Trzy.

Trzy. Tyle tygodni zajęło nam dojście do siebie po tajemniczym wirusie, który zawładnął naszym domem, rozwalił wszystko na swojej drodze i kopał meble.

Tajemniczym, gdyż iż nie spotkałam się jeszcze z czymś, co niby przechodzi po antybiotyku a za dwa dni wraca i postępuje tak w sumie dwa razy. Chociaż ja osobiście obstawiam jakiś szczep ptasiej grypy, bo podczas jej szalejącej – ponoć – epidemii jedliśmy same kurczaki. Codziennie. Tłumaczyliśmy sobie wówczas, że wyjadamy słabe jednostki.

W ciągu tych trzech tygodni przyszło do nas przedwiośnie, przyjechali panowie śmieciarze (mają tu przystanek raz w miesiącu, więc jak na wieś przystało, jest to wielkie wydarzenie) i zostawili nowe worki zawiązane w enigmatyczne kształty ni to precelka, no to kwiatu (następnym razem spodziewam się pudelka albo żyrafy) a Bobo wyhodował nowy ząb i nowy rytuał.

Otóż za każdym razem, kiedy się rozpłacze (obojętne z jakiego powodu) należy wziąć (kto inny spokojnie może WZIĄŚĆ, ale profesor Miodek i ja musimy WZIĄĆ) go na ręce i zanieść do kotłowni na przysłowiowe trzy zdrowaśki. Zmiana nastroju i okrzyk w stylu „Heeeej!” następuje tuż po naciśnięciu klamki.

No naprawdę. Spodziewałabym się różnych trików, z przekupstwem włącznie ale to? Czy on tam widzi coś magicznego, czego ja nie widzę? A może jest tam tak ładnie? Albo ulatniają się jakieś opary z pieca i stąd taki mały haj?

No cóż. Próbowałam polepszyć sobie nastrój w taki sposób, ale na mnie ewidentnie nie działa. Musi być słodkie albo buty i koniec, kropka. 

Dziubas w ramach dochodzenia do siebie, niedługo po zakończeniu kuracji antybiotykiem, poszedł na saunę i basen. LUZ. Ja bym chyba umarła fundując sobie taką rozrywkę po zapaleniu oskrzeli, ale Dziubas ewidentnie żyje. Siedzi właśnie przy stole i wklepuje jakieś kody do Matrixa. Swoją drogą ten sam sposób poprawiał mu codziennie samopoczucie w chorobie. Mam na myśli wlepianie się w ekran. Kiedy zasugerowałam, żeby może odpoczął, bo mnie na przykład zawsze boli głowa, kiedy jestem chora i oglądam tv, zrezygnowany przesiadł się na laptopa, a potem na komórkę.

Nawet tego nie skomentuję.

Ale jest już dzisiaj, 17 marca, wiosna, ptaki śpiewają, dzień jest dłuższy! Czas na jakąś spektakularną metamorfozę!

Myśląc w ten oto sposób wyrzuciłam praktycznie wszystko z szafy, natchniona dodatkowo programem „Trinny i Susannah ubierają kogośtam”. Generalnie nie mam w czym chodzić, a co gorsza wydaje mi się, że Dziubas może nie zrozumieć faktu, iż potrzebuję ubrań, kiedy właśnie się takowych pozbyłam.

Poza tym nadal intensywnie myślę, żeby zacząć się ruszać. Sama myśl o aktywności fizycznej powoduje, że jest mi niedobrze, no ale podobno ruch to zdrowie. Poza tym dowiedziałam się, że pies mojej Big Sis zaczął ćwiczyć na bieżni i chodzić na aqua-aerobik, więc jest mi trochę łyso. PIES! Rozumiecie to?!

Już widzę jak w czepku kąpielowym robi fikołki w basenie z jakimś makaronem w przednich łapach…

Póki co jest 21.00, piątek a ja zjadłam właśnie sześć ciastek barłożąc (barłożenie u nas w domu oznacza jedzenie w łóżku) w ukryciu przed Dziubasem.

Teraz obmyślam jak mu wytłumaczę ewentualną obecność okruszków na jego połowie łóżka. Nowy proszek do prania? Kosmici? Ciasta nazywają się Kruszynki, więc wybacz, ale inaczej być nie mogło, bo to świadczyłoby źle o ich producencie?

