Wiosenno-listopadowy zawrót głowy

Rzuciło mi się na mózg – chociaż to już wiadomo nie od dziś.

Tym razem jednak dość specyficznie, a mianowicie wszędzie dookoła czuję WIOSNĘ.

Tak, zdaję sobie sprawę z faktu, iż mamy listopad, a do grudnia bliżej niż dalej. Wiem, rozumiem, kojarzę jeszcze takie rzeczy jak dzisiejsza data.

Ale mój organizm ma najwyraźniej jakiś deficyt w tej kategorii i w związku z tym przypomina mi o tym na każdym kroku.

Patrzę na resztki zielonej trawy? – Wiosna.

Czuję zapach deszczu? – Wiosna.

Powieje cieplejszy wiaterek? – Wiosna.

Zaświeci słońce? – Wiosna.

Boszszsz…czy to się jakoś leczy? Jest na to jakiś suplement diety albo coś?

Bo tak jakby na wiosnę to ja ani trochę gotowa nie jestem i w najbliższym czasie nie będę. Póki co jestem w lesie nawet z porządkami jesiennymi, nie wspominając już o czymkolwiek związanym z Bożym Narodzeniem. Że już nie wspomnę o formie fizycznej, bo samo w sobie słowo forma kojarzy mi się jedynie z tą formą, w której piecze się ciasta. (Na dodatek właśnie jem resztkę M&Ms`ów).

Wczoraj, w sobotę, piękny pochmurny wiosenny dzień, postanowiłam zrobić sobie dłuższe wychodne, żeby się tą wiosną nacieszyć w pełni i pozachwycać trochę w samotności (Boszsz…). Czekała mnie południowa wizyta o okulisty i popołudniowa wizyta u Szalikowej.

Dziubas, który rozpatrzył pozytywnie mój wniosek nie bacząc na grożące mu ze strony Boba niedogodności, spakował mu bety i pojechał do Mamy Wu, podrzucając mnie po drodze do centrum.

Wysiadłam z auta, odetchnęłam z ulgą i zaczęłam dzielnie maszerować przed siebie, spełniając nareszcie fantazję o czasie wolnym tylko dla siebie. W planach miałam jakąś gorącą czekoladę, księgarnię, wąchanie kosmetyków w jakiejś perfumerii i może antykwariat gdyby wystarczyło mi czasu.

Oczywiście zapomniałam o tym, że to MÓJ dzień, w związku z tym normalnie być nie mogło.

Po kilkunastu minutach, kiedy doczłapałam do centrum, nagle zrobiło mi się jakoś nieswojo. Poczułam, że nogi trochę mi się plączą, świat zaczyna wirować a czapka tak mi ściska łeb, że chyba zaraz mi go zmiażdży.

W zaawansowanym stadium paniki dotarłam do Subwaya i zamówiłam jakąś wielką paskudną kanapkę z ciastkiem i herbatą. Jak można było się spodziewać, zawroty głowy ustały po konsumpcji. Wściekłość za to odczuwałam podwójną, bo ze wszystkich planów nic nie wyszło a poza tym proces starzenia się dał mi prosto w ten lekki łeb. Bo oto okazało się, że nie mam już -nastu lat i na kawałku kromki chleba złapanej w locie o 7 rano nie pociągnę jak kiedyś całego dnia.

Na tym jedzeniu zeszła mi wieczność, bo nagle okazało się, że nie mam już na nic czasu i trzeba się kierować do okulisty. Przed siebie szłam tym razem już ostrożniej, z kubkiem herbaty rumiankowo-miodowej w ręce, po której trochę mnie zemdliło.

15-minutowa sesja okulistyczna trwała 1,5 godziny (to zaskakujące ile jeden przecinek pomiędzy cyferkami potrafi zmienić…), ale lekarką byłam zachwycona. Dziewczyna mniej-więcej w moim wieku, bardzo sympatyczna i uśmiechnięta, aż momentalnie zapragnęłam, żeby została moją koleżanką. Chodziłybyśmy razem po sklepach, testowały szminki w drogerii i rozmawiały o wadach wzroku celebrytów.

Z gabinetu wyszłam bogatsza o astygmatyzm, z receptą na okulary. I dobrze, bo lubię siebie w okularach, widzącą wyraźnie, nie zataczającą się i nie mrużącą oczu żeby literki przestały skakać.

Z umówionego miejsca odebrał mnie Dziubas, zniecierpliwiony moją nieobecnością i zafrasowany wizją spędzenia kolejnych kilku godzin z buntującym się Bobem.

Po wyjściu na świat zewnętrzny zrobiło mi się dość mgliście, bo po zakropieniu oczu miałam źrenice jak kobieta-kot na podwójnej działce kokainy. Wszystko widziałam zamazane, a światło zdawało się świecić zewsząd jak szalone.

Dziubas za to przez całą drogę pokazywał mi wszelkie możliwe napisy na plakatach i kazał szukać czegoś na Wikipedii w jego telefonie.

Oczywiście ledwo widziałam telefon.

Najbardziej zdziwił go napis głoszący „Przeraź mnie – zadrżę!”. Normalnie nie mógł tego przeżyć przez dobre 10 minut, dopóki ja, swoim kaprawym okiem, zobaczyłam poprawną wersję hasła: „Podróże małe i duże”.

Najwyraźniej z naszej dwójki to on powinien te okulary nosić BARDZIEJ.

Godzinę później, jadąc samochodem do Szalikowej, miałam wrażenie jakby mijające mnie samochody dawały mi w pysk jakimś policyjnym halogenem i modliłam się, żeby nie trafić na jakąś rutynową kontrolę. NA PEWNO uwierzyliby w moje tłumaczenia, że te wielkie oczy z widocznymi cechami obłędu to po kroplach.

Do Szalikowej dotarłam bezbłędnie. Znalazłam blok i klatkę.

Zgubiłam się W WINDZIE.

Zapewne będę jedyną taką osobą w historii, więc napiszę to jeszcze raz:

ZGUBIŁAM SIĘ W W I N D Z I E.

Pojechałam na drugie piętro, wysiadłam, okazało się, że to nie to. Zjechałam z powrotem na dół, poleciałam na prawo, mając jakąś dziwną wizję, że po drugiej stronie klatki na pewno są inne windy (?!). Nie było ich. Pobiegłam z powrotem do tej mojej i pojechałam na ósme. Trafiłam.

Modlę się, żeby nie mieli żadnego monitoringu na klatce, bo odtwarzając film z 16-tej zobaczą psychopatkę z rozwianym włosem wylatującą i wlatującą do windy tam i z powrotem.

U Szalikowej przeżyłam szał i ekstazę, bo znalazła książkę, którą, jak się okazuje, wspólnie zachwycałyśmy się w dzieciństwie, więc do końca dnia nic się już nie liczyło. Nawet to, że w momencie przyłożenia twarzy do poduszki urwał mi się film.

Dobra, kończę już, bo jakieś długie mi to wyszło a w TV leci nowy program kabaretu Hrabi. I M&M`sy mi się skończyły…

Koniecznie świątecznie!

Stało się, trafiło mnie znienacka i nie opuści już do końca roku.

