Żyje się tylko dwa razy?

Ja wiedziałam, że wyjście z domu to ostatnimi czasy pomysł dość ryzykowny. Do wczoraj jednak nie byłam świadoma, że AŻ TAK.

W ciągu 45 minut spędzonych za kierownicą wgrzmociłby się we mnie tir, drogę przebiegł jakiś dziki zwierz (Naprawdę nie mam pojęcia co to mogło być, ale było tłuste, miało puchaty ogon i jak na mój gust przypominało szopa pracza) a na koniec z dachu ciężarówki jadącej przede mną spadła szyba lodu i roztrzaskała się tuż przed moją maską.

Co to w ogóle ma być, ja się pytam?! Zamach?! Oszukać przeznaczenie???

Do domu wróciłam w stanie zwiastującym conamniej rozległy zawał. Bosz. No nie chcę czasami być już kierowcą. Weźcie sobie to prawo jazdy, wymieńcie na kartę miejsko-wiejską i dorzućcie rozkład busa.

Do stanu normalności doprowadził mnie niemalże od razu Dziubas szukający po raz 768674980 tego dnia swoich spodni. Panika więc przeszła mi od razu, bo zaczęłam się zastanawiać nad wszczepieniem mu jakiegoś lokalizatora swoich ubrań.

Ponadto, z moich ostatnich obserwacji wynika, że straciłam słodki smak. Kiedyś nie istniała dla mnie rzecz za słodka. Wciągałam wszystko i domagałam się dodatkowego karmelu. Teraz zaczęło się u mnie wydziwianie. Doszło nawet do tego, że z szuflady, w której leżała czekolada mleczna z orzechami, wafelki i pół tabliczki czekolady gorzkiej, wybrałam jedną małą kostkę tej ostatniej.

Ja. Która zwykłam mawiać „Gorzka czekolada, to nie czekolada!”.

Boszsz…to już to. Czas umierać.

Normalnie obawiam się, że pewnego wieczoru otworzę swoją ulubioną książkę, zrobię sobie herbatę (oczywiście gorzką, bo jak patologia to już na całego) i zagryzę wesoło surowym boczkiem.

Zdążyłam też dziś wieczór znienawidzić Castoramę. Podczas gdy Dziubas szukał jakiejś taśmy/folii czy coś w tym stylu, ja zobaczyłam siebie w lustrze łazienkowej szafki. Oczywiście w ciągu kilku sekund przeżyłam kryzys osobowości i starałam się zorganizować jakąś papierową torbę na twarz. W przypływie nagłego omdlenia umówiłam się na przyszły tydzień do mojej fryzjerki. Jako, że nadal nie wiem czego chcę, to WIADOMO jaki też będzie efekt tej wizyty.

A pomyśleć, że dziś przy śniadaniu krytykowaliśmy z Dziubasem wszystko co sztuczne, silikonowe i nabotoksowane.

Bo starzeć trzeba się z godnością!

Tak więc jutro godnie podążę do apteki po Valium.

Ech…idę po rurkę z kremem.

Brednie wieczorową porą

No dobra. Ja wiem. WIEM, że w lecie będę jęczeć, że nienawidzę gorąca, ale halo! Czy ktoś nie przesadza z tą zimą?

Rozpieściło mnie totalnie globalne ocieplenie i nie umiem już funkcjonować normalnie kiedy w lutym jest śnieg i mróz.

Nie chce mi się już ciepłych barchanów i tysiąca warstw ubrań, w których czuję się nieświeżo jakieś kilka sekund po prysznicu. No po prostu nie umiem w zimie czuć się dobrze ani dobrze wyglądać, kiedy ujemne temperatury zmuszają mnie do przywdziania wszystkiego co mam w domu. Oczywiście po chwili spędzonej na zewnątrz i tak robi mi się zimno, więc równie dobrze chyba mogłabym paradować w negliżu. Nawiasem mówiąc, wydaje mi się, że ostatnio większa część społeczeństwa wychodzi z takiego założenia, bo na największych mrozach obserwuję panie w cieniutkich cielistych rajstopach i młodzież z gołymi kostkami.

Daję słowo, chyba coś mnie ominęło.