PS. A jutro mamy wychodne! :) 

Rozmowy kont-rolowane

Noc. Śpimy, ale Dziubas jak zwykle się wierci.

W półśnie pytam go:

-Jak się czujesz Dziubasku?

- Źle.

-To znaczy co Ci się dzieje?

- Czuję się tak…SUROWO.

- Surowo??

- No…jakbym zjadł coś surowego.

 Po czym odwraca się na drugi bok i zasypia chrapiąc.

 No i proszę.

 Surowo.

 Ktoś wie, co się z tym robi?

Pewna żaba była słaba

Cechuje mnie głównie niecierpliwość. Wszystko zawsze trwa jakoś za długo, mogłoby się już skończyć, mógłby już być weekend, lipiec, Boże Narodzenie itd.

Na dzień dzisiejszy od tuptania w miejscu w oczekiwaniu na różne rzeczy, zakwasy mam wszędzie.

I tak dwa tygodnie temu nie mogłam się już doczekać, żebyśmy wyjechali na weekend na Słowację. Potem żebyśmy już dojechali do domu. Następnie, żeby Dziubas już wyleciał w tą delegację, bo jak już wyleci, to wróci na pewno szybciej.

Oczywiście wiadomością o wyjeździe byłam zachwycona. Dziubas, który w Stanach tym razem spędził na miejscu 3 dni, z tego drugie tyle w powietrzu, również.

Bosko. Następnym razem proponuję firmie, żeby wysłała go tylko na to jedno jedynie super ważne spotkanie o 17.00.

Spotkała go także wątpliwa przyjemność załatwiania sobie wizy i zrobienia zdjęcia, na którym wygląda jak przestępca. Bałabym się spotkać tego Dziubasa ze zdjęcia w ciemnej uliczce.

Skoro Dziubas wzbił się w powietrze, zimowaliśmy z Bobem u mamy (w sensie mojej, nie jego), a tam znów nie mogłam się doczekać kiedy Dziubas już wróci i będziemy w domu. Minęło kilka dni kiedy Bob radośnie dyrygował gdzie go nosić, a ja korzystałam z chwilowego zastępstwa szalejąc w supermarkecie na dziale z żelami pod prysznic. Bo mogłam sobie tam stać nawet 15 minut i wyniuchać wszystko co mieli na składzie.

Trafił się też Tłusty Czwartek, który, w odróżnieniu od zeszłego roku, obchodziłam. Jeśli rzecz jasna można to tak ująć. Rok temu wracałam akurat taksówką od lekarza z gigantycznym brzuchem, zastanawiając się czemu wszyscy w mieście noszą pudełka po butach i jak to możliwe, że jest najwyraźniej jakaś mega wyprzedaż a ja nic nie wiem.

Kiedy nareszcie Dziubas wrócił, nie mogłam się doczekać, kiedy odeśpi i porobimy wszyscy razem coś super ekstra!

Z podróży przywiózł ze sobą mój ulubiony batonik Reese`s i zapalenie oskrzeli.

Mój ambitny plan pod tytułem Family Fun Time dostał prosto w ryj.

Dwa dni później Bob zaczął ząbkować.

Boszszsz…Nie wiedziałam, że da się wytrzymać takie combo w stylu chory mąż i ząbkujące dziecko. Okazuje się, że można. A i owszem. Poprzez rezygnację i kompletny nihilizm.

Obiad się przypalił? -Trudno. Wylałam sobie czajnik wody na pół kuchni i zalałam całe jedzenie? – No i co? Podłoga zaczyna się kleić do stóp? – Oj tam. Teraz przynajmniej nie będziemy się ślizgać chodząc w samych skarpetkach.

W tak zwanym międzyczasie przyszła wiosna. Piękna, ciepła i pachnąca. Kwiaciarnie pootwierały drzwi i poustawiały na zewnątrz cudne kolorowe tulipany, żonkile i hiacynty. Wdychałam, zachwycałam się, łapałam promienie słońca.

I nadszedł piątek. Dziubas i Bob doszli do siebie. Ja w prezencie dostałam ból gardła i stan podgorączkowy.

Cudownie.

WCALE nie jestem wściekła. W ogóle.

Ehhh…A już witałam się z piękną wiosną. Miałam przed oczami zieloną trawkę i wycieczki. A tu proszę.

