Ja codziennie rano…

Boszsz…odprałam się. Trochę. To oczywiście nie tak, że kosz na brudy stoi pusty, bo taki stan rzeczy nie istnieje, ale widać w nim dno, więc wszystko zmierza ku lepszemu.

Korzystałam też z urlopu Dziubasa, który niestety dziś dobiegł końca. Ze smutku wstawiłam dwa prania. Na więcej nie mam miejsca na suszarkach.

Dwa tygodnie Dziubasowego wolnego zleciało jak jeden dzień, ale udało mi się nawet mieć w tym wszystkim pół dnia dla siebie. Co prawda akurat na zewnątrz była ściana deszczu, więc przyszło mi się włóczyć po galerii handlowej ale byłam tak szczęśliwa z powodu tego włóczenia, że początkowo wydawałam nawet dźwięki podobne do mruczenia.

Kupiłam dwie pary spodni w H&M za 60 zł (obie takie same – dokupię jeszcze 10 i będę mieć szafę jak ten gość w horrorze „Mucha”…) i bordową bluzkę w drobne białe kropeczki, która tak mi się skojarzyła z sielanką, pierniczkami i Bożym Narodzeniem, że musiałam ją mieć. Dziubas stwierdził, że wyglądam jakbym się wybierała na wiejskie haftowanie serwetek albo herbatkę w świetlicy. Tak więc ciuch ułatwiający wtopienie się w otoczenie – zaliczony!

Dzień później, siedząc w poczekalni u mojego lekarza (endo), zwanego przeze mnie pieszczotliwie Hannibalem Lecterem, słuchałam jak pielęgniarki w socjalnym za ścianą omawiają ze szczegółami wszystkie wypadki w swoich rodzinach, nie oszczędzając detali typu odcięte palce czy drut wbity w nogę po samo kolano. Boszsz…nie cierpię tego miejsca! Zawsze zastanawiam się, czy nikt jeszcze nie zwrócił im uwagi, żeby zamknęły drzwi albo chociaż rozmawiały ciszej. Kilka dni później moja mama opowiedziała mi historyjkę o kobiecie z naszej klatki, która właśnie zmarła, ubarwiając swą opowiastkę detalami choroby i sytuacją rodzinną.

Ma się rozumieć, że dół rozmiarów Wielkiego Kanionu osiągnęłam w sekundzie i do końca dnia denerwowało mnie już wszystko.

Ja nie wiem co w tym jest, że ludzie tak kochają opowiadać sobie o śmierci, chorobach, zabójstwach i innych takich przyjemnostkach. Od zawsze uważam to za obrzydliwe, wstrętne i patologiczne, a już na pewno sama nie chcę ani inicjować ani brać udziału w takich dyskusjach.

Z dalszych nowinek udało nam się odzyskać dowód rejestracyjny Dziubasowozu – po dwóch tygodniach zamiast jednego, no ale kto by się tym przejmował. No doprawdy, zawsze mi się wydawało, że przesłanie dokumentu z jednego urzędu do drugiego zajmuje kilka dni, ale nasz dowód najwyraźniej podróżował przez Botswanę, robił zdjęcia i zbierał kolorowe magnesy…Dzień przed jego odebraniem Dziubas za to dostał smsa od Wróżbity Macieja (Kto rozdaje nasze numery w takie miejsca?!), w którym poinformował go, że ma dla niego dowód na wygranie pieniędzy. Stwierdziłam z niechęcią, że wystarczyłaby informacja „mam dowód” (rejestracyjny ma się rozumieć) i w obecnej sytuacji ucieszyłby nas ten fakt.

Podczas kolejnej ulewy, wracając ze śpiącym Bobem na siedzeniu obok, przechodziłam stan przedzawałowy, bo wydawało mi się, że zepsułam Szprota. Dudnienie, które narastało za każdym razem, kiedy wrzucałam piątkę, podsuwało mi wizje zalanego silnika, zepsutego łożyska, auta stojącego na poboczu na awaryjnych i zatrzymującego się w celu pomocy seryjnego mordercy. Okazało się oczywiście, że to dudnienie to WYCIERACZKI. Kiedyś się wykończę psychicznie, słowo daję…

Wczoraj natomiast dzień spędziliśmy w mieścinie niedaleko naszej na plenerowej imprezie historycznej, o której Dziubas trąbił już od początku zeszłego tygodnia. A raczej od wtorku, kiedy wpadł do pokoju z rozwianym włosem i obłędem w oczach krzycząc, że MUSIMY w niedzielę jechać na wielką RE PRO DUK CJĘ. Luz. Moja mina chyba należała do tych z gatunku bezcennych.

A teraz Bobas śpi, ja siedzę w moim pokoju i wyglądam przez okno. Jeszcze zielono. Już chłodno. Mam ochotę na kubek gorącej czekolady i na poczytanie tych 4 książek, które czekają na swoją kolejkę.

A tak naprawdę spać. Spać mi się chce.

PS. Kiedy wpiszę w google „Ja codziennie rano”, podpowiada mi „BIEGAM PO NIEMIECKU.” Wiecie coś na ten temat?! 