Naprawdę nie jestem w stanie zrozumieć o co chodzi. Nie dociera do mojego zmarzniętego móżdżku jak można mieć na sobie ciepłą kurtkę, ogromny szal i wełnianą czapkę a na dole golusieńkie kostki. Czy to się jakoś ostatnio stało modne, seksi, na topie? Bo rozumiem, że ten modowy fenomen zaobserwowano pewnie jak zwykle na jakiejś wątpliwej celebrytce przechadzającej się pod czujnym okiem paparazzi do kawiarni w jakiejś słonecznej Kalifornii. Jeśli przyszło to do nas z Zachodu, to naprawdę gratuluję wszystkim naśladowcom. Bo kiedyś uważałam za dziwne kozaki na +30. Teraz już widzę, że nie zdziwi mnie nic.

Póki co wyleczyłam się ze śpiączki i odespałam chyba wszelkie zaległości. Jak zwykle moje sny mnie nie zawiodły i kiedy Dziubas budził mnie rano pytaniem czy wstajemy, ja nadal śniłam, że chcę odsprzedać bilet na koncert heavymetalowego zespołu o nazwie Obrzygane Kołnierze.

Moja nocna inwencja twórcza nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać. Obstawiam, że sąsiedzi nocami spalają potajemnie jakieś odpady radioaktywne i stąd ten senny haj.

Poza tym wieczorami staram się zaszyć w naszej sypialni i czaić w ciemnościach. Bo wieczorami Dziubas ZAWSZE usilnie stara się znaleźć mi zajęcie. Conajmniej jakby to był jakiś punkt honoru.

Ostatnio na przykład w ramach relaksu przenosiliśmy wszystko z jednego pokoju do drugiego i układaliśmy folię i piankę pod panele. WCALE nie byłam zmęczona. Wykorzystywałam każdy moment na to, żeby się na tej ziemi zwinąć w kulkę. Dziubas się cieszył, że trzymam mu tą folię, więc wszyscy byli zadowoleni.

Normalnie obawiam się, że pewnego razu wejdzie wesoło do domu i powie „No to co, Dziubaśniku? Do rrrrroboty! Trzeba skosić trawę, przekopać ogródek i wywieźć gnój  sąsiadom!”.

Poważnie rozważam zainwestowanie w jakąś kolekcję moro, żeby stać się niewidzialną i wtopić w otoczenie. Tak na wszelki wypadek.

A moje problemy psychiczne chyba się pogłębiają z każdym kolejnym miesiącem posiadania Boba. Każdego dnia marzę o tym, żeby był już wieczór, a potem, kiedy Bob już zaśnie, jest mi jakoś nieswojo. No nie wiem. Jakbym za nim nagle tęskniła. No to wchodzę do pokoju, sprawdzam czy śpi, czochram delikatnie po tym ananasie, co mu ostatnio sterczy ze środka głowy.

Oprócz tego od jakiegoś czasu walczę ze sobą, żeby nie pójść do fryzjera. Bo wiem, że nie wiem czego chcę. A raczej wiem, że za każdym razem mam ochotę na coś innego. A zatem cokolwiek ten fryzjer mi nie zrobi, na bank wrócę zrozpaczona, niezadowolona i z ogromnym poczuciem niesprawiedliwości, że czasu cofnąć się nie da. Kiedy mam jasne, chcę ciemne. Kiedy mam krótsze, chcę zapuszczać. Boszszsz…to się chyba nazywa bycie kobietą. Albo schizofrenia. Jeszcze nie wiem i chyba nie chcę wiedzieć.

Ponadto, w ramach absurdów z życia zewnętrznego, Dzika zadzwoniła do mnie wczoraj popołudniu, żebym jej pomogła napisać wierszyk na 150-lecie firmy, bo została wytypowana. I to nie może być wierszyk śmieszny, musi być POWAŻNY.

Matko…No i co teraz?

Bo rozumiem, że krótka w forma w stylu „Na górze róże, na dole fiołki, wreszcie się zwalniam, wy tępe matołki!” w grę nie wchodzi zupełnie. 

No więc NIE WIEM. Będziemy musiały urżnąć się do nieprzytomności i stworzyć coś sztywnego jak drut, no bo jak inaczej? Tak na trzeźwo?

Ech.

Chce mi się fasolki po bretońsku…

Dream a little dream

Zapadam w sen zimowy. Teraz, w lutym. Mam ochotę zakopać się w jakiejś gawrze, zedrzeć kołdrę z pierwszego lepszego niedźwiedzia jakiego tam znajdę i chrapać aż do wiosny. Albo do dnia, w którym ciśnienie będzie wyższe.

Całymi dniami staram się podtrzymywać głowę, która uparcie opada, niezależnie od tego, co właśnie robię.

Ostatnio dzięki temu na przykład wpadłam na ścianę i powiedziałam „przepraszam”.