Niech to się już skończy…

* * *

Odebrałam dziś telefon od mojej mamy, która poinformowała mnie, że dzwoni, bo nie będzie mogła ze mną rozmawiać (Nawet nie chce mi się tego analizować…). Chciała mi tylko powiedzieć, że wycisza telefon, bo jest teraz na pogrzebie, właśnie się zaczął i nie wypada wtedy dzwonić.

Już wiem po kim odziedziczyłam szaleństwo…

Żyje się tylko dwa razy?

Ja wiedziałam, że wyjście z domu to ostatnimi czasy pomysł dość ryzykowny. Do wczoraj jednak nie byłam świadoma, że AŻ TAK.

W ciągu 45 minut spędzonych za kierownicą wgrzmociłby się we mnie tir, drogę przebiegł jakiś dziki zwierz (Naprawdę nie mam pojęcia co to mogło być, ale było tłuste, miało puchaty ogon i jak na mój gust przypominało szopa pracza) a na koniec z dachu ciężarówki jadącej przede mną spadła szyba lodu i roztrzaskała się tuż przed moją maską.

Co to w ogóle ma być, ja się pytam?! Zamach?! Oszukać przeznaczenie???

Do domu wróciłam w stanie zwiastującym conamniej rozległy zawał. Bosz. No nie chcę czasami być już kierowcą. Weźcie sobie to prawo jazdy, wymieńcie na kartę miejsko-wiejską i dorzućcie rozkład busa.

Do stanu normalności doprowadził mnie niemalże od razu Dziubas szukający po raz 768674980 tego dnia swoich spodni. Panika więc przeszła mi od razu, bo zaczęłam się zastanawiać nad wszczepieniem mu jakiegoś lokalizatora swoich ubrań.

Ponadto, z moich ostatnich obserwacji wynika, że straciłam słodki smak. Kiedyś nie istniała dla mnie rzecz za słodka. Wciągałam wszystko i domagałam się dodatkowego karmelu. Teraz zaczęło się u mnie wydziwianie. Doszło nawet do tego, że z szuflady, w której leżała czekolada mleczna z orzechami, wafelki i pół tabliczki czekolady gorzkiej, wybrałam jedną małą kostkę tej ostatniej.

Ja. Która zwykłam mawiać „Gorzka czekolada, to nie czekolada!”.

Boszsz…to już to. Czas umierać.

Normalnie obawiam się, że pewnego wieczoru otworzę swoją ulubioną książkę, zrobię sobie herbatę (oczywiście gorzką, bo jak patologia to już na całego) i zagryzę wesoło surowym boczkiem.

Zdążyłam też dziś wieczór znienawidzić Castoramę. Podczas gdy Dziubas szukał jakiejś taśmy/folii czy coś w tym stylu, ja zobaczyłam siebie w lustrze łazienkowej szafki. Oczywiście w ciągu kilku sekund przeżyłam kryzys osobowości i starałam się zorganizować jakąś papierową torbę na twarz. W przypływie nagłego omdlenia umówiłam się na przyszły tydzień do mojej fryzjerki. Jako, że nadal nie wiem czego chcę, to WIADOMO jaki też będzie efekt tej wizyty.

A pomyśleć, że dziś przy śniadaniu krytykowaliśmy z Dziubasem wszystko co sztuczne, silikonowe i nabotoksowane.

Bo starzeć trzeba się z godnością!

Tak więc jutro godnie podążę do apteki po Valium.

Ech…idę po rurkę z kremem.

Brednie wieczorową porą

No dobra. Ja wiem. WIEM, że w lecie będę jęczeć, że nienawidzę gorąca, ale halo! Czy ktoś nie przesadza z tą zimą?

Rozpieściło mnie totalnie globalne ocieplenie i nie umiem już funkcjonować normalnie kiedy w lutym jest śnieg i mróz.

Nie chce mi się już ciepłych barchanów i tysiąca warstw ubrań, w których czuję się nieświeżo jakieś kilka sekund po prysznicu. No po prostu nie umiem w zimie czuć się dobrze ani dobrze wyglądać, kiedy ujemne temperatury zmuszają mnie do przywdziania wszystkiego co mam w domu. Oczywiście po chwili spędzonej na zewnątrz i tak robi mi się zimno, więc równie dobrze chyba mogłabym paradować w negliżu. Nawiasem mówiąc, wydaje mi się, że ostatnio większa część społeczeństwa wychodzi z takiego założenia, bo na największych mrozach obserwuję panie w cieniutkich cielistych rajstopach i młodzież z gołymi kostkami.