Zobaczyłam te wszystkie bombki, choinki i światełka i nie mogę doczekać się Bożego Narodzenia.

Mam ochotę na śnieg, coś pachnącego pierniczkami (może to być nawet Brise do toalety!), ciepłe rękawiczki i ciepłe światło lampek choinkowych.

Na moje – dość wczesne w tym roku – pragnienie Świąt Dziubas niechętnie prycha.

Nie od dziś wiadomo, że Dziubas jest Naczelnym Grinchem w naszym domu. Niezależnie od rodzaju świąt, nie uznaje zupełnie żadnych ozdób, kolęd, ani tym bardziej NASTROJU.

Oczywiście spieramy się o to każdego roku. Bo ja wyznaczam sobie termin udekorowania domu ozdobami, a on próbuje maksymalnie przesunąć go w czasie. Najlepiej do NIGDY.

I oczywiście NIGDY mu się to nie udaje.

W tym roku mam mocne postanowienie zakupu świeżej i prawdziwej choinki, która pachniałaby lasem. Dziubas od razu zaznaczył, że on na pewno nie będzie przywoził żadnego krzaka do domu, jak chcę, to mam sobie po nią jechać sama, a w ogóle to po co nam to – będzie gubić wszędzie igły, Bobo będzie ją przewracał i to tylko kłopot.

Boszsz…żadne moje prośby ani groźby nie są w stanie wprowadzić go choć odrobinę w świąteczny nastrój. Nie działają argumenty „Zrób to dla mnie” ani szantaż „Bo będę płakać!”.

W zeszłym roku odrzuciłam więc wszelkie próby zreformowania Dziubasa i postanowiłam udawać, że nie słyszę narzekań. Szło mi to całkiem nieźle, bo jak wiadomo, ze słuchem u mnie raczej średnio.

Dodatkową atrakcją grudnia są Dziubasowe urodziny, czyli wyścig za prezentem idealnym. Bo Dziubas w swej niezgłębionej szczerości nie potrafi na potrzebę chwili ucieszyć się chociaż na niby i podziękować. Pomysł już mam, więc jak zwykle co roku zrealizuję go o wiele wcześniej, kupię, schowam tam, gdzie Dziubas nigdy nie zagląda, a on, kierowany swym wewnętrznym radarem, właśnie w to miejsce poczłapie.

Swoją drogą to zaskakujące. Nieraz już myślałam skąd taka umiejętność odkrycia prezentu. Może wyłapuje jakieś ultradźwięki jak delfin albo słyszy w głowie to, co ptactwo odlatujące na południe? Cokolwiek to jest, za każdym razem prowadzi go precyzyjnie do celu. W tym roku muszę więc wymyślić nie tyle idealny prezent, co idealną kryjówkę. Miejsce, do którego nie zajrzy.

Póki co do głowy przychodzi mi pudło ze świątecznymi ozdobami, kosz na brudy albo półka z pachnącymi płynami do mycia wszelakich powierzchni. Będę losować.

Będę też toczyć wewnętrzną walkę – również tradycyjnie – żeby nie oglądać świątecznych filmów aż do 1 grudnia, chociaż korci mnie już dziś, teraz!

Na mojej liście jest zawsze film „The Holiday” i „Just Friends”, a w zeszłym roku zakochałam się w „Love the Coopers”. Jakoś gwiazdkowo kojarzy mi się też Bridget Jones – może ze względu na początek ze świątecznym indykiem curry.

Nie wolno mi też jeszcze słuchać świątecznej muzyki. Chociaż mam jakiś gigantyczny album gwiazdkowy, z którego uwielbiam „I saw mommy kissing Santa Claus” (z Ally McBeal) i „Bells will be ringing” (Bon Jovi). Chociaż muszę się przyznać, że śpiewałam to sobie ostatnio w aucie.

Macie swoje ulubione świąteczne filmy albo piosenki? Podzielcie się, chętnie zobaczę coś nowego :)

PS. Po obejrzeniu filmu „Pociąg do Darjeeling” chce mi się Indii! Na razie skończyło się na zakupie sosu Butter Chicken. Póki co musi wystarczyć.

Zespół Napięcia Wieku Średniego

Na nic znów nie mam czasu. Jakoś straciłam ostatnio umiejętność odpowiedniego nim gospodarowania i z niczym się nie wyrabiam. Cały czas mam braki zakupowe, więc jeżdżę do sklepu praktycznie codziennie, bo okazuje się, że nie ma pieczywa, pieluch albo jeszcze czegoś podstawowego.

Za to wpadłam w jakiś niewyjaśniony obłęd kupowania sosów, więc mamy ich całą szufladę.

A z racji tego, że lodówkę mamy zaopatrzoną całkiem nieźle, jemy wyłącznie poza domem. Albo Mama Wu zaprasza na obiad w każdą niedzielę, albo pizza nam pachnie po drodze do domu, albo zaliczamy restaurację z moją Mame, co jest rzeczą wręcz zaskakującą, bo nie przypominam sobie ile lat temu byłyśmy razem coś zjeść.

Oczywiście w takim gronie (Mame, ja, Dziubas i Bob) amoku jest tyle, że aż iskrzy, więc po dotarciu na miejsce przesiadaliśmy się jedynie cztery razy. Bo tu za głośno, tam zabawki, gdzie indziej wrzeszczą dzieci, a tu znów nie da się jeść, bo fotele za niskie. Boszsz…w tym całym zmienianiu stolików zaliczyliśmy też wnoszenie Boba wraz z wózkiem na piętro, a potem znoszenie go na dół.

Naprawdę, nie zdziwię się, jak już nas tam więcej nie wpuszczą.

Przy okazji moja dobra passa w kuchni trwa nadal, w związku z czym w ciągu ostatnich kilku tygodni zdążyłam wyrzucić zakalcowate ciasto dyniowe, nie smażące się racuchy, zepsute mielone mięso i przypalony ryż.

Zaczynam coraz poważniej myśleć o kupnie menażki i ustawianiu się w kolejce do baru mlecznego.

Zresztą, ja zjem byle co. Bobo ma zawsze mleko i słoiczki a Dziubas obiad w pracy.

Może zamiast menażki kupię w takim razie jakiś modny lakier do paznokci i pójdę na masaż?

Ostatni, na jakim byłam był rehabilitacyjny, a fajnie byłoby mieć miłe i niebolesne wspomnienia z takich atrakcji…

Z wiadomości najnowszych, dzisiaj w nocy zdechł mi kwiatek, którego dostałam w sobotę. Tym samym chyba pobił rekord prędkości. Z tego względu nie wiem, czy to dobry pomysł, żeby kupować kolejne, które mam na oku.

Bo zobaczyłam w sklepie taki piękny skrzydłokwiat i od paru dni nie mogę przestać o nim myśleć. Tak samo zresztą jak o pewnym egzemplarzu zwanym Zamiokulkas, ale tylko z racji jego nazwy. Brzmi zupełnie jak jakieś greckie imię: Zamiokulkas Onassis.

Dziubas kolejnych roślin nie chce, ale nie wiem, czy mogę mu zaufać, bo tych pierwszych też nie chciał, a jakoś z nimi żyje.