Oczy łzawią mi codziennie. Oba. Lewe jak zwykle bardziej.

Dzień jest za długi, noc za krótka. Czyli całkowicie odwrotnie niż zazwyczaj w zimie.

Dziubas, mając jakąś chwilę wolnego, zakopuje się pod sterty narzut i pościeli. Nurkuje pod spód pod wszystko, co aktualnie znajduje się na łóżku. W ten oto sposób tworzy nam w sypialni piękny cygański skansen. Trudno. Chce mi się spać, więc nie rusza mnie to.

Co do rzeczy nieruszonych, żelazko nadal spoczywa w szafie. Nieodpakowane. Czeka na moment, kiedy Bobas pójdzie do szkoły na 8 godzin i będę mieć czas na prasowanie naszych rzeczy.

A na zewnątrz znów pada śnieg. Cichy i mięciutki.

Mięciutki jak kocyk, którym można się przykryć po same uszy i zasnąć na jakieś 12 godzin bez przerwy. Spać, SPAĆ, S P A Ć!

Boszszsz…ktoś wie, jak to wyłączyć?

Aktywistka-społecznica

Nareszcie ruszyła machina wychodzenia z domu. I to ruszyła z takim rozmachem, że dziś jest piątek i to pierwszy dzień w tym tygodniu, kiedy faktycznie zamierzam być w domu od rana do wieczora.

Otóż byłam w kinie dwa razy. DWA RAZY. Dwa dni pod rząd. Istne szaleństwo!

W poniedziałek wybrałyśmy się z Big Sis na horror, podczas którego przez większość czasu ze strachu oglądałam swoje kolana i nerwowo przeżuwałam żelki. Na koniec stwierdziłyśmy, że w sumie był bardzo kiepski. Nie wiem skąd u mnie taka opinia, skoro w sumie właściwej akcji nie widziałam wcale. To chyba intuicyjne.

We wtorek w babskim gronie oglądałyśmy La La Land. Zanim do tego doszło, ustalenie miejsca, czasu i filmu zajęło nam jedynie 50 mailów. Drobiazg. W dotarciu na miejsce, z całej naszej szóstki przygody w drodze miały tylko trzy, więc bilans nie jest taki zły. Jak na kobiety.

I chociaż zdarzyło mi się na tym filmie ziewać wielokrotnie albo parsknąć ze względu na kompletnie absurdalne sceny bądź dialogi, to teraz, kilka dni później, nie mogę o nim zapomnieć. I muszę się pogodzić z tym, że nigdy nie będę grać w musicalu, stepować na środku ulicy, a ludzie stojący w gigantycznym korku nie wylecą ze swych aut na środek żeby radośnie podskakiwać. Już trudno.

Po powrocie o godzinie 1 w nocy (Boszsz…nie wiem kiedy ostatni raz wracałam o takiej godzinie), kiedy to zgubiłam się skręcając nie w tę ulicę co trzeba, okazało się, że Dziubas zdążył w salonie wydeptać dziurę głębokości dwóch metrów, bo myślał, że wrócę o wiele wcześniej i chyba myślał, że porwał mnie jakiś Kuba Rozpruwacz.

Dzień później miałam okazję przypomnieć sobie, że miasto to dżungla i że wcale a wcale za nim nie tęsknię. W tramwajach wszyscy się ze sobą kłócili, przepychali i wyładowywali swoje frustracje. Na koniec jakiś gość głośno przypominał, żeby zapoznać się koniecznie z jego stroną na facebooku dotyczącą praw w Unii Europejskiej, grożąc, że „skończy się nieprzestrzeganie praw” i ostrzegając, iż „statystyki są przerażające” bo „90% społeczeństwa cierpi na paranoję”. LUZ. Nawet nie umiem tego skomentować.

Do domu wróciłam wykończona i potrzebowałam konkretnego peelingu żeby zetrzeć z siebie te wszystkie cudowne wrażenia.

Dziką za to nabrał na 20 złotych rzekomy żołnierz, który po otrzymaniu od niej tej kwoty, podarowanej z dobrego serca podobno na powrót do Trójmiasta stwierdził, że za tyle to on nigdzie nie dojedzie, zażądał jeszcze stówki, a kiedy jej nie dostał, rzucił w stronę Dzikiej jakąś szwaczką (określeniem najstarszego zawodu świata) i poszedł sobie, zostawiając ją ze szczeną w kolanach przy bankomacie.