Daję słowo, chyba coś mnie ominęło.

Naprawdę nie jestem w stanie zrozumieć o co chodzi. Nie dociera do mojego zmarzniętego móżdżku jak można mieć na sobie ciepłą kurtkę, ogromny szal i wełnianą czapkę a na dole golusieńkie kostki. Czy to się jakoś ostatnio stało modne, seksi, na topie? Bo rozumiem, że ten modowy fenomen zaobserwowano pewnie jak zwykle na jakiejś wątpliwej celebrytce przechadzającej się pod czujnym okiem paparazzi do kawiarni w jakiejś słonecznej Kalifornii. Jeśli przyszło to do nas z Zachodu, to naprawdę gratuluję wszystkim naśladowcom. Bo kiedyś uważałam za dziwne kozaki na +30. Teraz już widzę, że nie zdziwi mnie nic.

Póki co wyleczyłam się ze śpiączki i odespałam chyba wszelkie zaległości. Jak zwykle moje sny mnie nie zawiodły i kiedy Dziubas budził mnie rano pytaniem czy wstajemy, ja nadal śniłam, że chcę odsprzedać bilet na koncert heavymetalowego zespołu o nazwie Obrzygane Kołnierze.

Moja nocna inwencja twórcza nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać. Obstawiam, że sąsiedzi nocami spalają potajemnie jakieś odpady radioaktywne i stąd ten senny haj.

Poza tym wieczorami staram się zaszyć w naszej sypialni i czaić w ciemnościach. Bo wieczorami Dziubas ZAWSZE usilnie stara się znaleźć mi zajęcie. Conajmniej jakby to był jakiś punkt honoru.

Ostatnio na przykład w ramach relaksu przenosiliśmy wszystko z jednego pokoju do drugiego i układaliśmy folię i piankę pod panele. WCALE nie byłam zmęczona. Wykorzystywałam każdy moment na to, żeby się na tej ziemi zwinąć w kulkę. Dziubas się cieszył, że trzymam mu tą folię, więc wszyscy byli zadowoleni.

Normalnie obawiam się, że pewnego razu wejdzie wesoło do domu i powie „No to co, Dziubaśniku? Do rrrrroboty! Trzeba skosić trawę, przekopać ogródek i wywieźć gnój  sąsiadom!”.

Poważnie rozważam zainwestowanie w jakąś kolekcję moro, żeby stać się niewidzialną i wtopić w otoczenie. Tak na wszelki wypadek.

A moje problemy psychiczne chyba się pogłębiają z każdym kolejnym miesiącem posiadania Boba. Każdego dnia marzę o tym, żeby był już wieczór, a potem, kiedy Bob już zaśnie, jest mi jakoś nieswojo. No nie wiem. Jakbym za nim nagle tęskniła. No to wchodzę do pokoju, sprawdzam czy śpi, czochram delikatnie po tym ananasie, co mu ostatnio sterczy ze środka głowy.

Oprócz tego od jakiegoś czasu walczę ze sobą, żeby nie pójść do fryzjera. Bo wiem, że nie wiem czego chcę. A raczej wiem, że za każdym razem mam ochotę na coś innego. A zatem cokolwiek ten fryzjer mi nie zrobi, na bank wrócę zrozpaczona, niezadowolona i z ogromnym poczuciem niesprawiedliwości, że czasu cofnąć się nie da. Kiedy mam jasne, chcę ciemne. Kiedy mam krótsze, chcę zapuszczać. Boszszsz…to się chyba nazywa bycie kobietą. Albo schizofrenia. Jeszcze nie wiem i chyba nie chcę wiedzieć.

Ponadto, w ramach absurdów z życia zewnętrznego, Dzika zadzwoniła do mnie wczoraj popołudniu, żebym jej pomogła napisać wierszyk na 150-lecie firmy, bo została wytypowana. I to nie może być wierszyk śmieszny, musi być POWAŻNY.

Matko…No i co teraz?

Bo rozumiem, że krótka w forma w stylu „Na górze róże, na dole fiołki, wreszcie się zwalniam, wy tępe matołki!” w grę nie wchodzi zupełnie. 