Podróże małe i duże

Wróciliśmy nareszcie do domu, po tygodniowej tułaczce nad naszym zacnym morzem. Pogoda była naprawdę w porządku, chociaż wszyscy dookoła straszyli nas ulewami – tak więc oświadczam wszem i wobec: nic się nikomu nie ulało. Chociaż przy okazji muszę wyznać szczerze, że opalenizny też żadnej nie przywieźliśmy. Tylko kilogramy prania i piachu.

Wszystkich zainteresowanych zapraszam poniżej na wielki skrót wydarzeń! Zabierzcie ze sobą mocną kawę!

Dzień 1 – Po dotarciu na miejsce wyobrażamy sobie już tylko i wyłącznie odpoczynek, relaks i drinki z palemką. BŁĄD! I to taki podstawowy! Aż wstyd, że my – zawodowi i zaprawieni w bojach rodzice potrafimy tak stracić czujność i puścić wodze fantazji, kiedy byle hotel zamachał nam obiadem przed nosem. W Boba już pierwszego dnia wstępuje jakiś huragan Irma i postanawia nagle włączyć tryb Turbo ADHD. Po spacerku nad morze postanawiam ściągnąć swoje i jego buty i delikatnie zamoczyć stopy. Bobo – jak to Bobo – wskakuje w fale z całym impetem a potem SIADA w wodzie. Zawody kończą się przebieraniem w suche rzeczy na środku plaży z tłumem gapiów dookoła.

Dzień 2 – Bob wstaje godzinę wcześniej niż normalnie i ma w dziobie dwa smoczki naraz. Już wiadomo, że spania nie ma i zapowiada się ciekawy dzień. Czekam aż Dziubas naprawi dachowy bagażnik, w którym nagle zepsuł się zamek. Postanawiam zabrać Boba na plac zabaw. Po posadzeniu go na zjeżdżalni doczepionej do jakiegoś domku, małpiego gaju czy jak to zwać, Bob ucieka mi DO GÓRY, włazi do domku, pędzi na czworakach w stronę najwyższej zjeżdżalni i zjeżdża głową w dół. Ja chyba mam wszelkie oznaki zawału, Bob się cieszy, bo zjechał dziobem w piach.Chcę wyciągnąć Dziubasa na Hel, bo podsłuchałam, że o 11 ma być karmienie fok, na co on pyta mnie, czy jestem głodna. Nie jestem. Ostatecznie zwiedzamy tę mieścinę, zwaną od tej pory przeze mnie Jastrzębią Dziurą, w której nie ma normalnych chodników i jemy wędzone ryby, po których potem nam niedobrze. Popołudniu, kiedy zalegam na chwilę w łóżku, przeciągając się z zadowoleniem, Dziubas podsumowuje, że niepotrzebnie tyle jechaliśmy na wakacje, skoro wystarczy mi do szczęścia rozłożone łóżko. Nie chcę głośno potwierdzać, bo jeszcze by się zniechęcił.

Dzień 3 – Zwijamy z Helu Lindę (bo akurat jest na wakacjach w tym samym czasie co my) i wypływamy w rejs skrzypiącą łajbą. Po rejsie udajemy się na obiad, na którym, wedle mojego wyjazdowego postanowienia, zamawiam rybę, upierając się przy turbocie. Nareszcie dostaję go na talerzu, usmażonego na złoto, chrupiącego i ZE WSZYSTKIMI WNĘTRZNOŚCIAMI na swoim miejscu. Udaje mi się nie zwymiotować, rybę zjada Dziubas, a ja myślę o najdroższych chipsach świata, które zostały w aucie. Kupionych przez Lindę za 8.15 w pobliskim sklepie. OSIEM PIĘTNAŚCIE. Boszsz…będąc na studiach można sobie ułożyć za to życie na nowo…

Dzień 4 – Dziubas w końcu udaje się na swój upragniony windsurfing i wraca bez dowodu rejestracyjnego. Okazuje się, że przegląd techniczny jest nieważny od dobrych paru miesięcy. A że biedny Dziubaśnik miał pecha i wyprzedził nieoznakowany radiowóz, mogliśmy się o tym dowiedzieć, za co był niezmiernie wdzięczny i podbudowany. Moich przygód z rybami ciąg dalszy – dłubałam w pstrągu pół godziny wyciągając milion ości, jakbybm conajmniej rozszczepiała atom. Oczywiście, kiedy okazało się, że jakąś przeoczyłam i chciałam elegancko wyciągnąć sobie to z twarzy i zawinąć w serwetkę, naprzeciwko mnie stanęła kelnerka. W ramach wieczornego relaksu jedziemy na wycieczkę rowerową i korzystając z Bobowej drzemki, wyciągamy mu na środku ulicy z nosa aliena. Na koniec dnia patrzę z podziwem na Dziubasa, który wypłukuje z miski resztkę gorącego kubka piwem i popija to wszystko mlekiem. W nocy to MNIE budzi ból brzucha. Świat jest niesprawiedliwy.