Dziubas za to, spędzając wieczory w roli słomianego wdowca, zachwycony nie był. Wyciągnięty przed telewizorem (którego nie chciał, a który ostatecznie kupił i teraz ogląda go non-stop) marudził coś o tym, że nic nie słyszy, że nie wypiłam herbaty i że jak to w ogóle może tak być, że najpierw gotuję wodę a potem nic nie piję. Przy takiej okazji postanowiłam wytknąć mu, że co jak co, ale komplementu to ja już dawno od niego nie dostałam.

Biedny Dziubas, dwojąc się i trojąc w wymyśleniu czegoś, co mnie usatysfakcjonuje, stwierdził (mając na myśli fakt, że nareszcie mogłam wyjść gdzieś i się rozerwać) FAJNIE, ŻE SOBIE POSZŁAŚ.

Boszszsz…chyba muszę go zapisać na jakiś kurs komplementowania, bo domowe korepetycje najwyraźniej nie przynoszą efektu.

A przedwczoraj na koniec dnia usłyszeliśmy w tv, że taniec kobiety to „potrząsanie macierzyństwem” i że istnieją ludzie, którzy dziś, w XXI wieku, „malują” swoje domy krowim łajnem i jogurtem.

Dziś powracam do rytuału prania, bo nasz kosz na brudy już nic w sobie nie mieści, a nawet chyba samoistnie pozbywa się części rzeczy, które leżą wokół niego na podłodze. Potem pobiegam za Bobongiem, wrzucę do gara jakiś pseudo-obiad i nałożę na twarz maseczkę relaksującą, którą trzeba potem zrywać dłutem.

Bo już jutro urodziny Lindy :)

Blue Friday?

Albo coś mi się pomieszało, albo piątek 13-tego już był. W zeszły piątek. Trzynastego.

Do mnie najwyraźniej dotarł z opóźnieniem godnym PKP albo Poczty Polskiej.

Przez ostatnie kilka dni miałam mega kumulację.

Najpierw urobiłam się po pachy żeby zrobić obiad, który potem praktycznie cały nadawał się do wyrzucenia. Potem Bobas obrzygał mi plecy, a na koniec wyciągając wózek z bagażnika uderzyłam się z całej siły półką w oko. Które oczywiście przez następne pół godziny bolało, szczypało i łzawiło jak wściekłe.

Dziubas stwierdził, że ma nadzieję, że nie jest podbite, bo nie wyjdzie ze mną na ulicę. Będzie mu wstyd, bo wszyscy pomyślą, że mąż mnie pobił.

Boszszsz…

Do tego płaczę jak oszalała na piosenkach country i mówię naokoło, że nie jem słodyczy tylko po to, żeby za kilka godzin zjeść 1/3 opakowania ptasiego mleczka.

Od zawsze podziwiałam swoją żelazną konsekwencję w dążeniu do celu…

Na dodatek Bobas jest od dwóch dni hiperaktywny a ja mam chyba kontuzję wszystkiego co możliwe w organizmie od latania za nim po domu. I pilnowania, żeby nie zjadał rzeczy z podłogi, co graniczy z niemożliwością.

Jestem zmęczona. I śpiąca. I zmulona nadmiarem słodkiego.

Chcę wakacji. I drzewo w doniczce. I przemalować pokój.

Obudźcie mnie w maju…

Antydepresant raz!

Generalnie ludzie jakoś dziwnie lubią się dołować. Lubią narzekać, rozpamiętywać, zamartwiać się dosłownie o wszystko. A już najlepiej o wszystko, co może im się przytrafić, choć szansa na to jest mniejsza niż na trafienie szóstki w totka.

Tendencje do zachwytu nad jakąkolwiek formą umartwiania się zauważyłam w wieku kilkunastu lat i już wtedy powiedziałam sobie, że co to, to nie! Ja umywam ręce, spadam stąd i nie tędy droga!

Kiedy wszyscy rozkochiwali się w książkach o narkomanach, alkoholikach, dzieciach z dworca zoo, ja wybierałam raczej kolorowe romanse, komedie i książki przygodowe. 

Nigdy nie słuchałam tak modnego kiedyś polskiego rapu i hip-hopu mówiącego głównie o tym, jakie to nasze życie w szarych blokach jest do dupy i bez sensu.

Nie rozmawiałam o polityce – nie interesowało mnie ile kto ukradł, kogo znowu aresztowali, kto tym razem będzie byle jak rządził, bo lepiej to na pewno być nie może.

Nie chciałam słuchać o śmierci, chorobach, depresjach, nerwicach ani innych torturowanych zwierzętach.