No więc NIE WIEM. Będziemy musiały urżnąć się do nieprzytomności i stworzyć coś sztywnego jak drut, no bo jak inaczej? Tak na trzeźwo?

Ech.

Chce mi się fasolki po bretońsku…

Dream a little dream

Zapadam w sen zimowy. Teraz, w lutym. Mam ochotę zakopać się w jakiejś gawrze, zedrzeć kołdrę z pierwszego lepszego niedźwiedzia jakiego tam znajdę i chrapać aż do wiosny. Albo do dnia, w którym ciśnienie będzie wyższe.

Całymi dniami staram się podtrzymywać głowę, która uparcie opada, niezależnie od tego, co właśnie robię.

Ostatnio dzięki temu na przykład wpadłam na ścianę i powiedziałam „przepraszam”.

Oczy łzawią mi codziennie. Oba. Lewe jak zwykle bardziej.

Dzień jest za długi, noc za krótka. Czyli całkowicie odwrotnie niż zazwyczaj w zimie.

Dziubas, mając jakąś chwilę wolnego, zakopuje się pod sterty narzut i pościeli. Nurkuje pod spód pod wszystko, co aktualnie znajduje się na łóżku. W ten oto sposób tworzy nam w sypialni piękny cygański skansen. Trudno. Chce mi się spać, więc nie rusza mnie to.

Co do rzeczy nieruszonych, żelazko nadal spoczywa w szafie. Nieodpakowane. Czeka na moment, kiedy Bobas pójdzie do szkoły na 8 godzin i będę mieć czas na prasowanie naszych rzeczy.

A na zewnątrz znów pada śnieg. Cichy i mięciutki.

Mięciutki jak kocyk, którym można się przykryć po same uszy i zasnąć na jakieś 12 godzin bez przerwy. Spać, SPAĆ, S P A Ć!

Boszszsz…ktoś wie, jak to wyłączyć?

Aktywistka-społecznica

Nareszcie ruszyła machina wychodzenia z domu. I to ruszyła z takim rozmachem, że dziś jest piątek i to pierwszy dzień w tym tygodniu, kiedy faktycznie zamierzam być w domu od rana do wieczora.

Otóż byłam w kinie dwa razy. DWA RAZY. Dwa dni pod rząd. Istne szaleństwo!

W poniedziałek wybrałyśmy się z Big Sis na horror, podczas którego przez większość czasu ze strachu oglądałam swoje kolana i nerwowo przeżuwałam żelki. Na koniec stwierdziłyśmy, że w sumie był bardzo kiepski. Nie wiem skąd u mnie taka opinia, skoro w sumie właściwej akcji nie widziałam wcale. To chyba intuicyjne.

We wtorek w babskim gronie oglądałyśmy La La Land. Zanim do tego doszło, ustalenie miejsca, czasu i filmu zajęło nam jedynie 50 mailów. Drobiazg. W dotarciu na miejsce, z całej naszej szóstki przygody w drodze miały tylko trzy, więc bilans nie jest taki zły. Jak na kobiety.

I chociaż zdarzyło mi się na tym filmie ziewać wielokrotnie albo parsknąć ze względu na kompletnie absurdalne sceny bądź dialogi, to teraz, kilka dni później, nie mogę o nim zapomnieć. I muszę się pogodzić z tym, że nigdy nie będę grać w musicalu, stepować na środku ulicy, a ludzie stojący w gigantycznym korku nie wylecą ze swych aut na środek żeby radośnie podskakiwać. Już trudno.

Po powrocie o godzinie 1 w nocy (Boszsz…nie wiem kiedy ostatni raz wracałam o takiej godzinie), kiedy to zgubiłam się skręcając nie w tę ulicę co trzeba, okazało się, że Dziubas zdążył w salonie wydeptać dziurę głębokości dwóch metrów, bo myślał, że wrócę o wiele wcześniej i chyba myślał, że porwał mnie jakiś Kuba Rozpruwacz.

Dzień później miałam okazję przypomnieć sobie, że miasto to dżungla i że wcale a wcale za nim nie tęsknię. W tramwajach wszyscy się ze sobą kłócili, przepychali i wyładowywali swoje frustracje. Na koniec jakiś gość głośno przypominał, żeby zapoznać się koniecznie z jego stroną na facebooku dotyczącą praw w Unii Europejskiej, grożąc, że „skończy się nieprzestrzeganie praw” i ostrzegając, iż „statystyki są przerażające” bo „90% społeczeństwa cierpi na paranoję”. LUZ. Nawet nie umiem tego skomentować.