Dzień 5 – Budzę się z kaktusem w gardle, bo zawiało mnie na rowerowej wycieczce i mam głos jak nałogowa palaczka z trzydziestoletnim stażem. Z racji tego, że przestało wiać, więc Dziubas nie ma jak surfować, jedziemy na Kaszuby. Podróż zajmuje nam – bagatela – półtorej godziny w jedną stronę. Na miejscu lepimy z gliny miskę i wazonik, płacimy za to fortunę i wracamy do hotelu kolejne półtorej godziny. Odechciewa nam się lokalnych wycieczek. Chwilowo. Bo w drodze powrotnej zwiedzamy jeszcze Puck, który ma cudny malutki ryneczek. Wracamy padnięci.

Dzień 6 – Dziubas surfuje, więc pędzę z Bobem do sklepu oddalonego o jakieś 467798875943 kilometrów od hotelu. Obiecuję sobie już więcej tu nie przyjeżdżać. Po obiedzie idziemy na plażę ale wracamy po chwili, bo zaczyna padać deszcz. Pod wieczór Bob osiąga apogeum swej nadpobudliwości, więc ładujemy go do auta i jedziemy do Władysławowa, które bardzo mi się podoba. Zastanawiam się, czemu tam się nie zatrzymaliśmy i jestem pod wrażeniem wszystkiego, spacerując po deptaku na plaży. Dziubas jest rozczarowany, bo w sklepie nie mają piwa Władek, którego chciał spróbować. Wracamy do pokoju, my padamy, Bob niekoniecznie.

Dzień 7 – Wstajemy przywitani przez orkan Sebastian, więc pakujemy torby. Stop. JA pakuję naszą trójkę jakąś godzinę ptrzed śniadaniem i zmęczona padam na łóżko. Wychodzi słońce, więc Dziubas sugeruje, żebbyśmy jednak zostali jeszcze jeden dzień. Szczenę mam na ziemi a oczami ciskam gromy, ale zgadzam się na taką opcję i wyruszamy w drogę. Za jednym zamachem zwiedzamy Oliwę (akurat trafiamy na pokaz muzyki organowej w przepięknej katedrze a potem spacerujemy po ślicznym parku), Sopot (czyli molo – droga po dechach tam i z powrotem w tłumie turystów) i Gdynię (w której nie ma się gdzie wysikać, ale pomimo to oglądamy wnętrze ORP Błyskawicy). W drodze powrotnej gubię telefon gdzieś pod siedzeniem i nie mogę go wydostać. Zatrzymujemy się w Mc Drive, gdzie przez okienko pan pracownik widzi jak podjeżdża mój kuper (bo klęczę na siedzeniu i próbuję się schylić) a potem widzi jak wkładam sobie głowę między wyprostowane sztywno do przodu nogi. Zamawiam filet rybny, który okazuje się być OCZYWIŚCIE na tyle problematyczny, że każą nam zaparkować kawałek dalej, bo ktoś tam nam to jedzenie WYNIESIE. Dziubas obstawia, że mają taki zakład – przegrany, który nie obstawił zamówienia rybnego w danym dniu, wynosi klientom jedzenie na zewnątrz. W końcu jedzenie dostajemy, a ryba nie ma smaku.

A teraz już tylko pranie, pranie i jeszcze raz pranie. Bo znad morza przywieźliśmy sobie na pamiątkę góry. Brudów.

Turystyczna piosenka – na dobre i na złe!

„I mocz powietrze tnie jak kryształowy miecz

Nie zrobię kroku w tył, nie spojrzę nigdy wste-e-eeecz!”

Mam tę moooc!

Jesteśmy spakowani!

No, prawie. Poza tymi rzeczami, które jeszcze nie są a być powinny. No ale siedzę tu i piszę, a jak wiadomo nic nie robi się samo.

Dziubas tym razem nawet pomógł przy pakowaniu – zainstalował bagażnik na Dziubasowozie, dolał do niego oleju, ściągnął audiobooka na drogę (to naprawdę nic, że w domu nie mamy żadnej czystej płyty CD…) a potem położył się pod stolikiem koło kanapy i akceptował rzeczy, które mu pakowałam. Jak znam życie zacznie dopakowywać swoje rzeczy około 23.00 kiedy ja będę chciała spać. W międzyczasie Bob wchodził na ten stolik a potem na torby z wyprasowanymi rzeczami. Trudno.

Okazuje się, że z każdym wyjazdem wzrasta ilość rzeczy mi potrzebna, a raczej NIEZBĘDNA, bo torbę mam już wypchaną tak, że pęka w szwach, a obok leży stosik, który jeszcze nie wiem gdzie wpakuję. Próbowałam wepchać coś do Bobasowej torby, ale on już ma full.

Obstawiam, że za kilka lat będziemy musieli wziąć na raty jakiegoś tira, bo będę chciała zabrać z nami cały dom. A pomyśleć, że kiedyś wyruszałam na 10 dni ze średniej wielkości plecakiem, boszszsz…w młodości człowiek jest nienormalny.

Żeby nie było, tym razem też nie jedziemy do żadej głuszy, a wręcz jedziemy z zadupia do cywilizacji. Może to taki paradoks, że tam, gdzie jest na miejscu wszystko, trzeba też wszystko zabrać ze sobą. Bo myśli, że się starzeję i mam początki alzheimera, staram się do siebie nie dopuszczać.