Odsuwałam się od towarzystwa ludzi marudzących, wiecznie niezadowolonych z życia, gderających na co popadnie i zatruwających swoją toksyczną gadką wszystko wokół, z roślinami domowymi włącznie.

Nienawidziłam smutnych filmów, piosenek, ani artystów maści wszelakiej budujących swoje jestestwo w brukowcach głównie na wyznaniach typu „Sięgnęłam dna”.

W dorosłym życiu nie zmieniło się we mnie pod tym względem nic. NIC. Dosłownie.

Co gorsza, w otoczeniu też żadnych zmian nie dostrzegam.

Pomijam już media w jakiejkolwiek formie, które karmią nas tym ile podczas tego weekendu zginęło ludzi i tym, że co jak co, ale koniec świata nadejdzie już lada dzień.

Ja protestuję! Ot tak, bo mogę!

Wypisuję się, zgłaszam nieprzygotowanie i proszę mnie z tej czarnej listy natentychmiast wykreślić!

Bo uważam, że świat na którym żyjemy jest naprawdę piękny.

Bo uwielbiam patrzeć na zachody słońca, szczególnie te różowe.

Bo już niedługo przyjdzie wiosna i ten pierwszy wieczór, podczas którego poczuję zapach ciepłego powietrza.

Bo śnieg tak fajnie skrzypi pod butami.

Bo kocia i psia sierść dobrze się czochra.

Bo letni deszcz i kwitnące akacje to najpiękniejsze zapachy świata.

Bo ziemniaki z ogniska świetnie smakują.

Bo istnieją książki, które czyta się nocami i nie można się od nich oderwać.

Bo kiedyś żyli hippisi i grał im Jimi Hendrix.

Bo w zimowy wieczór można zakokonić się w ciepły kocyk i wypić obrzydliwie słodką czekoladę.

Bo po zimie przychodzi wiosna, po niej lato, potem jesień, a na koniec znów pada śnieg.

Ludzie, ŻYJCIE! Wyłączcie internety, smartfony, tablety, telewizory i rozejrzyjcie się dookoła.

Bo życie to podobno to, co wydarza się w tak zwanym międzyczasie – niech się do Was zawsze szczerzy w uśmiechu! Nie pozwólcie, żeby było inaczej! :)

 PS. Nie, nie naćpałam się żadnych leków, nic nie piłam, nie zamierzam też w najbliższym czasie umrzeć (Chyba, że jakaś Annuszka rozlała już olej, ale na to już nie mam wpływu). Atak depresyjnych nastrojów w mediach wszelakich spowodował u mnie odruch wymiotny i strach przed tym, że za chwilę nie będę już wiedziała, że poza tym, że wszystko jest bez sensu, istnieje jeszcze świat, w którym można się śmiać i nie myśleć w każdej sekundzie życia o rzeczach śmiertelnie poważnych. No więc siedzę i się szczerzę. W końcu te wszystkie kremy na zmarszczki mimiczne ktoś musi kupować… ;)

 

Okno na świat

Nadszedł długo wyczekiwany weekend.

NAPRAWDĘ długo wyczekiwany. Przygotowywałam się do niego od zeszłego poniedziałku. Szczególnie pod względem zewnętrznym, bo przez niewyspanie i niedotlenienie siniaki pod oczami miałam jak panda, a z takimi wstyd wyjść do ludzi. No to szukam dobrych rad jak z tym walczyć i znajduję takie oto sugestie:

- Okład z herbaty/ziemniaka/ogórkaOk…trochę dużo warzyw ale nigdzie nie piszą czy w celu wzmocnienia działania mogę wrzucić to wszystko naraz w formie sałatki. Sposób ten dyskwalifikuje (Boszsz…musiałam sobie przypomnieć jak się poprawnie pisze to słowo…) fakt, iż trzeba to trzymać 30 minut. No naprawdę, takim wolnym czasem na noszenie warzyw na twarzy to ja nie bardzo dysponuję.

- Więcej snu Matko…No naprawdę – dziękuję bardzo, ale to BARDZO. Nie wpadłabym na to. Jak wiadomo, nierealne do zrobienia, więc idę dalej.

- Kwas hialuronowy…Że co? Mam sobie w to pod okiem WSTRZYKNĄĆ coś? IGŁĄ? I to jeszcze KWAS?! I zapłacić za to wbijanie kwasu tysiąc złotych?? Chyba mi słabo…

- Mniej uśmiechu – No halo, jak to? Mam się już w ogóle nie uśmiechać, bo zrobią mi się sińce, zmarszczki i inne kurze łapki? (Swoją drogą co za idiotyczna nazwa! Zawsze jak to słyszę mam wizję kury chodzącej mi po twarzy…) A co z tymi wszystkimi poradami typu „Żyj z uśmiechem”? W takim bądź razie lepiej mieć depresję ale być napiętą i bez siniaków i worów. Nie przyjmuję takiej opcji!