Do domu wróciłam wykończona i potrzebowałam konkretnego peelingu żeby zetrzeć z siebie te wszystkie cudowne wrażenia.

Dziką za to nabrał na 20 złotych rzekomy żołnierz, który po otrzymaniu od niej tej kwoty, podarowanej z dobrego serca podobno na powrót do Trójmiasta stwierdził, że za tyle to on nigdzie nie dojedzie, zażądał jeszcze stówki, a kiedy jej nie dostał, rzucił w stronę Dzikiej jakąś szwaczką (określeniem najstarszego zawodu świata) i poszedł sobie, zostawiając ją ze szczeną w kolanach przy bankomacie.

Dziubas za to, spędzając wieczory w roli słomianego wdowca, zachwycony nie był. Wyciągnięty przed telewizorem (którego nie chciał, a który ostatecznie kupił i teraz ogląda go non-stop) marudził coś o tym, że nic nie słyszy, że nie wypiłam herbaty i że jak to w ogóle może tak być, że najpierw gotuję wodę a potem nic nie piję. Przy takiej okazji postanowiłam wytknąć mu, że co jak co, ale komplementu to ja już dawno od niego nie dostałam.

Biedny Dziubas, dwojąc się i trojąc w wymyśleniu czegoś, co mnie usatysfakcjonuje, stwierdził (mając na myśli fakt, że nareszcie mogłam wyjść gdzieś i się rozerwać) FAJNIE, ŻE SOBIE POSZŁAŚ.

Boszszsz…chyba muszę go zapisać na jakiś kurs komplementowania, bo domowe korepetycje najwyraźniej nie przynoszą efektu.

A przedwczoraj na koniec dnia usłyszeliśmy w tv, że taniec kobiety to „potrząsanie macierzyństwem” i że istnieją ludzie, którzy dziś, w XXI wieku, „malują” swoje domy krowim łajnem i jogurtem.

Dziś powracam do rytuału prania, bo nasz kosz na brudy już nic w sobie nie mieści, a nawet chyba samoistnie pozbywa się części rzeczy, które leżą wokół niego na podłodze. Potem pobiegam za Bobongiem, wrzucę do gara jakiś pseudo-obiad i nałożę na twarz maseczkę relaksującą, którą trzeba potem zrywać dłutem.

Bo już jutro urodziny Lindy :)

Blue Friday?

Albo coś mi się pomieszało, albo piątek 13-tego już był. W zeszły piątek. Trzynastego.

Do mnie najwyraźniej dotarł z opóźnieniem godnym PKP albo Poczty Polskiej.

Przez ostatnie kilka dni miałam mega kumulację.

Najpierw urobiłam się po pachy żeby zrobić obiad, który potem praktycznie cały nadawał się do wyrzucenia. Potem Bobas obrzygał mi plecy, a na koniec wyciągając wózek z bagażnika uderzyłam się z całej siły półką w oko. Które oczywiście przez następne pół godziny bolało, szczypało i łzawiło jak wściekłe.

Dziubas stwierdził, że ma nadzieję, że nie jest podbite, bo nie wyjdzie ze mną na ulicę. Będzie mu wstyd, bo wszyscy pomyślą, że mąż mnie pobił.

Boszszsz…

Do tego płaczę jak oszalała na piosenkach country i mówię naokoło, że nie jem słodyczy tylko po to, żeby za kilka godzin zjeść 1/3 opakowania ptasiego mleczka.

Od zawsze podziwiałam swoją żelazną konsekwencję w dążeniu do celu…

Na dodatek Bobas jest od dwóch dni hiperaktywny a ja mam chyba kontuzję wszystkiego co możliwe w organizmie od latania za nim po domu. I pilnowania, żeby nie zjadał rzeczy z podłogi, co graniczy z niemożliwością.

Jestem zmęczona. I śpiąca. I zmulona nadmiarem słodkiego.

Chcę wakacji. I drzewo w doniczce. I przemalować pokój.

Obudźcie mnie w maju…

Antydepresant raz!