Ponadto przechodzę jakiś turbo PMS. Wczoraj za kierownicą przeżywałam cały wachlarz emocji, od wzruszenia pięknymi żółtymi drzewami do stresu i płaczu na końcu nosa. Dzisiaj jem resztki pizzy z ostrymi papryczkami pepperoni, których normalnie nie jestem w stanie przełknąć. Wstaję bladym świtem bez narzekania, kładę się później niespecjalnie zmęczona. Nawet wyszło mi kilka syfów na twarzy, dzięki czemu poczułam się nieco lepiej i młodziej.

Poza tym miałam ogromną zachciankę poczytać jakieś babskie pisemka, więc kupiłam sobie Twój Styl (którego nie cierpię ale dodawali kalendarzyk na następny rok) i Świat Kobiety. Boszsz…otwieram a tam porady w stylu „Makijaż 40+” i „Podpatrujemy triki urodowe naszych CÓREK”. Luz.

Oficjalnie – gazet dla kobiet w moim wieku nie ma. Bo na te wszystkie Cosmopolitany i Glamoury przecież nie będę wydawać pieniędzy.

Najwyraźniej w kategorii czasopism jestem już powyżej czterdziestki i czas się z tym pogodzić.

Ponadto moje problemy ze słuchem pogłębiają się, bo podczas oglądania filmu z Dziubasem w zeszłym tygodniu, usłyszałam z ust bohatera „Podrap mi jajka” zamiast „Podaj mi rękę”.

Boszsz…wyobrażacie sobie taką sytuację wśród ludzi?! Przecież moja mina byłaby bezcenna! A jakbym jeszcze tak dała w pysk jakiemuś Bogu ducha winnemu autorowi wypowiedzi?

A teraz to dodatkowy strach, bo molestowanie stało się tak trendy jak fejsbuk i smartfony, więc musiałby się chłopina dwoić i troić z jakimś zadośćuczynieniem…

Trzeba zainwestować w aparat słuchowy i nosić zatyczki do uszu w momentach kiedy Bob piszczy albo przesuwa po całym domu stołek.

Na sam koniec będą jednakowoż dobre wieści, gdyż iż Dziubasowy plan wywiezienia mnie do lasu spalił na panewce i już na pewno go nie zrealizuje. Stało się to jasne już jakieś dwa tygodnie temu, kiedy niechcący obejrzeliśmy horror, w którym para błądząca po lesie zostaje zaatakowana i zeżarta przez niedźwiedzia.

To znaczy mężczyzna został zeżarty, kobieta przeżyła.

Big Sis mówi, że w realu było zupełnie na odwrót. Bo był to film na faktach.

No naprawdę, nie wiem czemu autorzy scenariusza odwrócili rolę ofiary – zeżarta przez niedźwiedzia dziewczyna by się tak dobrze nie sprzedała? A może to jakieś zagranie feministek?

Tak czy siak, moja noga w lesie już nie postanie, więc teraz będzie musiał wymyślić coś innego.

A teraz idę wyłączyć piekarnik, bo jeszcze tego kurczaka spalę i będziemy musieli zjeść hot-dogi z Orlena.

Druga połówka w praktyce

Drodzy Panowie – tym razem będzie o Was.

Doceniamy Was i podziwiamy nieustannie, stąd pomysł na tę notkę.

O Was – dla nas.

Czyli kobiece spojrzenie na Wasze, często, niezrozumiałe dla nas zachowania. Próba rozszyfrowania enigmy po to, żeby wspólnie żyło nam się łatwiej, a rodzina rosła w siłę, szczęście i dostatek.

1. Praktyka czyni mistrza

Mężczyzna jest istotą do bólu praktyczną. Myślącą logicznie, potrafiącą przewidywać wiele rzeczy a także posiadającą umiejętności typu naprawienie sprzętu AGD czy RTV, nie zgubienie się w trasie czy odróżnienie wkrętu od śruby.

Nie dziw się, kobieto, że nie zrozumie Twojego wybuchu radości na widok dwóch pudełeczek zamkniętych w jednym większym pudełeczku, też w kwiaty, które pięknie mogą wyglądać na komodzie w sypialni. Bo niby co on sobie może tam wsadzić? Nieprzydatne to w ogóle, kształt ma taki, że nigdzie się tego nie upcha, bo zawsze wystaje a te kwiatki to już w ogóle lekka przesada. Nie zdziw się, że zapyta po co Ci takie pudełeczka, skoro macie szafę narożną – przecież jest tam jeszcze dużo miejsca.

2. Geolokalizacja

Nie liczcie, drogie panie, na to, że mężczyzna kiedyś zapamięta lokalizację kosza na brudy, skoro w domu jest tyle terytorium do zaznaczenia uwiędłą onucą. Przyzwyczajenia są siłą napędzającą męskie działania domowe. Mokre ręczniki wciska się w róg kanapy, podkoszulki rozwiesza na krzesłach i fotelach, kuchenne rzeczy trzyma się w kuchni.

Stąd potem tyle awantur zaczynających się od: „Kochanie, podasz mi patyki do szaszłyków? – „A gdzie są?” – „W szufladzie!”

Tak oto zaczyna się walka człowieka z naturą, podczas której mężczyzna przeszukuje wszystkie 58762 szuflad, znajdując patyczki w ostatniej. W międzyczasie przechodzi kilka leveli wkurzenia, wywalając, jego zdaniem, niepotrzebne rzeczy. Potem jest zwrotka mówiąca o tym, że zmieniasz, kobieto, położenie tych rzeczy bez jego autoryzacji, że Twoja matka kupuje Wam za dużo stuffu, a na koniec refren o tym, że to Ty wybierałaś szafki kuchenne, trzeba było wybrać jeszcze więcej szuflad.

3. Myju-myju, chlastu-chlastu

Utrzymywanie domu w czystości od wieków było domeną kobiet. Kobieta próbowała sprać zapach mastodonta z dywanu, podczas gdy mężczyzna polował.

Kobietki, nie próbujmy zmieniać męskiej natury. Pozwólmy mężczyźnie przyrządzać mięso, a same wyczyśćmy co tam uważamy za stosowne i niezbędne.

Pamiętajmy o tym, że według mężczyzny zlew nie jest elementem, który trzeba myć, bo na męską logikę sam się czyści. Tak samo umywalka w łazience, brodzik, wanna czy pralka.

Nie bądźcie zdziwione, drogie dziewczyny, kiedy podczas przekazanych instrukcji mycia podłogi, zacznie się kłótnia o to, że płyn do mycia podłóg śmierdzi, tym mopem nie da się niczego umyć, a tak w ogóle to zanim on zacznie myć, musi najpierw odkurzyć, jechać autem na myjnię, odwiedzić mamę i zrobić zakupy na obiad.

Rośliny to element krajobrazu, który jest czymś żywym a więc też sam się żywi. Osobiście nie słyszałam nigdy o delikwencie, który przywitałby żonę w drzwiach wesoło krzycząc: „Kochanie, podlałem kwiatki, bo fikus w rogu zaczął gubić liście!”(Swoją drogą fikusy zawsze mi łysieją, cokolwiek bym z nimi nie robiła. Może zwyczajnie się lenią i zrzucają sierść jak zwierzęta?A może zaburzenia gospodarki hormonalnej???)