- BotoksNawet nie będę się silić na komentarz…

Ostatecznie zdecydowałam się na wklepanie podwójnej porcji korektora i poszłam sobie na babskie spotkanie z Dziką i Lindą w jednej z galerii handlowych.

W drodze na miejsce okazuje się, że Dzika zapomniała obu swoich telefonów z domu, więc nie ma z nią żadnego kontaktu. Mamy się spotkać pod marketem budowlanym. Najwyraźniej chce zacząć od zwiedzania działu z tynkami i gładziami.

Market ów okazuje się mieć dwa wejścia, więc na pytanie Lindy, która jest już na miejscu, pod którym wejściem mam czekać, obie decydujemy, że ja będę tam po prostu tuptać, a ona do mnie zaraz przyjdzie tylko coś tam sobie kupi.

No to tuptam. Tam i z powrotem. I naprawdę nieważne, że jest zimno, a mi chce się siku. Chodzę tam i z powrotem, raz z jednej strony, raz z drugiej. Robi się coraz zimniej a Dzikiej nie widać. Linda też zaginęła w akcji.

Chodzę coraz szybciej, bo wieje coraz bardziej. Ludzie patrzą na mnie w bardzo sugestywny sposób, bo stoję na rogu wyraźnie bez większego celu. Generalnie dla połowy populacji przebywającej w tamtym miejscu wyglądam zapewne na dziwkę, a dla drugiej na wystawioną panienkę czekającą na randkę w ciemno.

Boszsz…normalnie szukam sponsora pod marketem budowlanym. „Cześć, jestem (…) – kupisz mi worek cementu?”

Po chwili dociera do mnie, że nie mogę podawać klientowi swojego prawdziwego imienia, więc zaczynam myśleć nad pseudonimem. Może Samanta?

Teraz już przez wiatr zaczynają łzawić mi oczy. Oba, ale lewe jakoś bardziej.

Bosko. Płaczę stojąc na rogu pod sklepem. Teraz to już odbieram spojrzenia pełne litości, bo wszyscy myślą, że pewnie nie przyszedł. A ja stoję tam i płaczę koło półek z nawozami (bo takie widzę przez szybę).

W końcu dzwoni Linda, mówiąc, żebym weszła do środka bo Dzika już tam jest.

Zachwycona pędzę przez te wszystkie glazury do ciepła.

Dzika z ogromnym zdziwieniem informuje nas, że to przecież logiczne, że miałyśmy się widzieć pod marketem budowlanym W ŚRODKU bo na zewnątrz przecież jest zimno.

Boszszsz…

Freedom!

Matko jedyna, wyszłam wczoraj wieczór z domu! Sama!

Co prawda na zakupy do tesco, ale oj tam.

Kupiłam gazety, których 90% stanowią reklamy. Pozostałe 10% to treść, która w zasadzie jest poniżej poziomu tych reklam.

Wnioski są dwa – albo zmądrzałam i moje IQ niebezpiecznie wzrosło, a w związku z tym potrzebuję bardziej wartościowej lektury niż „Co on naprawdę myśli, kiedy Ty myślisz, że on myśli?!”…Albo zwyczajnie jestem na to za stara. Nie żeby tego typu lektury pociągały mnie kiedy byłam młodsza, co to to nie! Ale pomyślałam, że raz w życiu pooglądam obrazki, zobaczę co noszą modelki na światowych wybiegach, jaki makijaż modny w tym sezonie i nie będzie mnie to specjalnie angażowało.

Teraz już wiem, że popełniłam karygodny błąd wybierając akurat te dwa czasopisma, podczas gdy powinnam była kupić nowe wydanie obrusów i bieżników (przysięgam, że takie coś istnieje! Widziałam wczoraj na własne oczy!)

Poza tym w sklepie kupiłam wszystko. Będziemy musieli sprzedać dom. Już trudno. Ale okazuje się, że jeśli zakupy przez jakiś kwartał zleca się mężowi, w domu mamy jedynie boczek, kiełbasę i pomidora, tak dla zmyłki.

Oczywiście nie uważam absolutnie, żeby Dziubas robił te zakupy źle, broń Boże!