Generalnie ludzie jakoś dziwnie lubią się dołować. Lubią narzekać, rozpamiętywać, zamartwiać się dosłownie o wszystko. A już najlepiej o wszystko, co może im się przytrafić, choć szansa na to jest mniejsza niż na trafienie szóstki w totka.

Tendencje do zachwytu nad jakąkolwiek formą umartwiania się zauważyłam w wieku kilkunastu lat i już wtedy powiedziałam sobie, że co to, to nie! Ja umywam ręce, spadam stąd i nie tędy droga!

Kiedy wszyscy rozkochiwali się w książkach o narkomanach, alkoholikach, dzieciach z dworca zoo, ja wybierałam raczej kolorowe romanse, komedie i książki przygodowe. 

Nigdy nie słuchałam tak modnego kiedyś polskiego rapu i hip-hopu mówiącego głównie o tym, jakie to nasze życie w szarych blokach jest do dupy i bez sensu.

Nie rozmawiałam o polityce – nie interesowało mnie ile kto ukradł, kogo znowu aresztowali, kto tym razem będzie byle jak rządził, bo lepiej to na pewno być nie może.

Nie chciałam słuchać o śmierci, chorobach, depresjach, nerwicach ani innych torturowanych zwierzętach.

Odsuwałam się od towarzystwa ludzi marudzących, wiecznie niezadowolonych z życia, gderających na co popadnie i zatruwających swoją toksyczną gadką wszystko wokół, z roślinami domowymi włącznie.

Nienawidziłam smutnych filmów, piosenek, ani artystów maści wszelakiej budujących swoje jestestwo w brukowcach głównie na wyznaniach typu „Sięgnęłam dna”.

W dorosłym życiu nie zmieniło się we mnie pod tym względem nic. NIC. Dosłownie.

Co gorsza, w otoczeniu też żadnych zmian nie dostrzegam.

Pomijam już media w jakiejkolwiek formie, które karmią nas tym ile podczas tego weekendu zginęło ludzi i tym, że co jak co, ale koniec świata nadejdzie już lada dzień.

Ja protestuję! Ot tak, bo mogę!

Wypisuję się, zgłaszam nieprzygotowanie i proszę mnie z tej czarnej listy natentychmiast wykreślić!

Bo uważam, że świat na którym żyjemy jest naprawdę piękny.

Bo uwielbiam patrzeć na zachody słońca, szczególnie te różowe.

Bo już niedługo przyjdzie wiosna i ten pierwszy wieczór, podczas którego poczuję zapach ciepłego powietrza.

Bo śnieg tak fajnie skrzypi pod butami.

Bo kocia i psia sierść dobrze się czochra.

Bo letni deszcz i kwitnące akacje to najpiękniejsze zapachy świata.

Bo ziemniaki z ogniska świetnie smakują.

Bo istnieją książki, które czyta się nocami i nie można się od nich oderwać.

Bo kiedyś żyli hippisi i grał im Jimi Hendrix.

Bo w zimowy wieczór można zakokonić się w ciepły kocyk i wypić obrzydliwie słodką czekoladę.

Bo po zimie przychodzi wiosna, po niej lato, potem jesień, a na koniec znów pada śnieg.

Ludzie, ŻYJCIE! Wyłączcie internety, smartfony, tablety, telewizory i rozejrzyjcie się dookoła.

Bo życie to podobno to, co wydarza się w tak zwanym międzyczasie – niech się do Was zawsze szczerzy w uśmiechu! Nie pozwólcie, żeby było inaczej! :)

 PS. Nie, nie naćpałam się żadnych leków, nic nie piłam, nie zamierzam też w najbliższym czasie umrzeć (Chyba, że jakaś Annuszka rozlała już olej, ale na to już nie mam wpływu). Atak depresyjnych nastrojów w mediach wszelakich spowodował u mnie odruch wymiotny i strach przed tym, że za chwilę nie będę już wiedziała, że poza tym, że wszystko jest bez sensu, istnieje jeszcze świat, w którym można się śmiać i nie myśleć w każdej sekundzie życia o rzeczach śmiertelnie poważnych. No więc siedzę i się szczerzę. W końcu te wszystkie kremy na zmarszczki mimiczne ktoś musi kupować… ;)

 

Okno na świat

Nadszedł długo wyczekiwany weekend.