Nawiasem mówiąc nie znam żadnego mężczyzny, który znałby nazwy jakiegokolwiek kwiatka poza różą i słonecznikiem.

Dziubas zna jeszcze bonusowo storczyka, którego kiedyś dostał. A którego ja nazywam sterczykiem.

3. Przez żołądek do serca

Zapamiętać i zanotować raz na zawsze: nie przesadzajcie w kuchni!

Otwórzcie winko, pomalujcie paznokcie, weźcie długą kąpiel z bąbelkami i zróbcie normalny, domowy, dwudaniowy obiad.

Nie warto na rzecz pożywnej golonki z włosami albo zdrowego schabowego przyrządzać godzinami Fła-gra z panczettą na liściu sałaty rzymskiej skropionej dipem z czarnuszki, ylang-ylang, sandałowca i musztardy dijon.

Uwierzcie mi – za porządnego schaboszczaka będzie Was nosił na rękach do końca dnia i chwalił, że ta jego żona to potrafi gotować, nie tak jak inne baby.

4. Wewnętrzne rozterki

Wybijcie sobie z głowy wizję wspólnego urządzania domu. Tą, w której siedzicie oboje  opatuleni pod ciepłym kocykiem, z Chianti w kieliszku, przeglądając z uśmiechem katalogi firm meblowych.

Widziałaś kiedyś film „Igrzyska Śmierci” albo „Gladiatora”?

Przygotuj się na walkę – PRAWDZIWĄ batalię o ochronę tego, co kobiece, lekkie, zwiewne i różowe. Na walkę o zachowanie swojego jestestwa w tym wspólnym gnieździe.

Bądź gotowa na płacz w Castoramie, spazmy w Ikei i smarkanie w rękaw w Black-Red-White. Zabierz ze sobą neospasmine i melisę w termosie do Leroya. I pamiętaj: liczy się spokój i opanowanie. Tylko tak masz szansę pokonać przeciwnika, który w mgnieniu oka uzna, że firanki są niepotrzebne, bo trzeba je prać (ciekawe ilu mężczyzn w ogóle robi to w domu…), zechce pomalować sypialnię na szaro i czarno, wrzucić na środek czerwoną skórzaną kanapę i zapach łosia i dziczyzny w sprayu.

Bądź czujna. Kiedy Ty będziesz spać, on wybierze lampę do kuchni w formie rury z kranikiem, zdecyduje się na stolik kawowy z popękanego szkła a zamiast komody czy szafy wstawi uniwersalny metalowy regał przywodzący na myśl rzeźnię albo magazyn w Biedrze.

I przede wszystkim – nie czekaj!

Nie czekaj na moment, w którym on pochwali te piękne zasłony w kwiaty albo pomysł pastelowego różu na ścianach w sypialni. Nie dowie się dla samego siebie, co to firanka żakardowa, gipiura ani stebnowanie.

Nie doceni też miliona poduszek i poduszeczek na łóżku, bo w myśl praktycznego działania – dostałby fioła gdyby musiał je co wieczór ściągać i co rano układać podczas ścielenia.

4. Trzy kolory Kieślowskiego

Dlaczego Kieślowski zdecydował się jedynie na trzy?

Bo nie znał ich większej liczby!

Założę się, że zamiast tytułów nawiązujących do podstawowej palety, początkowo miał być zielony, mniej zielony i ciemny zielony. Ewentualnie, bardziej dosadnie: fajny, ch*jowy i pedalski. Takie wersje też krążą ;)

Mężczyzna nie powie, że wybrał te ręczniki w kolorze ecru, bo pasują Wam kolorystycznie do tych płytek kawa z mlekiem, albo że ta szmaragdowa sukienka jest lepsza niż butelkowa zieleń bo pasuje do twoich oczu. Kiedy pytasz go o milion kolorów, na jakie chcecie pomalować salon, wskaże palcem na katalog z próbkami i powie „ten!”. I naprawdę nie będzie go obchodziło, że to odcień numer 745348: „Dojrzała sierpniowa brzoskwinia z doliny Szilvasvarad”.

Kobiety moje drogie – zamiast skupiać się na tych drobiazgach, włączcie wspólnie film, wyjdźcie na spacer albo spędźcie romantyczny wieczór przy świecach – nawet przy tych samochodowych ;) Pamiętajmy, że nasi mężczyźni to źródło wszelkiej pociechy!

…Bo niby o czym miałybyśmy pisać na tych naszych blogach? ;)

Girl talk

Wydaje mi się, że ostatnio zrobiłam się jakaś taka nadpobudliwa.

Cały czas krążę niestrudzenie, bo chciałabym coś porobić a kiedy już czymś się zajmę, wydaje mi się, że tracę czas, bo mogłabym robić coś fajniejszego.

Boszsz…mam nadzieję, że to nie jakaś nerwica albo początki parkinsona.

Nadrobiłam ostatnio wszelkie zaległości w kwestii babskich spotkań, z czego jestem bardzo zadowolona, bo za chwilę nie będzie czasu na spotkania. Bo listopad, bo zimno, bo grobbing itd., itp.

Zresztą już na weekend zapowiadają jakiś orkan Grzegorz, który ma wyrywać drzewa. Dobrze, że nie mam drzew. Z żadnym Grzegorzem też się raczej nie przyjaźnię. Może to i lepiej, od razu by się źle kojarzył.

Tak więc w najbliższych dniach będą nam towarzyszyć raczej „niekorzystne fluidy” – chociaż nie znam się na tym, bo używam tego samego fluidu od lat. Tego, który kiedyś był czymś w stylu „Super stay” na cały dzień, na 12 godzin, na 24 a obecnie na 48. Producenci najwyraźniej dążą do uzyskania podkładu, który będzie się trzymał tygodniami, miesiącami aż w końcu posłuży za makijaż pośmiertny. Który będzie trzeba usuwać dłutem. Używając go zaczynam się bać, że po śmierci rozłoży mi się wszystko oprócz twarzy, a raczej tych jej części, w które wklepuję ten specyfik.

Spotykając się ostatnio z Dziką na sałatce (tym razem na serio, nie na sałatce-hamburgerze) zaczęłyśmy rozmowę od „przypomnij mi, żebym Ci dała dynię i książki, bo mam je w samochodzie!”. Oczywiście zapomniałyśmy o obu tych rzeczach – może za mało cukru nam dotarło do mózgu po tym posiłku…

Wcześniej zdążyłam kupić prezent dla jednego dziecka w formie śpiewającej zabawki. Celowałam w maskotkę dla dziewczynek, ale obie dostępne były zepsute, bo zdania, które wypowiadały były przyspieszone jakieś milion razy i brzmiały jak wiewiórka na amfetaminie. Dzika stwierdziła, że jej zdaniem tak ma być, bo to po prostu ŻEŃSKA WERSJA. Luz – zgadzam się – my, kobiety, gadamy dużo i szybko. Ale za to nas kochają ;)

Nieco później, podchmielone sałatą strzępiastą, zdecydowałyśmy, że będziemy ćwiczyć na siłowni styl foki – skoro jest styl modliszki i żurawia, to taki też może być. A wszystko przez to, że trener personalny Dzikiej wyjaśnił, że strzelając kogoś w pysk z liścia nie osiągnie swojego celu, chyba, że będzie ćwiczyć tegoż liścia na worku bokserskim. Nasza wizja tego, jak stoimy i obustronnie klepiemy ten worek przywiodła nam na myśl jedynie fokę. Bo jej odgłos, jako okrzyk bojowy, też musiałby iść w parze z tym ćwiczeniem.