Podsumowując, muszę jeszcze gdzieś upchnąć: dwie kosmetyczki (z tego na plus-minus 15 rzeczy, Dziubas ma JEDNĄ…), basenowy stuff Dziubasa, moje dokumenty i portfel (doprawdy, drobiazg…) i Bobowego Świeżaka (zielony groszek, który na mój gust wygląda jak niedojrzały banan), kolorową piłkę i skrzynkę z plastikowymi narzędziami (ulubiona zabawka odziedziczona po kuzynie).

Plan jest taki, żeby wyjść z domu o szóstej rano (czyli w nocy…) żeby zdążyć przed korkami. Lista rzeczy, które trzeba zrobić przed wyjściem ma kilkanaście punktów, więc jako godzinę realną obstawiam 9.30.

Jest 21:30 a ja w sumie jestem wypruta, zmęczona, bolą mnie nogi, obżarłam się (jak zwykle na wieczór…) i narzekam jak stara baba. Na dodatek żegnając się dziś przed tygodniowymi wczasami z moją mame wpadłam w takiego doła, jakbym conajmniej miała wyprowadzić się już na zawsze na druga półkulę…to chyba przez tą ponurą pogodę, akurat zanosiło się na deszcz.

Tak więc to już chyba to, moi drodzy. NARESZCIE. Odezwę się znad morza, jak tylko uda mi się złamać hasła do Dziubasowego laptopa (w losowaniu któego bierzemy zwyciężył ten jego, bo jest w wersji mini).

Do usłyszenia! :)

P.S. Boszsz…naprawdę rzuca mi się na mózg, chyba zbyt długo nigdzie nie wyjeżdżałam i stąd ta egzaltacja…

Friday I`m in love

Czy ja już kiedyś wspominałam, że u nas nigdy nic nie może być normalnie?

Nie??

No to proszszsz.

Dzisiaj, wtorek, godzina około 14-tej. Siedzę pomiędzy trzema torbami, dopakowując starannie wyliczone na wyjazd gatki, skarpetki i inne koszulki. Bobo lata za piłką, moje Mame za Bobem.

Dzwoni telefon – Dziubas. I tu pada pytanie, które przeciąga mnie przez granicę świadomości, a mianowicie, czy mogłabym zadzwonić do hotelu i przełożyć nasz wyjazd na piątek, bo manager chce go zatrzymać jeszcze w pracy.

Piątek, piątek, PIĄTEK, P  I  Ą  T  E  K!!!

Ten piątek, ZA TRZY DNI.

Matko jedyna, gangu świeżaków i Magdo Gessler razem wzięci!

Chyba śnię, bo świat wokół zaczyna wirować.

Zaczynam w głowie wyliczankę: myju-myju, chlastu-chlastu, nie mam rączek jedenastu. Nie mam też już wypranej większej ilości bielizny, więcej jedzenia w lodówce, ani więcej ziemniaków na jutrzejszy i czwartkowy obiad.

W głowie nagle zaczyna mi lecieć melodia „Workin` 9 to 5…” i przed oczami tańczy bóbr z wyjątkowo – nawet jak na bobra! – wystającymi zębami.

Zadzwoniłam, przełożyłam, przeklęłam wszystko, na czym świat stoi, na czele z zacnym managerem. Przy okazji obiecałam sobie na przyszłość, że kiedyś kupię najbrzydszego psa na świecie, zezowatego, szczerbatego albo w ogóle z trzema ryjami i nazwę go imieniem tegoż uprzejmego jegomościa.

Wieczór, który miałam poświęcić na dopakowanie toreb, spędziłam na czyszczeniu odpływu brodzika, który postanowił się zatkać, i miałam ochotę zatłuc się butelką Domestosa. W skrócie czułam się jakbym wyszarpała stamtąd za kudły dziewczynkę z Ringu.

Jutro jest środa. Środa, nie piątek. Do wyjazdu zostały dwa długie, nudne dni, podczas których powinniśmy już się obżerać i paść jodem.

Help! Ma ktoś prozac?!

W sumie o sumie

W sumie pojutrze wyjeżdżamy, a ja kupiłam odrobinę za mało jedzenia na drogę. Bo przecież na pewno w lodówce mamy jeszcze tyyyle, więc trzeba zjeść, bo się zepsuje. W lodówce nie ma nic oprócz niezjedzonego słoika Boba i przeterminowanego jogurtu. Punkt dla lodówki, minus dla mnie. Wniosek: jeść mniej masła, skleroza będzie mniejsza.

W sumie został już tylko jutrzejszy dzień na konkretne spakowanie się, zarzucenie na dach bagażnika, skoszenie tego kawałka trawy po prawej stronie, posprzątanie, wyprasowanie i zrobienie kanapek. Jutro ma tyle godzin, co każdy przeciętny dzień, a ja nie wyhodowałam jeszcze w kuprze trzeciej ręki (czwartej i piątej tym bardziej), nie wyrosło mi na czole trzecie oko ani nie posiadam nadal żadnego czasowstrzymywacza. Wniosek: trzeba rzucić wszystko i jechać w Bieszczady.