Po prostu jest mężczyzną, a co za tym idzie – uważa rzeczy typu płyn do mycia podłóg, powierzchni albo taki do płukania tkanin za rzecz zupełnie zbędną. Oczywiście, umieszczony na liście zakupowej pewnie zostanie dostarczony do domu, ale przecież żaden szanujący się przedstawiciel rodzaju męskiego nie będzie się zastanawiał jakie plamy usunie, na ile wystarczy a już na pewno jak pachnie!

W ramach poprawienia sobie humoru kupiłam przeceniony żel pod prysznic o zapachu maliny i piwonii, który okazał się totalnym niewypałem, bo w kontakcie ze skórą (może tylko moją?) śmierdzi zupełnie jak zmywacz do paznokci. Nie podziałał też korektor pod oczy usuwający cienie. Na moje cienie nie działa nic. Najwyżej w te moje wory spakujemy nasz dobytek jak będziemy się przeprowadzać pod most. Swoją drogą zastanawiające czemu przeceniają te produkty po Świętach – może w ramach akcji „Napracowałaś się babo z tymi wszystkimi wigiliami, rybami i sałatkami, to teraz w nagrodę w końcu się umyj i zamaskuj wory”. Tak to sobie wyobrażam.

Wróciłam do domu pełna energii i z obolałą szczęką. Bo zawsze jak prowadzę, z jakiegoś powodu zaciskam zęby. Na czas jazdy chyba będę zakładać taką szynę jak mają bokserzy, żeby nie zostać bezzębną w wieku 40 lat.

Co ciekawe, okazuje się, że wieczorem w radiu żadnej muzyki żadnej nie grają, a zamiast niej toczą się inteligentne rozmowy ekspertów na szczycie, z których większość dowodzi istnienia spisków i prowadzenia imperialistycznej polityki międzynarodowej przez Rosję, a jedna to wywiad z jakimś azjatyckim pianistą, którego imię kojarzy mi sie z tajską zupą.

A dziś od samego rana mam ochotę sprzątać! Poodsuwać wszystkie meble! Wypucować podłogi! Umyć okna! Poczuć zapach domestosa w zatokach! Chce mi się wiosennych porządków!

I chce mi sie wyjechać na wakacje! Chce mi sie zrelaksowanego Dziubasa, ktory ochoczo patrzy na mapę i wymyśla co dzisiaj zwiedzamy. Chciałabym się ładnie opalić, chociaż nienawidzę samej tej czynności. Ale piękną opaleniznę chętnie przyjmę. Taką niełuszczącą się i nie czerwoną.

No i proszę – jeszcze wczoraj nie wiedziałam czego chcę, a dzisiaj po prostu chcę wszystkiego naraz.

I muszę schudnąć i zapisać się na jakiś pilates abo inną jogę! Boszszsz…nie zdawałam sobie sprawy jak przytyłam po świętach dopóki wczoraj mój golf nie opiął mi się na moim piwnym (?) brzuchu. Stałam się foką. Jestem pewna, że już niedługo w ramach rozrywki będę podrzucać piłkę na nosie.

W ramach tego nie kupiłam niczego słodkiego, ale same owoce i warzywa. Zamierzam też wrócić do ćwiczeń, tym razem konsekwentnie (Nie śmiać się!).

Zaraz po tym jak wstanę z tej kanapy, na której aktualnie odbywam jedną z moich dwóch godzinnych przerw w ciągu każdego dnia.

Zacisze domowe

Muszę już, szybko, natychmiast wyjść z domu, bo oszaleję i zacznę odbijać się od ścian.

Jeszcze chwila a zacznę biegać po domu w kółko sapiąc, jak te zwierzaki w zoo zamknięte w klatkach.

W ciągu całego dnia przechodzę przez cały wachlarz emocji i uniesień, jakbym była na jakichś prochach. W jednej chwili cieszę się, bo słońce świeci, w drugiej mam ochotę umrzeć, bo znowu ten taki wózek ze zmywarki mi wyjechał za daleko i spadł z prowadnicy. Za chwilę myślę, że jestem nienormalna, bo w porywie chwili idę ze zużytą pieluchą do lodówki.

Do LODÓWKI!

A to by się Dziubas zdziwił po powrocie do domu…

Boszszsz…chcę powietrza. Spaceru, zakupów, jazdy tramwajem. Nawet trochę bym powdychała tego miejskiego smogu byle tylko oderwać się od czterech ścian.