NAPRAWDĘ długo wyczekiwany. Przygotowywałam się do niego od zeszłego poniedziałku. Szczególnie pod względem zewnętrznym, bo przez niewyspanie i niedotlenienie siniaki pod oczami miałam jak panda, a z takimi wstyd wyjść do ludzi. No to szukam dobrych rad jak z tym walczyć i znajduję takie oto sugestie:

- Okład z herbaty/ziemniaka/ogórkaOk…trochę dużo warzyw ale nigdzie nie piszą czy w celu wzmocnienia działania mogę wrzucić to wszystko naraz w formie sałatki. Sposób ten dyskwalifikuje (Boszsz…musiałam sobie przypomnieć jak się poprawnie pisze to słowo…) fakt, iż trzeba to trzymać 30 minut. No naprawdę, takim wolnym czasem na noszenie warzyw na twarzy to ja nie bardzo dysponuję.

- Więcej snu Matko…No naprawdę – dziękuję bardzo, ale to BARDZO. Nie wpadłabym na to. Jak wiadomo, nierealne do zrobienia, więc idę dalej.

- Kwas hialuronowy…Że co? Mam sobie w to pod okiem WSTRZYKNĄĆ coś? IGŁĄ? I to jeszcze KWAS?! I zapłacić za to wbijanie kwasu tysiąc złotych?? Chyba mi słabo…

- Mniej uśmiechu – No halo, jak to? Mam się już w ogóle nie uśmiechać, bo zrobią mi się sińce, zmarszczki i inne kurze łapki? (Swoją drogą co za idiotyczna nazwa! Zawsze jak to słyszę mam wizję kury chodzącej mi po twarzy…) A co z tymi wszystkimi poradami typu „Żyj z uśmiechem”? W takim bądź razie lepiej mieć depresję ale być napiętą i bez siniaków i worów. Nie przyjmuję takiej opcji!

- BotoksNawet nie będę się silić na komentarz…

Ostatecznie zdecydowałam się na wklepanie podwójnej porcji korektora i poszłam sobie na babskie spotkanie z Dziką i Lindą w jednej z galerii handlowych.

W drodze na miejsce okazuje się, że Dzika zapomniała obu swoich telefonów z domu, więc nie ma z nią żadnego kontaktu. Mamy się spotkać pod marketem budowlanym. Najwyraźniej chce zacząć od zwiedzania działu z tynkami i gładziami.

Market ów okazuje się mieć dwa wejścia, więc na pytanie Lindy, która jest już na miejscu, pod którym wejściem mam czekać, obie decydujemy, że ja będę tam po prostu tuptać, a ona do mnie zaraz przyjdzie tylko coś tam sobie kupi.

No to tuptam. Tam i z powrotem. I naprawdę nieważne, że jest zimno, a mi chce się siku. Chodzę tam i z powrotem, raz z jednej strony, raz z drugiej. Robi się coraz zimniej a Dzikiej nie widać. Linda też zaginęła w akcji.

Chodzę coraz szybciej, bo wieje coraz bardziej. Ludzie patrzą na mnie w bardzo sugestywny sposób, bo stoję na rogu wyraźnie bez większego celu. Generalnie dla połowy populacji przebywającej w tamtym miejscu wyglądam zapewne na dziwkę, a dla drugiej na wystawioną panienkę czekającą na randkę w ciemno.

Boszsz…normalnie szukam sponsora pod marketem budowlanym. „Cześć, jestem (…) – kupisz mi worek cementu?”

Po chwili dociera do mnie, że nie mogę podawać klientowi swojego prawdziwego imienia, więc zaczynam myśleć nad pseudonimem. Może Samanta?

Teraz już przez wiatr zaczynają łzawić mi oczy. Oba, ale lewe jakoś bardziej.

Bosko. Płaczę stojąc na rogu pod sklepem. Teraz to już odbieram spojrzenia pełne litości, bo wszyscy myślą, że pewnie nie przyszedł. A ja stoję tam i płaczę koło półek z nawozami (bo takie widzę przez szybę).

W końcu dzwoni Linda, mówiąc, żebym weszła do środka bo Dzika już tam jest.

Zachwycona pędzę przez te wszystkie glazury do ciepła.

Dzika z ogromnym zdziwieniem informuje nas, że to przecież logiczne, że miałyśmy się widzieć pod marketem budowlanym W ŚRODKU bo na zewnątrz przecież jest zimno.

Boszszsz…