W sumie na następne dwa tygodnie zapowiadają w całej Polsce deszcz, deszcz i jeszcze raz deszcz. Będzie zimno, mokro i wietrznie, będzie sennie-jesiennie. Nie złoto-jesiennie jakby ktoś miał jeszcze jakieś wątpliwości. Wniosek: Na pewno się nie odwodnię i nie przesuszy mi się skóra.

W sumie drugi dzień chodzę z rękami jak zaawansowany grzebacz śmietnikowy, bo po pierwsze jadłam słonecznika a po drugie poodpryskiwał mi lakier. Klasa, klasa i jeszcze raz klasa. Czasu na ogarnięcie paznokci mój harmonogram na jutro jak na złość nie przewiduję, więc zetnę je sobie sekatorem i będę ryczeć, że mam krótkie i nie mogę zapuścić. Wniosek: wygrzebać rękawiczki. Nie ze śmietnika.

W sumie, to za każdym razem, kiedy kilka godzin nie ma nas w domu, znajdujemy w nim po powrocie pająka. Pffff, PAJĄKA. Pajęczura, bydlaka, genetycznie zmodyfikowanego do rozmiarów żubra. Tak więc na jeden dzień nieobecności przypada statystycznie jeden pająk. Sądzę, że po tygodniu pająki otworzą nam drzwi i powiedzą, że bardzo im przykro, ale zgodnie z paragrafem i ustawą o poszanowaniu mniejszości zajęły ten lokal, więc macie 24 godziny na spakowanie swoich rzeczy albo wezwiemy policję. Wniosek: Po powrocie zaopatrzyć się w miotacz ognia. I na wszelki wypadek zastanowić się, co mogłabym pakować w te 24 godziny z rzeczy mi niezbędnych.

W sumie łeb mi pęka, bo chyba się odwodniłam kosząc nasze hektary, chociaż tak się rozpędziłam z tą kosiarką, że aż wracać nie chciałam. Albo moja głowa próbuje w ten sposób zasygnalizować absurd całej tej sytuacji pukając się w czoło od środka.

W sumie Dziubas znów ogląda kazanie jakiegoś polityka na temat życia codziennego.

W sumie jest mi zimno, śpiąco i przejadłam się standardowo na wieczór.

W sumie…panie sumie, chyba pan niewiele umie.

Wyjazd za 3, 2, 1…

Do usłyszenia po powrocie :)

Zawias popołudniowy

Boszsz…co za dzień!

Tak jakby dziś kończą się wakacje. Tak jakby, bo ja do szkoły jutro nie idę (i jak się okazuje większość dzieci też nie…) ale mam taki dół, że sama jestem w szoku. Normalnie depresja na pożegnanie lata, z którym dopiero się witałam.

Na nasz wyjazd za to niezmiennie zapowiadają ulewy, więc muszę zapakować nam same rzeczy nieprzemakalne i przeciwdeszczowe. Plus jakiś kapok, pianka (taka do sportów wodnych, nie do golenia) i najlepiej zimowe barchany. Bo jak deszcz to pewnie i wiatr dołączy do kompletu.

Nie chce mi się nawet myśleć. O niczym.

Bobo śpi a ja siedzę na kanapie i skubię słonecznika.

Czachę mi od środka rozsadza jakaś migrena, bo ostatnio jakoś źle sypiam.

Być może to przez te czarne herbaty, które wypijam przed snem. Bo to już ten moment, kiedy wieczorem chce mi się ciepłej herbatki i kapci.

Być może związek z tym ma Dziubas, który robi mi ostatnio pobudki w wojskowym stylu. Oczy otwieram w szoku, bo jeszcze przed chwilą śniło mi się zimne piwko a tu stoi nade mną Dziubas, zrywa ze mnie kołdrę, bo JUŻ, JUŻ, WSTAJEMY, JUŻ S I Ó D M A!

Matko, w pierwszym uderzeniu paniki pod tytułem „gdzie ja jestem i kim ty jesteś?!” mam ochotę wrzasnąć, skoczyć na równe nogi, albo rozryczeć się i zwinąć w kłębek.

Nie pomagają prośby ani groźby, bo Dziubas MUSI JUŻ NATYCHMIAST pościelić łóżko, żeby móc się ubrać.

Boszsz…no to wstaję, skoro mnie wyrzucają. Włos jak palma na głowie, gały podkrążone, ciśnienie 200 na 200. Zen zburzony na cały dzień.

No i myślę o tych naszych wakacjach. I nic nie wymyśliłam. Nie wiem co zabrać, co spakować, co wyprać, a czego nie.

Póki co zastanawiam się co na siebie włożę, bo wieczór spotykam się z babami, pomimo planów Dziubasa odnośnie wieczornego koszenia trawy. No bo wiadomo – mieszkasz na wsi, układasz swoje życie osobiste pod cykl rozwoju roślin. Trochę jak w „Chłopach”. Tylko mórg trochę mniej i żadnej okolicznej dziwki – jak dotąd.

Ech…czy to już naprawdę jesień?

