Zakrzyknął bez chwili wahania obolałym głosem. – Ja pierwszy osiwieję!

Ech…Idę pooglądać zdjęcia hippisów.