Na koniec ubolewałyśmy, że nasza fryzjerka postanowiła zrobić nam na złość i zajść w ciążę, zostawiając nasze łby zaniedbane.

Dzika jest normalna, więc obcięła ją (zresztą bardzo dobrze) inna fryzjerka z tego salonu.

Ja, jako że dobrego fryzjera szukałam od lat, nie pozwolę nikomu oprócz Basi dotknąć moich włosów nożyczkami. Zapuszczam dopóki nie wróci a ja zrobię sobie z włosów pelerynę. Albo bransoletę…Pamiętacie tą piosenkę???

Na przyszłość, jak przestanie padać, mam w planie mycie okien, czyli rzeźnię na całego. 

Może jeszcze wyrobię w końcu te okulary żeby przestało mi się mącić we łbie. Dwie książki nadal czekają…no, niech będzie, że jedna – drugą zaczęłam czytać równolegle i nie wiem, co brał autor, który budował w niej zdania, ale nie jestem w stanie tego czytać.

Poza tym dziś po drodze do kina z Big Sis mam zamiar kupić dwie kostki masła, więc w skrytości wrzucę je do bagażnika i zamontuję blokadę na kierownicę. Bo jeszcze będzie zawyżało wartość auta i ktoś mi je ukradnie…

Ps. Obejrzałam też – i zaczęłam czytać – „Grę o Tron”. Winter is coming!

Ale wkoło jest wesoło, rozwalimy całe koło!

Jak pisała ostatnio Lady Makbet, 13 piątek ma to do siebie, że nie przychodzi ani 13-tego ani w piątek. Mnie odwiedził w poniedziałek, spóźniony o kilka dni, czym uśpił moją czujność.

Bydlak.

Dzień sam w sobie niczego złego nie zapowiadał, leciał dość leniwie, dopóki nie najechałam kołem na jakiś kawałek betonu i nie rozwaliłam całej opony.

Boszsz…trzymajcie mnie! Całej sytuacji opisywać nie będę, bo to nie program o zachowaniach kierowców na drodze, ale żeby zejść z drogi miłemu panu, który pędził prosto na mnie jej środkiem, przytuliłam się delikatnie na prawą stronę do jakiegoś placu budowy.

Huk był niemiłosierny, chociaż nie stało się nic wielkiego. Pfff…jak to zwykle z samochodami bywa – wiele hałasu o nic. Dziubas zjawił się dość szybko (jechałam akurat po niego do pracy), zmienił oponę w tempie błyskawicznym i wróciliśmy do domu.

Ale za to jaka była scena! WCALE się wszyscy nie gapili jak przydzwoniłam. W OGÓLE.

Ba, jedno małżeństwo w średnim wieku nawet wykręciło głowy na plecy żeby z pogardą przyjrzeć się całemu zajściu.

Ma się rozumieć, że ani jedna osoba nie zapytała „Hej, widzę, że jesteś małą drobną przestraszoną kobietą i podróżujesz z dzieckiem – może POMÓC?!”

No ale nie oczekujmy niemożliwego i nie ocierajmy się o science-fiction…

Podczas gdy Dziubas zmieniał koło, wróciłam na miejsce zbrodni (Jak przyznała Dzika – „ONI zawsze wracają na miejsce zbrodni, ZAWSZE!”) żeby spojrzeć, czy przypadkiem im tej budowy nie przestawiłam. No ale umówmy się, że trudno przestawić beton. Pod jakimś rusztowaniem z folii nawet wypatrzyłam mój kołpak, ale nie chciałam go zabierać i ryzykować kolejnej sceny w stylu: „Dzień dobry, to moje, hehe!” – chuchnąć, przetrzeć pod pachą i wrzucić Bobowi do wózka.

Najdziwniejsze jest to, że było to największe katharsis jakie osiągnęłam od dobrego 1,5 roku. Matko, ale jaki szok w ogóle! Po powrocie do domu byłam tak wyluzowana, że czułam się jak ten lotos na tafli jeziora. Nie wiem, może w końcu jakaś czara goryczy się przelała i wylałam z siebie całą puszkę pandory, ale czułam się tak lekka, że tylko krok dzielił mnie od nirwany i lewitacji.

Na koniec dnia tylko jakoś koszmarnie bolały mnie łydki – może to tam skumulował się cały stres.

Na podtrzymanie dobrego nastroju po rzeźni, jakiej dokonałam na aucie Dziubasa (dziwne, bo swoim Szprotem się tak nie rozbijam…), oglądałam z zachwytem w TV reklamy z Lidla i Biedronki, które działały na moją duszę jak balsam.

Może wkroczyłam w jakieś nowe stadium szaleństwa?

Zgodnie z tradycją, po uszkodzeniu Dziubasowozu zapytałam grzecznie Dziubasa czy tym razem też kupić mu Czekoladki Hańby, na co odpowiedział, że tym razem nie ma takiej potrzeby.

Tym, którzy nie wiedzą (a może nie pisałam o tym, już nie pamiętam) wyjaśniam: Poprzednim razem kiedy zarysowałam mu auto kupiłam w ramach przeprosin ładną bombonierkę (w TK Maxx więc pełen wypas, zagranica i te sprawy!), którą Dziubas pozostawił w szafce mówiąc, iż te czekoladki NIGDY nie zostaną otwarte, będą sobie tu leżały i mi przypominały o tym, co zrobiłam.

Także element tego typu wzajemnego wychowywania się w małżeństwie mamy za sobą.

A teraz Bobo śpi a ja jem resztkę dyniowej zupy. I jest jeszcze dobra!

Dynia mi pęka!

Żeby nie było – będę się żalić ale sama sobie zgotowałam ten los!

Zachciało mi się dyni. Matko, ale jak! Już w zeszłym roku chciałam ją kupić i zrobić z niej te wszystkie pyszne rzeczy ale jakoś nie wyszło. Tej jesieni postanowiłam, że będzie inaczej i na początku zeszłego tygodnia przywlokłam jeden egzemplarz do domu. Taką raczej mniejszą niż większą, tak na spróbowanie.

Na rozparcelowanie dyni przyszedł czas w piątek. Postawiłam ją sobie na blacie w kuchni i zaczęłam od snucia wizji i układania planu. Stanęło na zupie (o którą upominał się Dziubas) i cieście. Patrząc na dynię wydawało mi się, że nigdy na takie zachcianki nie wystarczy materiału. Po jej rozkrojeniu okazało się, że jest jej aż nadto. Rozkrojeniu – raczej rozwaleniu, bo okazuje się, że nie taka dynia łatwa na jaką wygląda. Nawet dwa razy użyłam jakiegoś toporka skompilowanego z tłuczkiem do mięsa (matko, skąd my w ogóle mamy takie coś w domu?!) aż w końcu odpuściła.