Gdybym ci ja miała trochę prądu w domu…

Wydaje mi się, że czas posunął się o dwa tygodnie do przodu a ja niczego nie zauważyłam. Co więcej, nie wyniosłam z tego faktu żadnych wniosków. Nie zrobiłam się nic a nic chudsza, mądrzejsza, piękniejsza, nie nabrałam hiszpańskiego akcentu ani nie urosły mi włosy. Ba! Dziewczyny wczoraj nawet zapytały, czy je skróciłam!

Zapuściłam się totalnie w porządkach domowych, praniu, zapuściłam się w blogowaniu, spaniu, jedzeniu. Czyli znów – zapuściłam wszystko oprócz włosów.

W tym tak zwanym międzyczasie korzystałam z faktu, iż Mame była na urlopie, więc trzeba było w końcu nadrobić wszystkie zaległości formalne, typu badania z zeszłego roku.

Przez chwilę byłam na diecie, żeby jeść zdrowiej i przestać w końcu obżerać się słodkim. Po zjedzeniu kubka kefiru na ogromnym głodzie stwierdziłam, że mam to gdzieś, na coś trzeba umrzeć i kupiłam zdrowe chipsy. Z ciecierzycy. Na stacji benzynowej. Tak. Kupiłam zdrowe na stacji. Kilka dni później zaczęłam jeść regularnie normalne rzeczy, nie takie z papieru, zawierające gluten, mom, parabeny, alkaloidy, celuloidy i inne chemiczne rzeczy – jak normalny człowiek.

Zgubiłam się też jadąc tramwajem na usg, do którego miałam jeszcze jakieś 15 minut. Zafascynowana wpatrywałam się w krajobraz myśląc, że za zakrętem czekają mnie jeszcze tylko 4 przystanki.

Nie skręcił.

Jakiś młody chłopak, w odpowiedzi na moje pytanie o zmianę trasy, odpowiedział z ironicznym uśmiechem, że owszem, tramwaj zmienił trasę, jakieś DWA MIESIĄCE TEMU.

Oj, no ale skąd ja mam wiedzieć?

U nas na wsi nie ma tramwajów…

Wybiegłam jak tylko się zatrzymał i nadal biegłam do następnego przystanku – już w prawidłowym kierunku – który oczywiście był oddalony o jakieś 20 kilometrów. Na usg dotarłam spocona jak no-wiecie, z rozczochranym włosem, łapiąc powietrze jak karp wyrzucony na brzeg i z pulsem przekraczającym 300. Przed oczami miałam czarne plamki, więc pani doktor przez chwilę wyglądała jak dalmatyńczyk. Samego badania nie pamiętam, być może zemdlałam z wysiłku.

Innym razem, po rutynowym ukłuciu w łapę nie dostałam wyników jednego ze zleconych badań, bo pani pielęgniarka pobrała próbkę nie do tej próbówki co trzeba, więc nie można było jej przeanalizować.

Czy innym też zdarzają się takie rzeczy???

No, może oprócz K. – mojej hiszpańskiej lektorki, która w sierpniu zrobiła sobie pod okiem limo niczym panda ŁOPATĄ DO ŚNIEGU. Bo akurat ją gdzieś przewoziła samochodem. Resztę drogi przejechała na ślepo, trzymając w jednej ręce kierownicę, a w drugiej zmrożoną puszkę pepsi na oku.

Bobasa natomiast przyłapałam ostatnio na wcieraniu w nogę kakao – pewnie chciał się upodobnić do swojej czarnej mamy.

A Dziubas, poinformowany o moich ewentualnych planach na bieżący tydzień zapytał, czy mam w związku z tym do niego jakieś LATYFUNDIA.

A teraz czas na wnioski:

1. Muszę odpocząć. Już, natychmiast. Polać się dziurawcem, wymoczyć stopy w czymś pachnącym i peelingującym. Zjeść kolację. Koniecznie z pomidorem.

2. Muszę natychmiast zapuścić włosy! Może je też poleję dziurawcem?

3. Muszę kontynuować ćwiczenia, bo kręgosłup mnie straszy jakąś kontuzją. A w szafie u Mame czekają dwie pary jeansów, w które mój brzuch mieści się jedynie na stojąco, bo kiedy usiądę, wylewa się z każdej strony jakby chciał uciekać i się ratować.

4. Muszę zamrozić mięso.

5. Muszę ściągnąć suche pranie wiszące na górze od trzech dni. I zrobić nowe.

6. Muszę mniej musieć.

Do wakacji zostało jeszcze 12 dni…ktoś wie jak zrobić, żeby to było już?!

PS. Po tym, jak skosiłam nasze hektary łąk i lasów (czyli ten kwadrat za domem) weszłam do domu z zamiarem wykąpania się i zjedzenia kolacji, ale uprzedził mnie Dziubas i dbając o moją dietę wyłączył prąd (bo robi coś ze światłem w garażu) pozostawiając mnie w ciemności, bez ciepłej wody i internetu. Stop. Mam nadzieję, że wrzucę tę notkę jeszcze dziś. Stop.

Wasza brudna, zziajana i głodna Dziubasowa.