Rozważam też zakup telewizora, bo chyba nawet będę w stanie oglądać dziennik żeby tylko słyszeć przez dzień ludzki głos w domu. Może poproszę też, żeby moi przyjaciele zostawili mi swetry ze swoim zapachem. I zacznę prosić Dziubasa żeby po drodze do pracy codziennie kupował mi jakieś gazety. Te z informacjami z kraju i ze świata i kilka tych z artykułami w stylu „Jaka szminka pasuje do zielonych butów”. Plus jeszcze może jakiś Focus, żeby sprawiać wrażenie mądrzejszej. W ten sposób pozbieramy trochę makulatury i będzie podpałka jak znalazł.

Co jeszcze można robić w domu, tak hobbystycznie? W takim sensie, żeby to najlepiej robiło się samo i nie zabierało mi tych dwóch wolnych godzin dziennie?

Hodować jakieś kwiatki? Odpada – ususzyłam wszystko co tylko żyło w naszym domu. Włącznie z jednymi pięknymi niebieskimi margaretkami, bo po dwóch tygodniach zauważyłam, że one nie są sztuczne. Moje zdziwienie było ogromne, bo myślałam, że skoro wbite w gąbkę to nie żyją, a poza tym kto widział takie kolory w naturze. Luz.

Założyć akwarium? – też nie. Już widzę jak zabieramy na wakacje wszystko z naszego domu a ja na kolanach trzymam jeszcze ryby i żywy pokarm.

Coś mi się chce. Nie wiem co.

Tak a propos tego, że kobiety są niezdecydowane…

Noworoczne podsumowanie

Ho ho ho!

Oto nastał rok 2017 a ja, zaplątana w makulaturę z zerwanych kartek kalendarza, przestałam się w końcu zastanawiać „kiedy to się stało” i pogodziłam się z faktem, że czas leci a ja jakimś cudem robię się coraz młodsza!

Przez te dwa miesiące wydarzyło się praktycznie wszystko, co tylko mogło się wydarzyć.

Z zalaniem kotłowni we Wigilię włącznie.

Normalnie wracamy do domu nażarci jak prosiaki a tu coś syczy. Otwieram drzwi do kotłowni a tam las amazoński. Tropikalny las deszczowy. Brakuje tylko wrzasku dzikich ptaków. Wszędzie woda, para i upał.

A ja stoję i podziwiam, jeszcze w płaszczu i buciorach. Bo mózg nie ogarnia. Podrzuca tylko jedno jedyne hasło znane jeszcze z czasów adolescencji – „Ch*j do dupy, Polska gola”. Tak, to właśnie myślę, kiedy nasza kotłownia zamienia się w saunę. Sprzątaliśmy do północy i w sumie w ogóle się nie zdenerwowaliśmy. Generalnie nawilżyliśmy sobie trochę śluzówki nosa a ja miałam wrażenie, że moja sucha skóra ma się lepiej po tej kuracji.

Kilka dni przed Świętami oprawiałam karpia, podczas gdy Dziubas z Bobasem schowali się w pokoju obok i nie wyszli dopóki nie skończyłam. Po całym przedsięwzięciu rybę wyrzuciliśmy, bo okazało się, że jednak AŻ TAK nie powinna śmierdzieć.

Wywołaliśmy Bobongowi traume prysznicową, a wcześniej wannę, w której tego dokonaliśmy, Dziubas wymył starannie moją rękawicą do peelingu.

Dziubas nadal niczego nie może w domu znaleźć – powtarza, że w poprzednim domu miał swoje kupki, w których zostawiał rzeczy, „chociaż może nie były reprezentatywne”. Doprawdy nie wiem jak można użyć tego słowa w stosunku do onuc zwisających smętnie z krzesła.

Jakiekolwiek zajęcia typu sprzątanie przy Bobasie nadal wyglądają trochę jak dawanie pastylki kotu. Albo alzheimer. Jest to generalne powtarzanie tych samych czynności, ktore normalnie zajęłyby godzinę, ale jakimś cudem trwają kilka dni.

Poza tym zimujemy. I futrujemy się. Naokoło zaspy, sarny wyżerają coś ze śniegu (chociaż naprawdę nie wiem co mogą tam znaleźć i chyba nawet nie chcę wiedzieć…), Szprot stoi w garażu ze zmasakrowaną oponą, a ja dziczeję.

Dziś jest 10 styczeń. Do astronomicznej wiosny jeszcze jakieś dwa miesiące. Kiedy w końcu śniegi stopnieją i wyjdzie słońce, wyjdę na zewnątrz wyglądając jak Tom Hanks w Cast Away. Tak samo zarośnięta, wystraszona i z wymyślonym przyjacielem.

Wiosno, help!