W wielkim skrócie napiszę, że wyszły z niej dwa ciasta (a w sumie ciasto i muffiny) i gar zupy. GAR. Bemar stołówkowy dla całego legionu wygłodniałych powstańców.

W kuchni stałam jedynie 4 godziny. Bałagan jaki przy tym powstał zawstydziłby niejeden krajobraz po huraganie albo tsunami. Bo szybko, bo tu się gotuje, tam stygnie, coś się pali a Bob stoi przy nodze. Wspomniany już Bob obejrzał przez te 4 godziny chyba wszystkie odcinki Strażaka Sama i Pszczółki Mai. W duchu cały czas dziękowałam twórcom tych bajek.

Podsumowując – w dynię najlepiej wbić długi i szeroki nóż, żeby zacząć, potem już jakoś idzie. Obierało się to długo, chociaż całkiem przyjemnie, do momentu sięgnięcia do wnętrza. Jak zaczęłam wydobywać z niej pestki, zrobiło mi się słabo i niedobrze, bo czułam się tak, jakbym ciągnęła kogoś za mokre włosy rosnące gdzieś WEWNĄTRZ, we flakach. Resztę pestek wyskrobałam nożem, żeby nie mieć z tym wszystkim bezpośredniego kontaktu.

Ciasto mieszałam blenderem, bo od 1,5 roku nie możemy jakoś kupić miksera, chociaż ze sprzętów kuchennych mamy nawet skrobaczkę do skórki z cytryny.

Upieczone smakuje jak zwykły biszkopt. Zupa smakuje jak przecier jarzynowy.

To, że czuję się rozczarowana efektem, to mało powiedziane. Co gorsza, mam ochotę podjąć to wyzwanie kolejny raz, ale tym razem znaleźć przepisy na bardziej wyrafinowane potrawy. To się chyba nazywa syndrom ofiary.

W sobotę, już od samego rana, powtarzałam sobie jak mantrę, żeby wracając z hiszpańskiego zatrzymać się w wiejskim sklepie po masło (bo zużyłam całe na aferę z dynią) i patyczki do uszu.

Jadąc na lekcje, recytowałam w myślach „Masło i patyczki”.

Wracając, powtarzałam już na głos „Masło i patyczki, masło i patyczki…NIE ZAPOMNIJ masło i patyczki!”.

Zatrzymałam samochód, weszłam do sklepu i stanęłam przed półką z artykułami higienicznymi. W tej sekundzie uderzyło mnie, że przecież do jasnej anielki, mam całe pudło patyczków do uszu i ŚNIŁO MI SIĘ, że ich potrzebuję.

Bosz, no ledwo dałam radę doturlać się do auta, żeby móc wybuchnąć śmiechem i płakałam całą drogę do domu. W domu zresztą też. Po prostu weszłam do środka i prawie sikałam po nogach ze śmiechu. Dziubas tylko patrzył ze zrezygnowaną miną, bo nie takie rzeczy już widział w moim wykonaniu. Po wyjaśnieniu, kiedy byłam w stanie zatrzymać rżenie i złapać oddech, nie rozśmieszyło go to wcale.

Pffff, mężczyźni! To ja się duszę całą drogę a on nic!

Niedziela minęłaby całkowicie leniwie i spokojnie, gdyby Dziubas nie poszczuł mnie pająkiem wielkości tarantuli. Wyciągając wory ze śmieciami (bo jutro na wsi wywózka) natknął się na jakąś wielką dwumetrową tubę, w której chyba kiedyś przyjechały do nas karnisze, a o której zapomnieliśmy. No to odsuwam ją z kąta żeby ją wyrzucić, a pod nią pająk. Nie nie, nie pająk. P A J Ą K. Przez duże Pe. Dorodny tłusty i ogromniasty.

Oczywiście momentalnie odskoczyłam od tuby i stwierdziłam to co zawsze – trzeba spalić dom!

Dziubas ze stoickim spokojem podszedł do pająka, który wskoczył na tubę jak gdyby nigdy nic. Oboje zadowoleni wyszli z garażu – Dziubas na nogach, pająk na tubie. Ja stoję kilka metrów od nich, bo nigdy nie wiadomo – pająkowi może nagle coś odwalić, skoczy na mnie i wyżre mi pół twarzy.

Odwracając się do nich bokiem (Błąd! Błąd!Błąd!) zdążyłam zauważyć kątem oka, że Dziubas nagle się zrywa i leci w moją stronę z tym pająkiem na końcu tuby! Normalnie atakuje mnie predatorem! I jeszcze się cieszy! Zdążyłam jeszcze wydukać „Dziubas, no co Ty…” ale momentalnie zrozumiałam, że trzeba uciekać, więc skoczyłam przed siebie wrzeszcząc wniebogłosy. I proszę – po tylu latach w końcu okazało się, że umiem piszczeć jak dziewczynka.

Dziubas, nie rozumiejąc moich błagalnych próśb o zabicie tarantuli stwierdził, że przecież to BOŻE STWORZENIE.

No błagam…pod tym określeniem widzę puszystego króliczka, kolorowego koliberka czy inną mięciutką kaczuszkę ale PAJĄK BOŻYM STWORZENIEM? Chyba prędzej szatańskim tworem z samego dna piekieł – z tego samego dystryktu co szerszenie i skorpiony…

Na koniec dodam, iż zainstalowaliśmy sobie w kuchni na oknie wyczekiwaną roletę dzień-noc. Ciemno szarą, bo wszyscy w sklepach ostrzegali, że ta biała to straszna, bo od razu brudna, bo kurz, bo jedzenie, muchy i inne takie. Po zainstalowaniu mamy ochotę się wyprowadzić, bo kuchnia wygląda teraz jak prosektorium – i to wyjątkowo ciemne. Normalnie ubojnia, czerń, dół i kilo ziemi. Na dodatek te pasy kojarzą mi się z takimi plastikowymi, które często miały w drzwiach na zaplecze panie w mięsnym. Chociaż nawet one miały białe…

P.S. Zauważyliście, że moda na jelenie trwa już kolejny sezon? Jeleń na obrazie, na ozdobnych poszewkach, sztuczne poroża do zawieszenia na ścianę – złote! Czy ja coś przegapiłam? Jest jakaś moda na leśną dzicz, czy to jakaś łagodniejsza forma przyznania się tymi rogami do czegoś przed współmałżonkiem?

P.P.S. Właśnie zobaczyłam w TV blondynkę z brwiami jak Grinch. Uświadomiła mi, że już za dwa miesiące Święta.

 

Skręty przy wkrętach

Matko…padam z nóg!

A wszystko dlatego, że jeszcze przed godziną kończyłam samodzielnie skręcać dwa mini regały i stolik z krzesłami dla Boba. Oczywiście z Ikei. Boszsz…jak naprawdę lubię ten sklep i zawsze cieszy mnie wszystko co tam kupię, już samo obdzieranie tych rzeczy z kartonów sprawia, że tracę 99% zasobów energetycznych w organizmie.