PPS. Może mały konkurs na dokończenie tytułu notki w formie rymowanki? Ahaja, wywołuję Cię do odpowiedzi! :)

Dziurawca-łym

No i masz.

Wpadłam w kolejny nałóg.

Tym razem nie są to nowe słodycze, kolekcja w obuwniczym ani inne wąchanie nowo wydanej książki.

Uzależniłam się od DZIURAWCA.

Już wyjaśniam!

Dostałam w prezencie od Szalikowej żel pod prysznic o nazwie Dziurawiec – bez chemii, parabenów, pegów i innych tego typu rzeczy.

Szalikową podziwiam (między innymi) za to, że faktycznie jest w 100% zaznajomiona ze zdrowymi produktami, robi swój płyn do czyszczenia domu i wie, co to jest ten cały jarmuż i że trzeba go kupić w całych liściach a nie w kawałkach.

Chociaż jesteśmy w tym samym wieku, czuję się jakbym miała starszą siostrę, która inspiruje mnie niejednokrotnie swoim głosem rozsądku i miłością do rzeczy niebanalnych i nietuzinkowych.

Poza tymi chwilami oczywiście, kiedy obie kwiczymy i dławimy się ze śmiechu, bo oto przypomniał nam się wierszyk z liceum o Rolandzie.

Ale, wracając do żelu!

Wchodzę Ci ja pod prysznic pod koniec tego-owego dnia i naciskam pompkę.

I w tym momencie moje endorfiny zaliczają poziom Mount Everest, chce mi się śpiewać różne piosenki (nawet hity lata z radiem), zachwycać się światem, odnaleźć siebie, jeść, modlić się, kochać, biec po łące z rozwianym włosem i zbierać z niej DZIURAWIEC.

Z kabiny wyszłam niechętnie i z niedosytem, bo najchętniej polewałabym się tym żelem jeszcze z godzinę, no ale niby ileż można. W końcu Dziubas też tu mieszka i korzysta z tej naszej łazienki.

Od tamtej chwili czuję deficyt dziurawca w organizmie.

Kiedy wstaję, myślę o tym, że dziś znowu będę się kąpać w dziurawcu.

Kiedy zasypiam cieszę się, że kąpałam się w dziurawcu.

Kiedy obleję się w ciągu dnia dzikim potem, jestem szczęśliwa, bo mogę nadprogramowo wykąpać się w dziurawcu.

Dziurawiec rano, wieczór i popołudniu. Po kolacji, przed śniadaniem, w czasie lunchu.

Dziurawiec, dziurawiec, dziurawiec.

Już wiem, że muszę kupić kontener tego stuffu i żadne tam marokańskie argany, dojrzałe mango ani inne słodkie truskawki z mlekiem w nazwach żeli już mnie nie nabiorą.

Jeśli dodają do nich w zamian za chemię jakieś środki odurzające, to jestem jakby za legalizacją.

Idę spać. Bo wtedy szybciej będzie jutro i nadejdzie kąpiel w dziurawcu.

Boszsz…normalnie stało mi się coś w głowę.

Masz zielone?! Grasz w zielone?!

Od jakiegoś czasu próbowałam przekonać Dziubasa, żebyśmy wnieśli do domu jakąś roślinę. Zazwyczaj z marnym skutkiem. Dziubas, jak to mężczyzna – praktyczny do bólu – zawsze odpowiadał, że nie, że po co nam to, że on to nie lubi kwiatków, a tak w ogóle nie mamy ich gdzie trzymać a on SPECJALNIE zaprojektował tak wąskie parapety w domu, żebym nie mogła.

Postanowiłam zatem działać spontanicznie.

Pierwsza pojawiła się jakaś tam nieduża palma w złotej doniczce. Wsadziłam ją do wózka podczas którejś wizyty w Castoramie i pojechała z nami do domu.

Dziubas, o dziwo, nie protestował. Być może dlatego, że spędziliśmy tam pół dnia i nie chciał podjudzać.

Kilka dni temu, pod wpływem chwili, zapakowałam Boba w Dziubasowóz i po prostu pojechaliśmy nakupować nam badyli.

Po dotarciu na miejsce zrobiłam to, co zawsze robię na dziale ogrodniczym. Najpierw wpadłam w dziką euforię, potem prawie wygłaskałam wszystko, a na koniec zgrzytałam zębami, bo nie wiedziałam sama czego chcę, a przecież nie mogę wziąć sobie wszystkiego.

Z racji tego, że u mnie w rodzinnym domu była ogromna paproć, stanęło na dwóch małych paprotkach (myślałam o nich od momentu przeprowadzki!), muchołówce (bo te zębiska są genialne!) i – jako, że nigdy nie przepadałam za kaktusopodobnymi – kilka sukulentów.

Do tego kolorowe doniczki, łopatka do przesadzania i nawozy.

Do roboty zabrałam się natychmiast po powrocie do domu! Bobo dostał jeść i gratisową bajkę a ja babrałam się w tej ziemi po łokcie, przesadzając kwiatki z jednej doniczki do drugiej.

Oczywiście wielki wór ziemi, który jeszcze niedawno leżał w garażu, został przez Dziubasa wysypany na trawę z tyłu domu, więc wybierałam go stamtąd łopatką. Z pośpiechu do posiadania krzaczorów w domu uklepywałam ją rękami. 

Po umieszczeniu wszystkich nowych lokatorów na swoich nowych miejscach, zachwycałam się nimi jakbym przeżywała dzień dziecka, urodziny i Gwiazdkę w jednym. No po prostu szał! W domu od razu zrobiło się jakoś cieplej (w sam raz na upały…) i przyjemniej. No i mam dodatkowo do kogo mówić, jakby mi ktoś nie wierzył, że mówię do Boba a nie do samej siebie.

Po powrocie z pracy Dziubas zgodził się ze stanem faktycznym domu i nie powiedział nic, a nawet podziwiał.

Triumfowałam do następnego wieczora, kiedy podczas oglądania czegoś jednym okiem Dziubas zapytał:

- Dziubaśniku, a czy te doniczki mają otwory?

- Noooo…mają na pewno jeden wielki.

- Ale wiesz, że doniczki muszą mieć otwory NA DOLE, żeby ta woda im się wylewała, bo inaczej korzenie im gniją?

Mać!

W sekundzie dotarło do mnie, czemu to co kupowałam nazywało się OSŁONKA CERAMICZNA a nie DONICZKA.

Dzisiaj rano, kiedy w gumowych rękawiczkach wygrzebywałam jak yeti z kosza na śmieci sklepowe doniczki z otworkami żeby przesadzić kwiatki z powrotem, pomyślałam, że chyba już nigdy nie będę normalna jak inni…

Czarny chleb i czarna kawa

O, wszechświecie! O, złudna iluzjo piękna i dobroci! O, francowate koncerny kosmetyczne!

Kilka dni temu kupiłam sobie farbę do włosów.

Nie, żeby pierwszy raz.

Pomyślałam, że czas najwyższy przykryć te blond pasemka, które zrobiły się już nieco zielone i bezpłciowe, więc wybrałam się z Bobem do sklepu i na wybieraniu farby spędziłam jakieś 15 minut. Potem jeszcze raz się wróciłam, odłożyłam ją na miejsce, a potem wzięłam z powrotem.

PIĘTNAŚCIE MINUT.

Bobas zdążył w tym czasie dobrze zjeść i się napić w swoim powozie.

Poszukiwanym był ciepły jasny brąz. Taki, żeby jedynie zakrył pseudo-blond i przypominał moje naturalne włosy.

Wybrałam jakiegoś Loreala, żeby nie zniszczyć mojej czupryny byle czym. Nazwa koloru brzmiała po prostu brąz, ale z tych wszystkich zdjęć zamieszczonych na opakowaniu wydawało się, że jest to dokładnie to, czego szukam.

Ha! I wtedy okazało się, że oto właśnie oceniłam książkę po okładce!

Farba trochę za bardzo jak na mój gust szczypała mnie w czerep, ale nie zwróciłam uwagi, bo to przecież drobiazg, a żeby być piękną trzeba cierpieć, bla bla bla.

Spłukuję włosy, wycieram ręcznikiem i staję przed lustrem.

I chyba mam w domu kogoś obcego albo cierpię na jakiś spontaniczny rodzaj amnezji, bo nie poznaję tej osoby na którą patrzę.

Przybliżam się i przyglądam uważniej.

Moje włosy są C Z A R N E.

Czarne! Kurwa czarne!

Czarne jak święta ziemia, czarne jak czarnoziem, czarne jak najczarniejsza czarna dziura!

Brunatnie czarne! I to nie elegancko posh black, tylko w stylu wiejskie-disco-matowym Bruneta-Skocz-Mi-Na-Fleta.

A ja nawet nie mam golfa trójki.

Chyba mi słabo, bo uginają się pode mną nogi i muszę złapać umywalkę, żeby nie przywalić o nią swoim nowym czarnym łbem.

Wychodzę z łazienki, żeby zaczerpnąć powietrza i widzę wzrok Boba, który obserwuje mnie jakby nie wiedział, czy to mama czy Chochoł z Wesela. Jego wystraszona mina sugeruje, że nie wie, czy ze strachu biec do tej swojej czarnej mamy, czy rozryczeć się na samym środku i niech się dzieje co chce.

Na ten moment dociera do mnie, że nie będzie umiał nakłamać w życiu kobiecie, że ładnie wygląda. Jak Dziubas. Geny to geny, nic nie poradzisz. ZERO poker face`a.

Od tamtego wieczoru minęło już kilka dni i staram się uparcie zszorować ten kolor. Trochę stracił ten swój dyskotekowy lampucerski mat i chyba jakiś ciemny brąz powyłaniał się z czarnej czeluści.

Boszsz…nie wiem co robić.

A jak pojawią mi się jasne ODROSTY od tego czarnego?!

Może od razu osiwieję i będę mieć problem z głowy.

Albo zainwestuję w kapelusze. Po trzydziestce pewnie już bardziej wypada zakrywać tą głowę niż odkrywać.

Potrzebuję drinka! Mocnego! Natychmiast!