Chociaż może zacznijmy (znów!) od początku!

Nadszedł ten moment, żeby w końcu jakoś ten Bobowy pokój urządzić i myślałam dniami i nocami jak zrobić to:

a) ładnie

b) tanio

c) pomysłowo

d) żeby nie wyglądało, że jest–> patrz: punkt b

Oczywistym było, iż skończy się w Ikei – jak zwykle zresztą. Po imprezie u Szalikowej doznałam olśnienia i stwierdziłam, że po prostu muszę mieć to co ona! Odgapię, odmałpuję, skoro sama nie potrafię wymyślić! 

Początkowo nie spałam kilka nocy, bo moja ostoja meblowa leży na drugim końcu miasta – takim, do którego z jakiegoś powodu nigdy nie jest po drodze, no ale podobno te obrzeża to polityka firmy. Nie wiem, nie znam się, zarobiona jestem. Może to tak, że jak jesteś tam rzadziej to bardziej Cię cieszy. Nie wiem. Naprawdę. Tak czy inaczej, żeby tam dotrzeć musiałam przejechać kawał autostrady (a ja po prostu kocham te wszystkie cudowne pomysły kierowców pędzących po 150…), zjechać z niej i wyjechać w dobrym momencie. WCALE się nie stresowałam.

Pojechałam i wróciłam bezbłędnie.

HA! Już teraz nie będę się bała tam jeździć!

No, może tylko z tego powodu, żeby nie wkurzać Dziubasa, który tego sklepu bardziej niż nie lubi. Jak już zresztą poprzednio pisałam.

Że o ogołoconym portfelu nie wspomnę. Tak do końca miesiąca. Mamy dziś 11-ty. Luz. Jakoś przeżyjemy – mieszkamy na wsi, będziemy zbierać korzonki i padnięte sarny.

Pomijając resztę dnia, nadszedł wieczór, kiedy wreszcie mogłam rozłożyć kartony i zabrać się za składanie. Prawie jak Gwiazdka! Pragnę przypomnieć tym, którzy nie pamiętają, że „prawie” robi ogromną różnicę.

Na początku okazało się, że wcale nie jest tak łatwo roztentegować te kartony. Potem Bobo wykradał coraz to nowe części swojego stolika albo krzesełek, więc doszedł też element pościgu z partiami wychowawczymi w stylu „Nie wal tym w podłogę bo pęknie i gucio będziesz mieć a nie stolik!”

W składaniu stolika pomyliłam się JEDYNIE 3 razy. Tylko dwa razy musiałam odkręcać to, co już zakręciłam. Gołymi rękami z tym ich kluczykiem. Chciałam profesjonalnie i przyniosłam nawet Dziubasową wkrętarkę, ale nie miała na czubku tego-takiego bolca do wkręcania, więc plan wziął w łeb już na samym początku i trzeba było wszystko robić ręcznie.

Przy regałach pomyliłam się TYLKO dwa razy. No naprawdę, drobnostka.

Za to przy ostatnim regale leciałam już z pamięci i mogłabym już chyba składać je na czas.

Na sam koniec pracy byłam tak styrana, jakbym conajmniej ratowała z pożaru lasu rodzinę dorodnych jeleni i wynosiła je stamtąd na rękach.

Pot lał się ze mnie strumieniami, więc po raz pierwszy w życiu śmierdziałam tak, jak może śmierdzieć tylko klatka dzikich zwierząt w zoo w upalny dzień.

Za to dziką miałam też satysfakcję, że zrobiłam wszystko S A M A! O, TYMI rękami!

Co więcej Bobas się bardzo cieszył swoimi nowymi meblami, więc chyba jest wszystko w porządku.

Przed chwilą w końcu się wykąpałam, ba, WYPARZYŁAM pod prysznicem. Dziurawiec pienił się jak szalony. Niestety ręcznik położyłam sobie zdecydowanie za daleko od kabiny, więc zburzyłam sobie cały zen na koniec dnia. Teraz siedzę z mokrą głową i myślę o tym, że jest jeszcze jeden karton z kwadratowym regałem i chce mi się w niego przywalić łbem tak, żeby już nie nadawał się do recyklingu.

PS. Od kilku dni Dziubas puszcza mi instruktaże jak zrobić w dziczy lepiankę i gliniany piec (żebym nie zmarzła na zimę) a następnie dorzuca kawałki Kasi Kowalskiej (te najstarsze) i Klenczona (te jeszcze starsze). Chyba liczy na to, że sama się wyniosę. Nie wie, że mam jeszcze schowaną w łazience jedną parę zatyczek do uszu…

 

 

Szlachetne zdrowie?

Przepraszam bardzo, ale czy ten świat jakoś ostatnio nie zwariował? Nie na punkcie anorektycznych modelek czy bezglutenowej żywności ale z powodu suplementów diety i innych leków?

Ja wiem – mamy starzejące się społeczeństwo, konkurencja na rynku farmaceutycznym pewnie spora, a tu zima idzie, cukier drożeje, dzieci butów nie mają (znacie ten kawał???). Jestem w stanie sobie wyobrazić, że skoro mamy doktora google to inny nam niepotrzebny a w związku z tym suplementy możemy sobie wybierać jakie tylko chcemy w zależności od pory dnia, nastroju albo fazy cyklu.

Ale czy to co się dzieje w mediach to nie lekka przesada?

Już nie wspominam o tym, że jadąc autem nie słucham radia przez reklamy leków i to zazwyczaj te same w kółko. Telewizji nie oglądam zbyt wiele, ale jeśli już się zdarza, trafiam na gigantyczny blok reklamowy trwający nieraz kilkanaście minut, w którym prezentowane są najmodniejsze specyfiki. I tak – przykładowo – na 20 reklam, jakieś 15 to prochy. Posegregowane, ma się rozumieć, według pór roku. A więc na wiosnę preparaty na odchudzanie, na lato na ukąszenia owadów, a jesień i zima to głównie pole do popisu tych na przeziębienie i grypę.

Tylko czy tego wszystkiego musi być naprawdę AŻ TYLE?!

Siadam sobie do kolacji i włączam TV, bo a nuż leci jakiś dobry film albo dokument.

Otwieram lodówkę i sięgam po masło, a tam uderzenia gorąca podczas menopauzy.

Kroję pomidora na sałatkę a tam grzybica stóp.

Przeżuwam kanapkę a ze szklanego ekranu macha do mnie biegunka.

Popijam to wszystko herbatą, do której zagląda mi prostata.

Boszszsz…no błagam Was!

Już naprawdę nie widzę sensu samego w sobie, żeby takie reklamy puszczać, bo od doboru leków mam lekarza albo farmaceutę. Ale na litość! Jak zdesperowanym trzeba być, żeby już na przykład zagrać w takiej reklamie?

Już widzę siebie w kolejce na casting do reklamy jakiegoś specyfiku, z numerkiem na klacie i formularzem z danymi osobowymi w ręce. Portfolio, zdjęcie, dokonania artystyczne na przełomie ostatnich 20 lat, ze śpiewaniem w przedszkolnym chórze „Krasnale” włącznie.

Wywołują moje nazwisko, staję na jakimś czarnym punkcie przed jury jak w Idolu i mówię „Dzień dobry, ja na casting do problemów intymnych!” I co dalej? Szanowna komisja pyta mnie jaka jest moja motywacja? „Bo ja to zawsze chciałam opowiadać o chorobach wenerycznych, pan spojrzy, w 2007 już grałam twarz rzeżączki w jednej reklamie!”

No wybaczcie, ale jakoś nie umiem sobie wyobrazić, że ktoś o zdrowych zmysłach się na to decyduje…

A tymczasem idę pod prysznic i na wszelki wypadek nie włączę dziś TV, bo obawiam się bliskiego kontaktu z zaparciami…

Spoko oko

Tydzień zleciał a ja ledwo zdążyłam uciekać przed szerszeniami, wymyć dom (jako-tako, umówmy się, że sprzątanie gruntowne przewiduję jak Bob pójdzie do przedszkola…), pobyć przez jeden dzień słomianą wdową i oślepnąć na jedno oko.

Ale po kolei…

W jednym z drzew niedaleko naszego domu zamieszkał szwadron trupich główek SS w osobie szerszeni. Przyjęłam ten fakt z obrzydzeniem i gęsią skórką, chociaż koło nas niespecjalnie się pojawiały. Tak mi się przynajmniej wydawało do momentu, kiedy około 23.00 jeden wleciał nam do domu a Dziubas szybkim ruchem ninja grzmotnął go klapkiem i przygniótł do szyby. Stany lękowe i odruch wymiotny włączyły mi się tuż po tym, jak okazało się, że ów jegomość w ferworze walki WGRYZŁ się nam w firankę. Bosz…do dzisiaj jest mi jakby słabo i niedobrze jak sobie to przypomnę. Od niedawna te sukinstwory zamieszkały chyba w kolejnym drzewie, tym razem na prawo od nas, więc spacerujemy jedynie na lewo. Na dzień dzisiejszy czekam na pierwsze przymrozki, najlepiej takie gwałtowne -20, żeby im tam wszystko wymroziło. Po co to żyje, ja się pytam?!

O sprzątaniu rozpisywać się nie będę – nadal fantazjuję o godzinach szorowania szafek, brodzika i leinwie błogiego układania rzeczy w szafach. Póki co buty letnie mieszają się z jesiennymi, ręczniki w ramach suszenia się wiszą na balustradzie schodów, a jeśli nie uprzątniemy w końcu rzeczy w garderobie, zamieszka w niej opos albo stado bezdomnych szopów. Ach…szopy! To byłoby coś! Mógłby prać mi ręcznie te rzeczy, które się nie nadają do pralki…

Perspektywa piątku spędzała mi sen z powiek, bo Dziubas miał firmową imprezę, która miała trwać do soboty. Uprosiłam go, żeby jednak wrócił tego samego dnia (Bo przecież to TYLKO 1,5 godziny drogi od nas…) bo w głowie miałam wizję mordercy z hakiem pod drzwiami, dziewczynki z Ringu pod prysznicem i zabójczego klauna za kanapą. Dzień należał do wyjątkowo spokojnych, gdyż Bob w prezencie dla mamy postanowił przespać trzy godziny, więc byłam więcej niż zadowolona. On też. Dziubas wrócił lekko po 23.00 kiedy już…spałam. Luz. Dobrze, że się nie wkurzył, kiedy taka rozespana otworzyłam mu drzwi. Oczywiście potem nastąpiło rozświetlenie całego domu, bo trzeba rozwiesić ubrania (boszsz…kto w październiku jedzie na RAFTING?!), wykąpać się i tym podobne. Całe szczęście jakoś w tej światłości udało mi się usnąć. Spałam błogo jakoś do trzeciej, kiedy Dziubas stwierdził, że chyba jest przeziębiony (Powtarzam: Kto? Na rafting? W październiku?!) i musi coś zażyć. Do znalezienia tego czegoś należało zatem włączyć wszystkie światła i kopać w wiadrze z lekami (Tak, mamy ich całe pudło. Apteki mogą nam pozazdrościć asortymentu…), przy okazji robiąc porządku i wyrzucając szeleszczące opakowania i ulotki do szeleszczącego worka na śmieci. Apapu, który leżał na wierzchu nie znalazł, ja musiałam wstać i mu go podać. Rano wstał zdrowy. Ja wstałam niewyspana z samopoczuciem typu zombie na haju.

Weekend spędziliśmy na niedalekich podróżach w poszukiwaniu dobrego miejsca na spacer. W międzyczasie ja zahaczyłam dwa salony meblowe (nadal szukam niedrogiej małej komody i małego kawowego stolika) bo Dziubas przekonywał mnie, że Ikea jest be i inne meble są dużo lepsze i ładniejsze. To nic, że 99% naszego wyposażenia pochodzi właśnie z Ikei. Nie znalazłam nic, chociaż w jednym salonie zakochałam się w ogromnych stojących zegarach z wahadłami. Matko, nawet nie wiedziałam, że jeszcze ktoś to robi! Mogłabym siedzieć w miękkim fotelu, z ciepłą herbatką w ręku i obserwować jak to wahadło się buja w jedną i drugą stronę.

Spacer numer dwa był udany odrobinę mniej, gdyż na miejsce docelowe najpierw wybraliśmy parking pod jakimś Kościołem, pod którym nie było nic oprócz dwóch pojemników na używaną odzież i jednego szerszenia. Ostatecznie trafiliśmy do mieściny, w której akurat odbywał się pogrzeb i dzwony obudziły nam Boba, więc wróciliśmy do domu. Jadąc 45 minut (w jedną stronę) po to, żeby przespacerować się jakieś 15.

Dzisiaj za to postanowiłam wyrobić sobie nowe okulary, gdyż moje stare zerówki już się powkręcały, a chciałam mieć jakiś antyrefleks na nocne wojaże samochodem. Oj, bo jak robi się ciemno to ja mam kurzą ślepotę i oślepiają mnie światła innych samochodów świecące mi prosto w ryłko.

Po spędzeniu kilku dobrych minut na badaniu wzroku i mierzeniu 67845832 typów soczewek, pani stwierdziła, że mam iść do okulisty, bo w prawym oku nie widzę nic, a przed chwilą jeszcze widziałam.

Matko…To już ten wiek. Okulary na stałe! Jak to w ogóle będzie wyglądało?! A już wybrałam tam sobie takie ładne brązowe oprawki…Pocieszające jest to, że Pani początkowo obliczyła mi minus półtora ćwiartki w każdym oku, a ćwiartka przywodzi na myśl zawsze dobre towarzystwo i głośną muzykę…No i te całe cylindry! Nie wystarczy, żebym miała je w samochodzie? Na oczach też muszę?! To może załatwię sobie jeszcze taki cylinder na głowę i już w ogóle wstąpię wolontaryjnie do psychiatryka? Będę prowadzić wieczory poezji śpiewanej i sprawdzać godzinę na zegarku z łańcuszkiem? A jak będę duża to załatwię sobie szklane oko!… Na fundusz!

PS. Bob zaczął mówić „TATA”. I niech ktoś mi powie, że życie jest sprawiedliwe ;)